Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poezja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 grudnia 2010

The Second Morning After Christmas :)

Może bardziej nawet - second afternoon... ;)
W każdym razie, nie wypada nie przeczytać gwiazdkowej opowieści samego ACD - The Adventure of the Blue Carbuncle - która jest prawdziwym klejnotem pośród całego Kanonu. Takim samym klejnotem w starej serii Granady jest ekranizacja z Brettem, stylizowanymi angielskimi kolędami, nieprzytomnym Sherlockiem obudzonym przez Pattersona, świątecznym dobrym uczynkiem i zaaferowanym prezentami Watsonem.



Sherlockista przypomina też, że tym razem udało mu się wyjątkowo wyprzedzić Baker Street Blog i to o kilka długości, bowiem już w kwietniu złożył wszystkim Czytelnikom życzenia wraz z blue-carbuncle'owym wierszykiem (autorstwa autora BS-bloga, Scotta Monty'ego), które każde holmesologiczne dziecko zna na pamięć.
Na koniec zachęca do pochwalenia się w komentarzach, jak interwencja Mikołaja (oraz innych Osób tradycją regionalną uświęconych) pod choinką pomogła nam poszerzyć sherlockistyczne horyzonty. ShK wyciągnął spod niej z wielkim wzruszeniem pozycję, o której wiedział od dawna, ale jakoś mu się z rąk wymykała... :)

...to już ma po świętach dwie zaległe recenzje!

niedziela, 4 kwietnia 2010

Więcej holmesologicznej poezji na święta!



Tym razem świąteczny dlatego, że być może najsłynniejszy - nie licząc limeryków Asimova* - holmesologiczny wiersz. W przeciwieństwie do wspomnianych limeryków, wspaniały. (To nie jest jedyna strona, gdzie wymieniony jest w kategorii "Favourite Sherlockian Poetry" :))


Sherlockista już kiedyś zacytował go w całości na innym blogu, pisząc o Basilu Rathbone'ie, ale już od dawna obiecywał sobie, że i tu, a może zwłaszcza tu, poświęci mu notkę. Dlaczego zwłaszcza tu - to proste.
Czytelnik-holmesolog zapewne nie zwrócił nawet uwagi na frazę "Tu zawsze jest rok 1895" w podtytule Sherlockianów, i to nie tylko dlatego, że nikt nigdy na górnolotne podtytuły nie patrzy, ale może bardziej dlatego, że jest on tak aż do bólu banalny :) W kręgu holmesologów fraza ta stała się tak popularna, że praktycznie nie podaje się źródeł cytatu. Sherlockista sam polecał kilkakrotnie wspaniały podcast, który również ma ją w podtytule, a dowiedział się o jego źródle wyłącznie dlatego, że inny Sherlockista postanowił wytłumaczyć się z jej wykorzystania w swojej powitalnej notce. Najbardziej jednak fraza ta kojarzy się z legendarnymi już radiowymi programami z Basilem Rathbone'em i Nigelem Bruce'em, którzy jako Holmes i Watson odgrywali niezwykle fantazyjne i niewiele z ACD mające wspólnego historie autorstwa radiowych scenarzystów - tu bezcenny link, pod którym kryje się strona, gdzie przecudowne te audycje można pobrać za darmo. Programy te nadawane były w latach 1939-1946 (tytuły można sprawdzić na tej stronie), a zatem w latach, gdy wojenna zawierucha skłaniała do tęsknoty za pozornie spokojnym wiekiem gazowych latarni. Doyle, który sam idealizował minione lata (Sherlocki, pisane przez niego nieml do końca lat dwudziestych XX wieku w dużej mierze same były powrotem do przeszłości, nieodległej wprawdzie, ale idealizowanej), nadawał się znakomicie do tego, by w jego towarzystwie uciec choć na chwilę od czarnych chmur gromadzących się nad światem. 
Jednak znacznie bardziej ta tęksnota za nieśmiertelnymi Holmesem i Watsonem z epoki porządku, wiktoriańskiej moralności i hansom cabs, a nawet, niech będzie, żółtej mgły nad Londynem, dała o sobie znać w tym właśnie angielskim wierszu Vincenta Starretta z 1942 roku, który Sherlockista dziś Czytelnikom przedstawia. ShK ze wstydem wyzna, że nie zdołał ustalić, co było pierwsze - czy fraza z wiersza czy fraza z otwarcia programu. Nie wynika to też jasno z prześmiesznej "recenzji" wiersza Starretta, której autor, Brad Keefauver, ewidentnie wyraża żal z powodu faktu, że jej użycie w zakończeniu niejako unieśmiertelnia Nigela Bruce'a w roli Watsona ;)...


