"Sympatyczny" to takie pozytywne słowo. Przyjemne. Wesolutkie. Nieinwazyjne. No, takie sympatyczne. A teraz, czy wyobrażacie sobie, żeby komplement taki strzelić Sherlockowi Holmesowi?
No właśnie.
ShK bardzo się starał dać "Grze cieni" szansę. Do pierwszej części Sherlocka Ritchiego ma wręcz sentyment: była dla niego wielkim zaskoczeniem na plus, obejrzał ją w bardzo dramatycznych okolicznościach życiowych, a na dodatek, chociaż planował założenie sherlockistycznego bloga od dawna, to dopiero ten nowy, kinowy, masowo popularny Sherlock przekonał go, że w ogóle ktokolwiek będzie go kiedyś czytał. I tak oto entuzjastyczna wręcz recenzja z jedynki była pierwszym po powitaniu tekstem na Sherlockianach :)
Do końca miał ShK nadzieję, że dwójka, mimo zniechęcających trailerów i pogłosek, też go pozytywnie rozczaruje. No, niestety, nie tym razem.
Downey jest milutki, ma wielkie, sarnie oczy, bardzo jest nam przykro, kiedy go boli albo martwi się o Watsona, no a już zwłaszcza, gdy okazuje się, że taki wspaniały detektyw ma (bardzo liczne) słabostki i boi się wysokich koni. Ogromnie to jest wszystko sympatyczne, ale z postaci, która w pierwszej części miała sporo kanonicznych rysów (szczegóły w zlinkowanej recenzji) zostało skrzyżowanie Chucka Norrisa z klaunem. Niby twórcy podjęli jeszcze jakieś próby nawiązań do tekstów, była nawet garstka cytatów (wiadomość dla Watsona, skrawki dosłownie w dialogach z Moriarty'm), ale nie widać już żadnej spójności w tej postaci. Sherlockista napisałby, że wydaje się okropnie papierowa (aktorstwo Downeya też pozostawiło tym razem sporo do życzenia), ale momentami zastanawiał się, czy ekipa w ogóle zadała sobie trud, by spisywać jakieś scenariusze. Niby dzieje się sporo dramatycznych rzeczy, które powinny Sherlocka obejść osobiście - ale, no właśnie: niby. Niby na początku widzimy Sherlocka w manii, ale po chwili mu przechodzi i jest tym samym luzakiem, co zawsze. Niby rozwiązuje najważniejszą sprawę w karierze, ale dopytuje się co chwila, czy Watson dobrze się bawi, jak gdyby w gruncie rzeczy chodziło jednak o to, by wygrać w pojedynku na fajność z Mary...
Najgorsze jest chyba to, że tego Sherlocka nikt nie szanuje. Nawet pani Hudson pozwala sobie na pyskowanie. Wprawdzie Holmes potrafi wspaniale przywalić, i to dedukując precyzyjnie zachowanie przeciwnika, ale poza tym jest raczej zabawny. Hoduje w domu dżunglę, chodzi wiecznie wyśmodruchany i niedogolony, bez przerwy mu się coś myli, przymila się do opryskliwego Watsona, tańcuje z Cyganami... Amerykańskie nastolatki na pewno są zachwycone. Sherlockista mniej.
Teoretycznie niżej znajdzie się sporo spoilerów, ale ponieważ większość z tego była w trailerach a trudno spoilować film, który, jak już zostało powiedziane, ma tylko śladowe ilości scenariusza i właściwie żadnych specjalnie zaskakujących elementów, chyba można czytać spokojnie.
Poprzednia część ujęła Sherlockistę od razu - świetną muzyką - i była jak zaproszenie do dobrej zabawy, któremu nie dało się odmówić. Ta, z wszystkimi wybuchami, Irenami, Cyganami, terrorystami, oprychami, ślubami i naparzankami - jest zupełnie nijaka. To żadne zaskoczenie. Filmy są jakieś prawie zawsze dzięki wyrazistym głównym bohaterom, trzymającemu w napięciu konfliktowi lub tajemnicy. Prawie nigdy - z powodu bogatego wyboru płaskich zupełnie postaci, których nie mamy ani kiedy poznać ani się nimi przejąć oraz licznych wybuchających drzew.
Abstrahując od zepsutego zupełnie w sequelu Sherlocka Holmesa, główna wada filmu jest taka: między wszystkimi tymi burdami i strzelaninami nie ma kiedy zbudować spójnej fabuły, wciągającej zagadki, którą Holmes musiałby rozwiązać (inaczej niż pięścią), wielkiego konfliktu, który budziłby narastające emocje bohaterów i nasze (widać ślady po chaotycznych próbach dodania bohaterom rzeczywistych motywacji, ale tu też twórcy przesadzili: może Sherlockowi chodzi trochę o Adler, na pewno o, to, żeby przyimponować Watsonowi, przy okazji go chroniąc, ale też tak w ogóle o to, żeby wygrać pojedynek, no i w sumie warto by było uchronić społeczeństwo przed gadem, a i jeszcze przy okazji pomóc tej fajnej Cygance... - u ACD mamy proste starcie największego z detektywów z Napoleonem Zbrodni i wszyscy przejmują się tym o wiele bardziej).
Sherlockista nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że kręcąc kolejne sceny, twórcy zamiast klecić historię o Holmesie, zadawali sobie pytania w rodzaju: "a co by tu zrobić, żeby było z jajem? może niech Watson pobije się przy kartach? ekstra, nie? A może potańczą? E! Ze sobą potańczą, takie pikantne się zrobi! O, a w pociągu niech Sherlock przebierze się za kobietę, na tym zawsze się śmieją, rany no, Holmes w szmineczce, ale odjazd, popkornem będą prychać na odległość! Tylko Mycroft taki sztywny... może niech się rozbierze!!! Goły Mycroft! Czujecie? Goły! Buahaha!"