Sam Vincent Starrett, pisarz, poeta, dziennikarz The Chicago Tribune, to postać Sherlockistycznie niezmiernie zasłużona. W 1986 roku (setna rocznica jego urodzin, zmarł w roku 1974), Sherlockiści z całego świata zebrali się, by uczcić postawienie pomnika na jego grobie na cmentarzu Graceland (na tym nieco makabrycznym portalu można obejrzeć jego nagrobek a nawet złożyć, ukhm, wirtualne kwiaty ;) ). Starrett jest sławny jako autor The Private Life of Sherlock Holmes, pierwszej znanej fikcyjnej biografii SH, wydanej już w roku 1933 (ACD zmarł w roku 1930, a ostatnie opowiadania ukazały się w roku 1927). Jak donosi najpewniejsze możliwe źródło, bo BSJ, 6 stycznia 1934 roku Starrett wydał uroczystą kolację z okazji urodzin Holmesa, a następnie napisał na ten temat felieton. To właśnie ta impreza dała początek Baker Street Irregulars, niezwykle szacownej organizacji (o której Sherlockista już wielokrotnie wspominał). Do dziś zresztą co roku odbywa się podobna uroczysta kolacja, która rozrosła się już do rozmiarów weekendu ;).


A po tym wstępie - prawdziwa perła na Święta od Sherlockisty - 221B w wykonaniu samego Starretta (filmik z autentycznym głosem Wielkiego Sherlockisty powstał z okazji rocznicowego nowego wydania jego wspomnianej legendarnej biografii SH). Pod filmem - sam tekst :) Wesołych Holmesologicznych Świąt! 








221B
Here dwell together still two men of note
Who never lived and so can never die:
How very near they seem, yet how remote
That age before the world went all awry.
But still the game’s afoot for those with ears
Attuned to catch the distant view-halloo:
England is England yet, for all our fears–
Only those things the heart believes are true.
A yellow fog swirls past the window-pane
As night descends upon this fabled street:
A lonely hansom splashes through the rain,
The ghostly gas lamps fail at twenty feet.
Here, though the world explode, these two survive,
And it is always eighteen ninety-five.

---
*Isaac Asimov napisał niegdyś cykl limeryków streszczających wszystkie opowiadania Kanonu - Sherlockista odszukał zaledwie kilka w sieci, przekopiowane przez wiernych forumowiczów holmesian.net w tym wątku i niezbyt pochlebną recenzję całości.
A tu przykłady Asimovowskiej twórczości limerycznej ;) :


The Five Orange Pips
Now to Holmes there come tales of wild deeds,
Eerie warnings on which terror feeds.
Young John Openshaw flips
On receiving five pips --
(But to Yanks they will always be "seeds".)




The Adventure of The Cardboard Box
Two fresh ears are received in the mail.
At the sight, all who view it turn pale.
A poor practical joke?
Or some dead hacked-up bloke?
It's the latter, says Holmes, without fail.
 



The Adventure of Charles Augustus Milverton
C.A.M. is the worst man uncaged;
Decent men who meet him are enraged.
He has blackmailing letters
All involving his betters.
But what's this? Sherlock Holmes is 
engaged?



The Final Problem
Moriarty! Good God, how it galls
That he lasts through the closest of calls.
And when Holmes meets that prime
Vile Napoleon of crime,
Both men die (?) at the Reichenbach Falls.




The Adventure of the Empty House
Holmes' sad death was an ending dramatic,
Watson mourns in a manner emphatic,
But just wait! Can it be?
Who's that bookman I see?
Watson faints -- and he then is ecstatic. 

środa, 17 marca 2010

Najważniejsza bitwa w historii (holmesologicznego) świata...

i najgorszy poeta języka angielskiego...

Ta pierwsza, to oczywiście bitwa pod Maiwand. 27 sierpnia 1880. Jedna z ważniejszych bitew drugiej wojny angielsko-afgańskiej. George Burrows haniebnie przegrywa z Ayub Khanem. Afgańczycy krwawo okupili zwycięstwo (wg. szacunków prawdopodobnie ponad 2500 żołnierzy zginęło), jednak zadali też spore straty wojskom brytyjsko-indyjskim. Czytelników ciekawych szczegółowego przebiegu i niejako pobocznego, historycznego znaczenia bitwy odsyła Sherlockista do niezawodnej Wiki, nas interesują bowiem tu jedynie ofiary po stronie brytyjskiej. A konkretnie - 177 rannych. Jeszcze konkretniej - ranny w owej bitwie lekarz z 66 pułku Strzelców Berkshirskich, John H. Watson.
Gdyby kula z takiej oto strzelby:

afgański muszkiet zwany "jezail". Gdyby ktoś z drogich Czytelników pragnął nabyć coś podobnego - Sherlockista radzi szukać na allegro pod "kawaleryjska afgańska strzelba skałkowa" albo "afganka" ;)

...gdyby zatem kula z wyżej przedstawionej strzelby nie trafiła Watsona w ramię lub udo*, nasz doktor prawdopodobnie nie wróciłby do Londynu w tym jednym, najwłaściwszym momencie, gdy dziwny znajomy jego przyjaciela Stamforda z przyszpitalnego laboratorium poszukiwał współlokatora do mieszkania.
Z tego właśnie powodu jest to bitwa, którą Sherlockiści wszelkiej maści obdarzają najwyższym zainteresowaniem, a 12 marca The Sherlock Holmes Society of London zorganizowało nawet specjalne spotkanie poświęcone losom Berkshirskich Strzelców. na którym wystąpił szef muzeum poświęconego strzelcom z Berkshire i Wiltshire.

Natomiast drugi bohater dzisiejszego wpisu to William McGonagall, którego wstrząsającą poezją poświęconą owej bitwie zamierza Sherlockista Czytelników uraczyć. I to w dwóch wersjach językowych.
Sherlockista ma coś na kształt wyrzutów sumienia, ale z drugiej strony ma też łzy śmiechu w oczach. Poza tym, może szlachetne oburzenie, że najważniejsze wydarzenie w historii Anglii doczekało się takiego właśnie upamiętnienia, obudzi w którymś z Czytelników poetyckiego tygrysa?

Złaknionych szczegółowej wiedzy na temat życia i dzieła Poety odsyła Sherlockista na poświęconą mu stronę, gdzie wyjątkowi masochiści mogą nawet zapisać się do niuslettera, by codziennie otrzymywać tak zwaną Poetycką Perłę Dnia.
Zainteresował się nim Sherlock dzięki wspomnianej tu książce Nicka Rennisona, którą pracowicie czyta, przygotowując się do napisania recenzji. Znalazł tam taki oto, jakże zachęcający fragment:

A wtedy Ayoub na ataku na Berkshirski Pułk się skoncentrował.
Czym bez wątpienia ich niezadowolenie spowodował.
Grenadierzy i Strzelcy Jacoba stracili wprost głowę.
O nieba! Co za widok!
Żadne nie opiszą go słowa!

I postanowił sprawdzić, czy aby jego bolesne doznania nie są winą tłumaczki polskiego wydania, Anny Bartkowicz...

Nie są. Przekład ten można nawet uznać za wyjątkowo wiernie oddający wszystkie walory estetyczne oryginału. Ale tu Sherlockista zamilknie, oddając głos Wieszczowi:


'Twas at the disastrous battle of Maiwand, in Afghanistan,

Where the Berkshires were massacred to the last man;
On the morning of July the 27th, in the year eighteen eighty,
Which I'm sorry to relate was a pitiful sight to see.