A potem naprawdę trudno powiedzieć, czemu właściwie Watson gra w karty zamiast pomagać Sherlockowi i czemu, na litość boską, Mycroft epatuje biedną Mary swoimi wdziękami. Czyżby był aż takim oryginałem i do tego stopnia odwykł od życia towarzyskiego, że nie przyszło mu do głowy włożyć szlafrok? Czemu w takim razie w innych scenach jest czarującym dyplomatą i duszą towarzystwa? Nie zrozumcie Sherlockisty źle, Stephen Fry akurat stanął na wysokości zadania i tak jak wszyscy oczekiwali, cudownie pasuje do swojej roli. Tylko że jego rolą jest bycie kolejnym comic relief, czyli zabawnym gościem dającym nam odpocząć od stresów, które rzekomo rodzi główna linia fabuły. Kto w tym filmie właściwie nie służy za comic relief?
Na szczęście: Moriarty, czyli Jared Harris. Oraz jedna z najbardziej udanych i kanonicznych postaci w Game of Shadows: supersnajper, pułkownik Moran (Paul Anderson). ShK musi przyznać, że czarne charaktery udały się w sequelu nadspodziewanie dobrze. Budzą autentyczną grozę i są bardzo blisko ACD. Spotkanie bohaterów - wprawdzie nie na Baker Street, ale uniwersytet jest do zaakceptowania - należy do lepszych fragmentów filmu, a ich finałowy pojedynek nad wodospadem to już wręcz kawał wspaniałego holmesowego kina. Serio serio. Pewnie także dlatego, że Ritchie pokornie skorzystał w tych akurat partiach z prozy ACD...
Świetnym oryginalnym pomysłem Ritchiego było też wysłanie Profesora do opery. Don Giovanni zawsze fenomenalnie wygląda w kinie i w "Grze cieni" także nie zawodzi.
Niestety, nawet Moriarty'emu przyszło też wystąpić w sekwencji zupełnie groteskowej, z rzeźnickim hakiem (jak wiadomo, scenom tortur musi towarzyszyć dla kontrastu sielska muzyka klasyczna) oraz długim, nużącym pościgiem, w którym burzy się kilka budynków i strzela ze sporych armat. Do ludzi w lesie. I na koniec, pokazuje się subtelnie, że Watson jest jednak przywiązany do Holmesa: robi mu się smutno, gdy przyjaciel prawie umiera.
Sam Watson zresztą jest bardzo dobrze zagrany, ale w tej części mocno już przerysowany. W relacji bohaterów zdecydowanie za dużo jest efektów specjalnych w postaci bójek, kłótni, rywalizacji nawet (!), łez, uwodzenia i przytulania się nago, a za mało esencji: czyli partnerstwa.
O Sim nie ma ShK zbyt wiele do powiedzenia. Ktoś uznał, że Cyganka będzie elementem cool - i jest, zwłaszcza w wydaniu utalentowanej Noomi Rapace. Co Simza robi poza tym dla rozwoju fabuły/akcji lub bohaterów, trudno powiedzieć. A, dobrze i sprytnie się bije.
Ktoś uznał też, że elementem cool będzie, jeśli Watsonowa Mary (Kelly Reilly) także przyczyni się do powalenia Moriarty'ego, co jest bardzo sympatycznym pomysłem z punktu widzenia ruchu na rzecz pokazywania w kinie kobiet jako ciekawych ludzi, a nie tylko laleczek w opałach. Niestety, jeśli obstawimy Holmesa nie tylko superinteligentną Adler, bitnym, sprytnym i momentami dominującym Watsonem, Cyganką-karateką, ale jeszcze na dodatek asertywną i oblataną w szpiegowskich technikach Mary, to przestaje go być widać. A pamiętajmy, że Downey sam z siebie jest niewysoki...
Podsumowując, ani zwykłym widzom ani sherlockistom nie grozi na tym filmie atak szału, rozpaczy lub śmiechu. W ogóle nic szczególnego się nie wydarzy. Zobaczycie takiego sobie hollywoodzkiego wycierucha z kilkoma błyskami czegoś lepszego. Sherlockista nie mógł się oprzeć wrażeniu, że pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.
Gdyby twórcy byli zainteresowani, jak to się robi, zawsze mogą obejrzeć z nami Sherlocka BBC: dziś Brytole dostaną "Hounds of Baskerville".
Porównywania obu produkcji raczej Sherlockista nie przewiduje. Byłoby to zupełnie zbędne, a przy tym okrutne.
P.S. Dla śledzących Sherlockianowy spór o Irene (głównie w komentarzach): przeczytajcie głos Ninedin (na stałe podlinkowana z lewej strony ;).
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jude Law. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jude Law. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 8 stycznia 2012
sobota, 15 października 2011
Tym razem brzydkie obrazki, bo z Game of Shadows, ale za to kilka bardzo ciekawych lekcji z Sherlocka.
Brzydkie obrazki będą na koniec, bo jeszcze podwyższą Czytelnikom tętno i nici ze skupienia na lekcjach. A zaczniemy od przywoływanej tu już kiedyś na marginesie serii "Lessons from Sherlock Holmes" Marii Konnikovej, publikowanych nie byle gdzie bo w samym "Scientific American" na zaproszenie redakcji. Sherlockista już kiedyś serię tę polecał, ale od tamtego czasu lekcji zrobiło się sporo, więc zasługują na więcej uwagi.
Autorka lekcji, oprócz tego, że ewidentnie lubi i ceni Sherlocka, jest specjalistką od teorii decyzji - i dlatego pewnie jej teksty koncentrują się wokół idei, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu rad Holmesa możemy na co dzień unikać wielu błędów. Wiele opisywanych przez nią technik jest skuteczne przy rozwiązywaniu wszelkiego rodzaju problemów, wiele też ma ogólny charakter - jak na przykład zalecenie, by zawsze gromadzić wiedzę z różnych obszarów, nawet tych, co do których nie mamy pewności, że może się przydać. To, mówiąc po prostu, ułatwia nam potem osiągania błyskotliwych wglądów w rozwiązanie problemów z innych dziedzin. Im więcej różnych rzeczy wiemy, tym lepiej i sprawniej kojarzymy i tym bardziej wyrabiamy w sobie intuicje co do możliwych dróg rozwikłania zagadki (dla zainteresowanych szczegółami: lekcja dostępna tu). Sherlockistę szczególnie ucieszyło to, że Konnikova wyszła poza bardzo słynne fragmenty STUD, w których Watson podsumowuje umiejętności Holmesa i jak Czytelnicy pamiętają, nasz detektyw okazuje się specjalistą o dość wąskich horyzontach, a w dodatku sam Sherlock zaleca wszystkim, by wyrzucali z umysłu niepotrzebne graty w rodzaju wiedzy o Układzie Słonecznym. Sięgnęła po VALL i spór Holmesa z inspektorem MacDonaldem o to, że czasem warto nawet czytać różne pozornie niezwiązane ze sprawą rzeczy - bo nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Jednocześnie, nie zaniedbuje nauki Holmesa o tym, że umysłu nie wolno zaśmiecać - nauki szczególnie wręcz istotnej, kiedy wszyscy poddajemy się bezustannemu bombardowaniu sieciowym spamem i chłamem (o czyszczeniu umysłowego strychu: tu).
Chociaż niektóre wywody są dość banalne (jak na przykład ten o zagrożeniach płynących z nadmiernej pewności siebie i jak można się przed nimi ustrzec, czy ten, będący pochwałą wyobraźni), wszystkie cechują dwie zalety: niestereotypowe i wnikliwe wykorzystanie opowieści o Holmesie oraz przytaczane w nich empiryczne badania na poparcie tez autorki.
Pewne uwagi są wręcz bezcenne i to szczególnie dlatego, że obalają część rzadko bardzo wywlekanych na światło dzienne i analizowanych mitów na temat Holmesowego myślenia. Większość z nas kojarzy pewnie metodę Holmesa z obsesyjnym niemal skupieniem na faktach - I cannot make bricks without clay - It is a capital mistake to theorize before one has data etc. - i unikaniem przedwczesnego teoretyzowania. Konnikova nie narusza takiej wizji Sherlockowego rozumowania, ale podkreśla bardzo istotny element: fakty podlegają selekcji. Aby zobaczyć, które z nich są istotne, a które błahe - bez tego nie da się rozwiązać żadnej zagadki! - należy najpierw zyskać odpowiednią perspektywę. Jednym z najlepszych sposobów na to jest zaś nie uporczywe międlenie danych, a odmiana, koncert skrzypcowy w towarzystwie Watsona, zajęcie uwagi innym drobnym problemem. O Holmesie i perspektywie można poczytać tu.
Sherlockista wyróżniłby też grupę tekstów poświęconych problemowi pochopnie przyjmowanych założeń, czy też nieświadomych nastawień, przez które nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że podejmujemy przemyślane decyzje, w istocie kierujemy się nie do końca uświadamianymi przesądami i przewidywaniami.
Tu dopiero pojawiają się niezwykle rozsądnie zinterpretowane uwagi Holmesa ze STUD o tym, by nie przywiązywać się pochopnie do hipotez, zanim nie pozna się faktów. Sherlock może nie uświadamiał sobie w pełni tego, co podkreślają często filozofowie nauki (i nie tylko nauki), że bez hipotezy, czy choćby wstępnej teorii nie ma w ogóle żadnych "faktów" - po prostu nie potrafimy interpretować zdarzeń - ale z pewnością nie był tak naiwny, jak czasem mogłoby to wynikać z niezbyt dogłębnie przestudiowanych cytatów. Na temat nie podejmowania decyzji zanim rozpocznie się właściwa analiza sytuacji więcej znajdą Czytelnicy tu. W tym kontekście łatwo uznać tekst o tym, by zawierzyć faktom, a nie naszym wersjom faktów, za dowód niekonsekwencji autorki (lub/i Holmesa). Pozornie wydawałoby się, że Konnikova nawołuje - i to podpierając się argumentacją Sherlocka - że powinniśmy "czyścić fakty z naszych interpretacji". Nic bardziej błędnego. Żadnych "nagich faktów" nigdy nie zobaczymy. Szklanka po winie na stole zawsze będzie dla nas elementem jakiegoś łańcucha dociekań, sama w sobie jest tylko niezwykle wręcz skomplikowanym zbiorem atomów - a pojęcie atomu także nie jest wolne od potężnego teoretycznego bagażu. Należy jednak dążyć do tego, by w maksymalnym stopniu uświadamiać sobie, jakie teorie, a związku z tym jakie założenia przyjęliśmy. Czy aby nie postrzegamy jej automatycznie jako śladu po zbrodniarzu i nawet zapomnieliśmy zadać sobie pytanie, czemu nie miałaby należeć do ofiary? Tak zinterpretowana porada Holmesa/Konnikovej jest, zdaniem Sherlockisty, niezwykle wręcz cenna.
Najnowsza lekcja, z 11 października wpisuje się w ten ostatni nurt. Poświęcona została nieświadomym kategoryzacjom i kłopotom, w jakie wpadamy wówczas, gdy niedostatecznie kontrolujemy efekty owych kategoryzacji. Mówiąc prościej: mamy mnóstwo stereotypowych pojęć, przekonań i oczekiwań, które nie w pełni świadomie wykorzystujemy w postrzeganiu świata. Konnikova przytacza badania, których uczestnicy - mówiąc w wielkim skrócie i uproszczeniu - zupełnie bezwiednie uznawali, że kobieta, którą widzieli w nerwach, po prostu jest nerwowa. Nie brali pod uwagę tego, że akurat rozmawiała na bardzo ekscytujący temat i że w innych okolicznościach mogłaby być oazą spokoju. Wniosek z tej lekcji jest bardzo prosty: nie oceniajmy książki po okładce, weźmy pod uwagę możliwe okoliczności łagodzące...
... i dopiero po tym przygotowaniu zaatakuje Sherlockista swoich drogich Czytelników tym :) :
Czy Czytelnicy widzieli kiedyś coś bardziej wyfotoszopowanego? I kogoś, kto bardziej udawałby wiktoriańskich rewolwerowców?