Ayoub Khan's army amounted to twelve thousand in all,
And honestly speaking it wasn't very small,
And by such a great force the Berkshires were killed to the last man,
By a murderous rebel horde under the command of Ayoub Khan.

The British force amounted to about 2000 strong in all,
But although their numbers were but few it didn't them appal;
They were commanded by General Burrows, a man of courage bold,
But, alas! the British army was defeated be it told.

The 66th Berkshire Regiment stood as firm as a wall,
Determined to conquer or die whatever would befall,
But in the face of overwhelming odds, and covered to the last,
The broken and disordered Sepoys were flying fast

Before the victorious Afghan soldiers, whose cheers on the air arose,
But the gallant band poured in deadly volleys on their foes;
And, outnumbered and surrounded, they fell in sections like ripe grain;
Still the heroes held their ground, charging with might and main.

The British force, alas! were shut up like sheep in a pen,
Owing to the bad position General Burrows had chosen for his men;
But Colonel Galbraith with the Berkshires held the enemy at bay,
And had the Sepoys been rallied the Afghans would not have won the day.

But on the Berkshires fell the brunt of the battle,
For by the Afghan artillery they fell like slaughtered cattle;
Yet the wild horsemen were met with ringing volleys of musketry,
Which emptied many a saddle; still the Afghans fought right manfully.

And on came the white cloud like a whirlwind;
But the gallant Berkshires, alas! no help could find,
While their blood flowed like water on every side around,
And they fell in scores, but the men rallied and held their ground

The brave Berkshires under Colonel Galbraith stood firm in the centre there,
Whilst the shouts of the wild Ghazis rent the air;
But still the Berkshires held them at bay,
At the charge of the bayonet, without dismay.

Then the Ghazis, with increased numbers, made another desperate charge
On that red line of British bayonets, which wasn't very large;
And the wild horsemen were met again with ringing volleys of musketry,
Which was most inspiring and frightful to see.

Then Ayoub concentrated his whole attack on the Berkshire Regiment,
Which made them no doubt feel rather discontent,
And Jacob's Rifles and the Grenadiers were a confused and struggling mass,
Oh heaven! such a confused scene, nothing could it surpass.

But the Berkshires stood firm, replying to the fire of the musketry,
While they were surrounded on all sides by masses of cavalry;
Still that gallant band resolved to fight for their Queen and country,
Their motto being death before dishonour, rather than flee.

At last the gallant British soldiers made a grand stand,
While most of the officers were killed fighting hand to hand,
And at length the Sepoys fled from the enclosure, panic-stricken and irate,
Alas! leaving behind their European comrades to their fate.

The Berkshires were now reduced to little more than one hundred men,
Who were huddled together like sheep in a pen;
But they broke loose from the enclosure, and back to back,
Poured volley after volley in the midst of the enemy, who weren't slack.

And one by one they fell, still the men fought without dismay,
And the regimental pet dog stuck to the heroes throughout the day;
And their cartridge pouches were empty, and of shot they were bereft,
And eleven men, most of them wounded, were all that were left.

And they broke from the enclosure, and followed by the little dog,
And with excitement it was barking savagely, and leaping like a frog;
And from the field the last eleven refused to retire,
And with fixed bayonets they charged on the enemy in that sea of fire.

Oh, heaven! it was a fearful scene the horrors of that day,
When I think of so many innocent lives that were taken away;
Alas! the British force were massacred in cold blood,
And their blood ran like a little rivulet in full flood.

And the Ghazis were afraid to encounter that gallant little band
At the charge of the bayonet : Oh! the scene was most grand;
And the noble and heroic eleven fought on without dismay,
Until the last man in the arms of death stiff and stark lay.


***

*to, gdzie właściwie Watson był ranny, jest sprawą problematyczną. W STUD wspomina o ramieniu. W SIGN o udzie. W NOBL nie precyzuje, a Holmes, ilekroć do rany się odnosi, traci swą zwykłą precyzję. Szkic popularnego rozwiązania (kula przebiła i ramię i udo) mogą Czytelnicy znaleźć m. in. tu.