Pytanie retoryczne... do zobaczenia jutro, będzie wspaniała wiadomość o naprawdę świetnym przedsięwzięciu ;)
Autorka lekcji, oprócz tego, że ewidentnie lubi i ceni Sherlocka, jest specjalistką od teorii decyzji - i dlatego pewnie jej teksty koncentrują się wokół idei, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu rad Holmesa możemy na co dzień unikać wielu błędów. Wiele opisywanych przez nią technik jest skuteczne przy rozwiązywaniu wszelkiego rodzaju problemów, wiele też ma ogólny charakter - jak na przykład zalecenie, by zawsze gromadzić wiedzę z różnych obszarów, nawet tych, co do których nie mamy pewności, że może się przydać. To, mówiąc po prostu, ułatwia nam potem osiągania błyskotliwych wglądów w rozwiązanie problemów z innych dziedzin. Im więcej różnych rzeczy wiemy, tym lepiej i sprawniej kojarzymy i tym bardziej wyrabiamy w sobie intuicje co do możliwych dróg rozwikłania zagadki (dla zainteresowanych szczegółami: lekcja dostępna tu). Sherlockistę szczególnie ucieszyło to, że Konnikova wyszła poza bardzo słynne fragmenty STUD, w których Watson podsumowuje umiejętności Holmesa i jak Czytelnicy pamiętają, nasz detektyw okazuje się specjalistą o dość wąskich horyzontach, a w dodatku sam Sherlock zaleca wszystkim, by wyrzucali z umysłu niepotrzebne graty w rodzaju wiedzy o Układzie Słonecznym. Sięgnęła po VALL i spór Holmesa z inspektorem MacDonaldem o to, że czasem warto nawet czytać różne pozornie niezwiązane ze sprawą rzeczy - bo nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Jednocześnie, nie zaniedbuje nauki Holmesa o tym, że umysłu nie wolno zaśmiecać - nauki szczególnie wręcz istotnej, kiedy wszyscy poddajemy się bezustannemu bombardowaniu sieciowym spamem i chłamem (o czyszczeniu umysłowego strychu: tu).
Chociaż niektóre wywody są dość banalne (jak na przykład ten o zagrożeniach płynących z nadmiernej pewności siebie i jak można się przed nimi ustrzec, czy ten, będący pochwałą wyobraźni), wszystkie cechują dwie zalety: niestereotypowe i wnikliwe wykorzystanie opowieści o Holmesie oraz przytaczane w nich empiryczne badania na poparcie tez autorki.
Pewne uwagi są wręcz bezcenne i to szczególnie dlatego, że obalają część rzadko bardzo wywlekanych na światło dzienne i analizowanych mitów na temat Holmesowego myślenia. Większość z nas kojarzy pewnie metodę Holmesa z obsesyjnym niemal skupieniem na faktach - I cannot make bricks without clay - It is a capital mistake to theorize before one has data etc. - i unikaniem przedwczesnego teoretyzowania. Konnikova nie narusza takiej wizji Sherlockowego rozumowania, ale podkreśla bardzo istotny element: fakty podlegają selekcji. Aby zobaczyć, które z nich są istotne, a które błahe - bez tego nie da się rozwiązać żadnej zagadki! - należy najpierw zyskać odpowiednią perspektywę. Jednym z najlepszych sposobów na to jest zaś nie uporczywe międlenie danych, a odmiana, koncert skrzypcowy w towarzystwie Watsona, zajęcie uwagi innym drobnym problemem. O Holmesie i perspektywie można poczytać tu.
Sherlockista wyróżniłby też grupę tekstów poświęconych problemowi pochopnie przyjmowanych założeń, czy też nieświadomych nastawień, przez które nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że podejmujemy przemyślane decyzje, w istocie kierujemy się nie do końca uświadamianymi przesądami i przewidywaniami.
Tu dopiero pojawiają się niezwykle rozsądnie zinterpretowane uwagi Holmesa ze STUD o tym, by nie przywiązywać się pochopnie do hipotez, zanim nie pozna się faktów. Sherlock może nie uświadamiał sobie w pełni tego, co podkreślają często filozofowie nauki (i nie tylko nauki), że bez hipotezy, czy choćby wstępnej teorii nie ma w ogóle żadnych "faktów" - po prostu nie potrafimy interpretować zdarzeń - ale z pewnością nie był tak naiwny, jak czasem mogłoby to wynikać z niezbyt dogłębnie przestudiowanych cytatów. Na temat nie podejmowania decyzji zanim rozpocznie się właściwa analiza sytuacji więcej znajdą Czytelnicy tu. W tym kontekście łatwo uznać tekst o tym, by zawierzyć faktom, a nie naszym wersjom faktów, za dowód niekonsekwencji autorki (lub/i Holmesa). Pozornie wydawałoby się, że Konnikova nawołuje - i to podpierając się argumentacją Sherlocka - że powinniśmy "czyścić fakty z naszych interpretacji". Nic bardziej błędnego. Żadnych "nagich faktów" nigdy nie zobaczymy. Szklanka po winie na stole zawsze będzie dla nas elementem jakiegoś łańcucha dociekań, sama w sobie jest tylko niezwykle wręcz skomplikowanym zbiorem atomów - a pojęcie atomu także nie jest wolne od potężnego teoretycznego bagażu. Należy jednak dążyć do tego, by w maksymalnym stopniu uświadamiać sobie, jakie teorie, a związku z tym jakie założenia przyjęliśmy. Czy aby nie postrzegamy jej automatycznie jako śladu po zbrodniarzu i nawet zapomnieliśmy zadać sobie pytanie, czemu nie miałaby należeć do ofiary? Tak zinterpretowana porada Holmesa/Konnikovej jest, zdaniem Sherlockisty, niezwykle wręcz cenna.
Najnowsza lekcja, z 11 października wpisuje się w ten ostatni nurt. Poświęcona została nieświadomym kategoryzacjom i kłopotom, w jakie wpadamy wówczas, gdy niedostatecznie kontrolujemy efekty owych kategoryzacji. Mówiąc prościej: mamy mnóstwo stereotypowych pojęć, przekonań i oczekiwań, które nie w pełni świadomie wykorzystujemy w postrzeganiu świata. Konnikova przytacza badania, których uczestnicy - mówiąc w wielkim skrócie i uproszczeniu - zupełnie bezwiednie uznawali, że kobieta, którą widzieli w nerwach, po prostu jest nerwowa. Nie brali pod uwagę tego, że akurat rozmawiała na bardzo ekscytujący temat i że w innych okolicznościach mogłaby być oazą spokoju. Wniosek z tej lekcji jest bardzo prosty: nie oceniajmy książki po okładce, weźmy pod uwagę możliwe okoliczności łagodzące...
... i dopiero po tym przygotowaniu zaatakuje Sherlockista swoich drogich Czytelników tym :) :
Czy Czytelnicy widzieli kiedyś coś bardziej wyfotoszopowanego? I kogoś, kto bardziej udawałby wiktoriańskich rewolwerowców?
Pytanie retoryczne... do zobaczenia jutro, będzie wspaniała wiadomość o naprawdę świetnym przedsięwzięciu ;)
wtorek, 29 marca 2011
[minipostuś] O tym, dlaczego Sherlockista nie donosi nic o drugim Sherlocku Ritchiego...
... nie, nie dlatego, żeby nie wkurzać niektórych wiernych Czytelników ;) Nie łudźcie się, ręka by mu nie zadrżała. Dlatego, że kiedy otrzymuje szereg niusów treści "Stephen Fry opowiada o drugim Sherlocku!" "Wywiad ze Stephenem Fryem - rewelacje na temat postaci Mycrofta!" oraz "Downey i Law zdradzają sekrety sequelu filmu Ritchiego", to nastawia się na nieco mniej przewidywalne i bardziej ekscytujące informacje niż:
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...
... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...
... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)
środa, 23 lutego 2011
O NIEEEEEEE! [nowe zdjęcia Sherlock 2]
Sherlockista już kilkakrotnie sygnalizował ten fakt, ale w komentarzu do tego straszliwego zdjęcia:
pozwoli sobie na bardziej otwarty jęk: "jak ja nienawidzę Mary Morstan, jak ACD mógł ożenić Watsona, i to dwukrotnie, no jak mógł? (*&#^$%%@#!!!)"
Sherlockista wyzna, że cały Kanon w jego oczach jest opowieścią o wielkiej miłości między Holmesem i Watsonem (uwaga: niekoniecznie, choć być może także romantycznej - zainteresowani tematem mogą poczytać szczegółowe rozważania tu). Baby Watsona są pożądaną, ciekawą nawet komplikacją fabularno-emocjonalną, ale tylko dopóki nie zostają jego żonami. Jest to jedyna sprawa, w której Sherlockista nie zgadza się ze swoim BBC-guru, Bertem Coulesem, który w genialnych radiowych adaptacjach Sherlocka ożenił Watsona, jak trzeba, kanonicznie i dwukrotnie i jeszcze znakomicie uzasadnił to psychologicznie i przepięknie literacko pokazał wszelkie wynikłe z owych małżeństw napięcia między H i W.
Nie, nie pociesza Sherlockisty fakt, że Mary Morstan-Watson wiecznie siedziała u jakichś ciotek,po czym młodo zeszła na gruźlicę...
Drugie zdjęcie jest bardziej pocieszające, ponieważ stanowi jak na razie jedyny znak, że bohaterowie przynajmniej w jednej scenie filmu nie będą umorusani i wyśmodruchani...
pozwoli sobie na bardziej otwarty jęk: "jak ja nienawidzę Mary Morstan, jak ACD mógł ożenić Watsona, i to dwukrotnie, no jak mógł? (*&#^$%%@#!!!)"
Sherlockista wyzna, że cały Kanon w jego oczach jest opowieścią o wielkiej miłości między Holmesem i Watsonem (uwaga: niekoniecznie, choć być może także romantycznej - zainteresowani tematem mogą poczytać szczegółowe rozważania tu). Baby Watsona są pożądaną, ciekawą nawet komplikacją fabularno-emocjonalną, ale tylko dopóki nie zostają jego żonami. Jest to jedyna sprawa, w której Sherlockista nie zgadza się ze swoim BBC-guru, Bertem Coulesem, który w genialnych radiowych adaptacjach Sherlocka ożenił Watsona, jak trzeba, kanonicznie i dwukrotnie i jeszcze znakomicie uzasadnił to psychologicznie i przepięknie literacko pokazał wszelkie wynikłe z owych małżeństw napięcia między H i W.
Nie, nie pociesza Sherlockisty fakt, że Mary Morstan-Watson wiecznie siedziała u jakichś ciotek,po czym młodo zeszła na gruźlicę...
Drugie zdjęcie jest bardziej pocieszające, ponieważ stanowi jak na razie jedyny znak, że bohaterowie przynajmniej w jednej scenie filmu nie będą umorusani i wyśmodruchani...
czwartek, 10 lutego 2011
Postu ciąg dalszy... Houdini, wybuch w katedrze i Portsmouth...
Sherlockista co prawda dał się trochę pochłonąć ostatnio pozasherlockistycznym aktywnościom, ale gdyby docierały do niego wieści ciekawsze niż kolejne rozstanie Jude'a Lawa i Sieny Miller, to pewnie odezwałby się wcześniej...
Dziś na początek garstka doniesień na temat nowego Sherlocka Ritchiego. Po pierwsze na planie widziano - a przynajmniej widział Perez Hilton - Rachel McAdams, czyli Irene Adler z "jedynki". Nie wiadomo, niestety, co tam robiła, bo, jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, w "dwójce" najważniejszą kobietą nie będzie wcale "The Woman" tylko Noomi Rapace...

Rachel McAdams ma się ponoć pojawić na chwilkę w początkowych ujęciach filmu, kręconych właśnie w Strasburgu. Być może będzie miała jakiś związek z wybuchem w strasburskiej katedrze, który został ponoć nakręcony bez oszczędzania i będzie wyglądał niezwykle realistycznie... (zainteresowanych odsyła Sherlockista do artykułu w Daily Mail)
Tradycjonaliści pewnie z większą przyjemnością obejrzą nowy film wytwórni DreamWorks, która kupiła prawa do scenariusza J. Michaela Straczynskiego pod tytułem Voices From the Dead. O ile ShK wiadomo, żaden reżyser nie podjął się jeszcze realizacji dzieła, ale historia niewątpliwie wzbudzi zainteresowanie sherlockistów. Scenariusz opowiada bowiem o sławnej przyjaźni ACD z legendarnym prestidigitatorem Harrym Houdinim - a konkretnie o ich wspólnych śledztwach w sprawie morderstw w Nowym Jorku.
W rzeczywistości Panowie faktycznie spotykali się w Ameryce, ale ich znajomość w gruncie rzeczy koncentrowała się wokół wielkiego sporu o duchy, nadprzyrodzone moce i możliwość kontaktu ze zmarłymi. Houdini pasjonował się tym tematem jako wielki demaskator wszystkiego, co nadprzyrodzone - sam jako iluzjonista wiedział najlepiej, jak łatwo jest nabrać ufną publiczność. Doyle z biegiem lat coraz bardziej angażował się w różne spirytystyczne ruchy, prowadził liczne seanse i wierzył praktycznie w większość bzdur, którymi żyła szeroka publiczność, w tym fotografie wróżek i tym podobne. Jeden z takich seansów, w którym rolę medium odegrała sama Lady Doyle, doprowadził praktycznie do zerwania przyjaźni naszego ulubionego autora z Houdinim... To zresztą nie mogło się udać: Houdini chodził na seanse Doyle'a, słuchał, jak przyjaciel opowiada mu o duchach i innych cudach niewidach i zamiast dać mu wiarę pisał bardzo sceptyczne artykuły, w których zwalczał wszelkie podobne praktyki. Doyle śledził karierę Houdiniego, słuchał, jak przyjaciel z pomocą zupełnie ludzkich przemyślnych środków uwalniał się z różnych pułapek, po czym usiłował mu wmawiać, że nie jest wcale iluzjonistą tylko prawdziwym magikiem...
Szczegółową historię przyjaźni obu panów można przeczytać między innymi tu.
A wielbicielom postaci ACD i zainteresowanych jego losami może Sherlockista polecić wycieczkę do Porstmouth, gdzie Doyle spędził około dziesięciu lat życia i gdzie od dawna mieściło się jedno z jego muzeów (więcej informacji tu). Perłą muzeum jest kolekcja pozostawiona przez Sir Richarda Lancelyna Greena, jedną z najbardziej fascynujących postaci wśród współczesnych Sherlockistów. Ten wybitny specjalista od Doyle'a i Holmesa zmarł w tajemniczych okolicznościach w 2004 roku (o tej sprawie bardziej szczegółowo pisał ShK w kontekście książki Davida Granna), co już stało się tematem licznych publikacji, w tym książki wymienionej w nawiasie i kryminału Grahama Moore'a (o którym wspominał ShK tu i który już wkrótce zrecenzuje, bo właśnie czeka u niego na półce). 21 lutego rozpoczyna się w Portsmouth wspaniała impreza, na którą wciąż jeszcze można się wybrać...
...a Sherlockista postanowił właśnie wykorzystać sezon ogórkowy, by napisać jakieś zaległe recenzje, więc na tym na razie zakończy.
Dziś na początek garstka doniesień na temat nowego Sherlocka Ritchiego. Po pierwsze na planie widziano - a przynajmniej widział Perez Hilton - Rachel McAdams, czyli Irene Adler z "jedynki". Nie wiadomo, niestety, co tam robiła, bo, jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, w "dwójce" najważniejszą kobietą nie będzie wcale "The Woman" tylko Noomi Rapace...
Rachel McAdams ma się ponoć pojawić na chwilkę w początkowych ujęciach filmu, kręconych właśnie w Strasburgu. Być może będzie miała jakiś związek z wybuchem w strasburskiej katedrze, który został ponoć nakręcony bez oszczędzania i będzie wyglądał niezwykle realistycznie... (zainteresowanych odsyła Sherlockista do artykułu w Daily Mail)
Tradycjonaliści pewnie z większą przyjemnością obejrzą nowy film wytwórni DreamWorks, która kupiła prawa do scenariusza J. Michaela Straczynskiego pod tytułem Voices From the Dead. O ile ShK wiadomo, żaden reżyser nie podjął się jeszcze realizacji dzieła, ale historia niewątpliwie wzbudzi zainteresowanie sherlockistów. Scenariusz opowiada bowiem o sławnej przyjaźni ACD z legendarnym prestidigitatorem Harrym Houdinim - a konkretnie o ich wspólnych śledztwach w sprawie morderstw w Nowym Jorku.
W rzeczywistości Panowie faktycznie spotykali się w Ameryce, ale ich znajomość w gruncie rzeczy koncentrowała się wokół wielkiego sporu o duchy, nadprzyrodzone moce i możliwość kontaktu ze zmarłymi. Houdini pasjonował się tym tematem jako wielki demaskator wszystkiego, co nadprzyrodzone - sam jako iluzjonista wiedział najlepiej, jak łatwo jest nabrać ufną publiczność. Doyle z biegiem lat coraz bardziej angażował się w różne spirytystyczne ruchy, prowadził liczne seanse i wierzył praktycznie w większość bzdur, którymi żyła szeroka publiczność, w tym fotografie wróżek i tym podobne. Jeden z takich seansów, w którym rolę medium odegrała sama Lady Doyle, doprowadził praktycznie do zerwania przyjaźni naszego ulubionego autora z Houdinim... To zresztą nie mogło się udać: Houdini chodził na seanse Doyle'a, słuchał, jak przyjaciel opowiada mu o duchach i innych cudach niewidach i zamiast dać mu wiarę pisał bardzo sceptyczne artykuły, w których zwalczał wszelkie podobne praktyki. Doyle śledził karierę Houdiniego, słuchał, jak przyjaciel z pomocą zupełnie ludzkich przemyślnych środków uwalniał się z różnych pułapek, po czym usiłował mu wmawiać, że nie jest wcale iluzjonistą tylko prawdziwym magikiem...
Szczegółową historię przyjaźni obu panów można przeczytać między innymi tu.
A wielbicielom postaci ACD i zainteresowanych jego losami może Sherlockista polecić wycieczkę do Porstmouth, gdzie Doyle spędził około dziesięciu lat życia i gdzie od dawna mieściło się jedno z jego muzeów (więcej informacji tu). Perłą muzeum jest kolekcja pozostawiona przez Sir Richarda Lancelyna Greena, jedną z najbardziej fascynujących postaci wśród współczesnych Sherlockistów. Ten wybitny specjalista od Doyle'a i Holmesa zmarł w tajemniczych okolicznościach w 2004 roku (o tej sprawie bardziej szczegółowo pisał ShK w kontekście książki Davida Granna), co już stało się tematem licznych publikacji, w tym książki wymienionej w nawiasie i kryminału Grahama Moore'a (o którym wspominał ShK tu i który już wkrótce zrecenzuje, bo właśnie czeka u niego na półce). 21 lutego rozpoczyna się w Portsmouth wspaniała impreza, na którą wciąż jeszcze można się wybrać...
...a Sherlockista postanowił właśnie wykorzystać sezon ogórkowy, by napisać jakieś zaległe recenzje, więc na tym na razie zakończy.
sobota, 29 stycznia 2011
Post w sensie ścisłym...
Po obfitującym w różnorakie smakowite wydarzenia początku stycznia, ostatnie dwa tygodnie były dla Sherlockisty jak dieta kopenhaska. Rzucał się z nadzieją na każdy tekst, w którym zabłysło nazwisko Holmesa, po czym odkrywał, że trafił właśnie na bloga poświęconego drzewkom bonsai albo, o zgrozo, o Smoleńsku (tylko otchłannie głębokie poczucie obowiązku Sherlockisty skłoniło go do zajrzenia do artykułu pod tytułem Katastrofa smoleńska i Sherlock Holmes (tytuł chyba został zmieniony, bo teraz trudno go wyszukać. Niestety - na szczęście? - okazało się, ku wielkiemu rozczarowaniu ShK, że nie odkryto przy wraku samolotu śladów żadnego wielkiego psa, a po prostu ktoś odwołał się w wywiadzie do cytatu z Holmesa ("Insensibly one begins to twist facts to suit theories, instead of theories to suit facts." - SCAN, podobną wypowiedź można znaleźć już w STUD.
Jakoś nie poruszyła też ShK wstrząsająca informacja o kłótniach między Judem Lawem (Ritchie-Watsonem) a Robertem Downeyem Jrem (Ritchie-Holmesem) na temat Mela Gibsona - która została zamieszczona na 6 chyba różnych portalach... Zainteresowanym streszcza Sherlockista, że RDJ ma dług wdzięczności wobec Mela, który pomagał mu kiedyś wyciągać się z nałogów. Law tymczasem jest przejęty losem Oksany, która zarzuca Gibsonowi rzeczy naprawdę jeżące włos na głowie. Prawda, że to poruszająca sprawa? Czy to wpłynie na atmosferę na planie? Już niebawem dowiemy się więcej, niestety...
Sherlockista po raz enty otrzymał też znacznie ciekawszą, ale frustrującą na swój sposób informację, że na stronie Baker Street Journal można kupić zaplanowaną na luty i absolutnie zachwycającą książkę pod wspólną redakcją Laurie King (tak, to ta od Mary Russell... nie zrażajcie się jednak, drodzy Czytelnicy i czytajcie dalej, King w zeszłym roku wstąpiła do BSI i chyba schodzi na właściwą drogę ;) oraz Lesliego Klingera (prawda, że od razu lepiej? :) ).
Jak widać, tytuł brzmi bardzo godnie: The Grand Game, a Celebration of Sherlockian Scholarship i jest zbiorem obrosłych już legendą holmesologicznych esejów. O pierwszym, założycielskim właściwie eseju tego typu, autorstwa Ronalda Knoxa, już ShK wspominał (w podlinkowanym tekście jest z kolei link do tekstu Knoxa), ale w wyborze znalazły się też artykuły A. A. Milne'a, Christophera Morleya (tego, który został wspomniany m. in. tu jako założyciel BSI), Rexa Stouta (Czy Watson też była kobietą?!), Dorothy L. Sayers i wielu innych holmesologicznych sław, a nawet niektórych prezydentów Stanów Zjednoczonych ;) Na stronie BSJ można to cudo zamówić, za jedyne 50 dolarów plus koszty przesyłki (ok. 15 dolarów razem z podatkiem). Ah, well, bother.
Leslie Klinger na swoim twitterze jakiś czas temu linkował pokaz slajdów z podpisywania książki podczas BSI - weekendu.
I to, obawia się Sherlockista, chwilowo byłoby na tyle...
Jakoś nie poruszyła też ShK wstrząsająca informacja o kłótniach między Judem Lawem (Ritchie-Watsonem) a Robertem Downeyem Jrem (Ritchie-Holmesem) na temat Mela Gibsona - która została zamieszczona na 6 chyba różnych portalach... Zainteresowanym streszcza Sherlockista, że RDJ ma dług wdzięczności wobec Mela, który pomagał mu kiedyś wyciągać się z nałogów. Law tymczasem jest przejęty losem Oksany, która zarzuca Gibsonowi rzeczy naprawdę jeżące włos na głowie. Prawda, że to poruszająca sprawa? Czy to wpłynie na atmosferę na planie? Już niebawem dowiemy się więcej, niestety...
Sherlockista po raz enty otrzymał też znacznie ciekawszą, ale frustrującą na swój sposób informację, że na stronie Baker Street Journal można kupić zaplanowaną na luty i absolutnie zachwycającą książkę pod wspólną redakcją Laurie King (tak, to ta od Mary Russell... nie zrażajcie się jednak, drodzy Czytelnicy i czytajcie dalej, King w zeszłym roku wstąpiła do BSI i chyba schodzi na właściwą drogę ;) oraz Lesliego Klingera (prawda, że od razu lepiej? :) ).
Jak widać, tytuł brzmi bardzo godnie: The Grand Game, a Celebration of Sherlockian Scholarship i jest zbiorem obrosłych już legendą holmesologicznych esejów. O pierwszym, założycielskim właściwie eseju tego typu, autorstwa Ronalda Knoxa, już ShK wspominał (w podlinkowanym tekście jest z kolei link do tekstu Knoxa), ale w wyborze znalazły się też artykuły A. A. Milne'a, Christophera Morleya (tego, który został wspomniany m. in. tu jako założyciel BSI), Rexa Stouta (Czy Watson też była kobietą?!), Dorothy L. Sayers i wielu innych holmesologicznych sław, a nawet niektórych prezydentów Stanów Zjednoczonych ;) Na stronie BSJ można to cudo zamówić, za jedyne 50 dolarów plus koszty przesyłki (ok. 15 dolarów razem z podatkiem). Ah, well, bother.
Leslie Klinger na swoim twitterze jakiś czas temu linkował pokaz slajdów z podpisywania książki podczas BSI - weekendu.
I to, obawia się Sherlockista, chwilowo byłoby na tyle...
sobota, 15 stycznia 2011
Ritchie-fobowie niech zamkną oczy :) Nowy Sherlock z Downeyem kręci się pełną parą.
Już od paru dni skrzynka Sherlockisty pęka w szwach od doniesień, które zalały wszystkie plotkarsko-filmowe portale świata: uwaga, ujawniono fragment plot-u drugiej części "Sherlocka". Drodzy Czytelnicy, przygotujcie się na szok:
...Holmes i Watson podążają tropem Moriarty'ego (pamiętamy, że w tej roli Jared Harris), którego uważają za pierwszego arcy-zbrodniarza w historii świata. Watson z trudem stara się godzić obowiązki wobec narzeczonej Mary Morstan z pomaganiem przyjacielowi...
ŁAŁ!
:D
Szczerze mówiąc, Sherlockista miał cień nadziei, że producenci zlitują się nad nami wszystkimi i wyrzucą w cholerę Mary Morstan (ShK żywi takie nadzieje wobec wszystkich absolutnie wersji opowiadań ACD, nawet gdy zagląda do Kanonu czasem kołacze się w nim takie niejasne przeczucie, że tym razem pod koniec SIGN znajdzie zupełnie co innego...). Nie był to jednak cień zbyt wyrazisty, więc można powiedzieć, że nie dowiedział się zupełnie niczego nowego. Podobnie, za niespecjalnie informatywne uznał stwierdzenie (Downeya), że "tym razem nie będziemy pakować Watsona w kłopoty - to raczej on będzie wyciągał z tarapatów Holmesa". Ponoć obaj panowie mają tkwić w owych tarapatach znacznie głębiej niż im się wydaje i niż my oczekiwaliśmy po pierwszym odcinku.
Za niepokojące uznał Sherlockista wszelkie doniesienia o tym, że w sequelu - jak to w sequelu - ekipa chce przebić wszystkie nasze oczekiwania. Downey skarżył się nawet, że kręcenie drugich części zawsze jest bardziej wyczerpujące, o czym on, jako weteran sequeli, miał okazję się przekonać.
Podglądacze opisują dwie sceny kręcone przez naszych bohaterów - obie to strzelaniny na bocznicy kolejowej i jedynym ich ciekawym elementem jest pojawienie się cyganki Sim, która okazuje się lepszym strzelcem od nich. W tej ostatniej roli oczywiście Noomi Rapace, o której Sherlockista pisał tu kiedyś, ale w kompletnie neutralnym tonie. Odkąd sam obejrzał ją w fantastycznej roli w ekranizacji równie świetnych książek Larssona, z wielkim entuzjazmem czeka na to, by zobaczyć ją u boku Sherlocka Holmesa.
A na koniec pierwsze oficjalne zdjęcie z planu:
Ładne talerze ;)
Dokładną analizę strojów bohaterów można znaleźć na tym portalu, poświęconym filmowym kostiumom w ogóle. Sherlockista chciał napisać, kurtuazyjnie, że to bardzo interesujący portal, ale nawet nie rozumie tych opisów i chyba nie fascynuje go specjalnie historia mody... Może jednak wśród Czytelników ktoś jest w stanie naprawdę docenić ludzi, którzy widzą, że Downey prezentuje romantyczne trendy z lat 30 dziewiętnastego wieku?
Sherlockista życzy serdecznie wszystkim zdegustowanym poczynaniami Ritchiego spokojnych snów ;) i oczekuje na jakiekolwiek szczegóły, które nie byłyby wyłącznie nic-szczególnego-nie-mówiącym, promocyjnym bełkotem.
...Holmes i Watson podążają tropem Moriarty'ego (pamiętamy, że w tej roli Jared Harris), którego uważają za pierwszego arcy-zbrodniarza w historii świata. Watson z trudem stara się godzić obowiązki wobec narzeczonej Mary Morstan z pomaganiem przyjacielowi...
ŁAŁ!
:D
Szczerze mówiąc, Sherlockista miał cień nadziei, że producenci zlitują się nad nami wszystkimi i wyrzucą w cholerę Mary Morstan (ShK żywi takie nadzieje wobec wszystkich absolutnie wersji opowiadań ACD, nawet gdy zagląda do Kanonu czasem kołacze się w nim takie niejasne przeczucie, że tym razem pod koniec SIGN znajdzie zupełnie co innego...). Nie był to jednak cień zbyt wyrazisty, więc można powiedzieć, że nie dowiedział się zupełnie niczego nowego. Podobnie, za niespecjalnie informatywne uznał stwierdzenie (Downeya), że "tym razem nie będziemy pakować Watsona w kłopoty - to raczej on będzie wyciągał z tarapatów Holmesa". Ponoć obaj panowie mają tkwić w owych tarapatach znacznie głębiej niż im się wydaje i niż my oczekiwaliśmy po pierwszym odcinku.
Za niepokojące uznał Sherlockista wszelkie doniesienia o tym, że w sequelu - jak to w sequelu - ekipa chce przebić wszystkie nasze oczekiwania. Downey skarżył się nawet, że kręcenie drugich części zawsze jest bardziej wyczerpujące, o czym on, jako weteran sequeli, miał okazję się przekonać.
Podglądacze opisują dwie sceny kręcone przez naszych bohaterów - obie to strzelaniny na bocznicy kolejowej i jedynym ich ciekawym elementem jest pojawienie się cyganki Sim, która okazuje się lepszym strzelcem od nich. W tej ostatniej roli oczywiście Noomi Rapace, o której Sherlockista pisał tu kiedyś, ale w kompletnie neutralnym tonie. Odkąd sam obejrzał ją w fantastycznej roli w ekranizacji równie świetnych książek Larssona, z wielkim entuzjazmem czeka na to, by zobaczyć ją u boku Sherlocka Holmesa.
A na koniec pierwsze oficjalne zdjęcie z planu:
Ładne talerze ;)
Dokładną analizę strojów bohaterów można znaleźć na tym portalu, poświęconym filmowym kostiumom w ogóle. Sherlockista chciał napisać, kurtuazyjnie, że to bardzo interesujący portal, ale nawet nie rozumie tych opisów i chyba nie fascynuje go specjalnie historia mody... Może jednak wśród Czytelników ktoś jest w stanie naprawdę docenić ludzi, którzy widzą, że Downey prezentuje romantyczne trendy z lat 30 dziewiętnastego wieku?
Sherlockista życzy serdecznie wszystkim zdegustowanym poczynaniami Ritchiego spokojnych snów ;) i oczekuje na jakiekolwiek szczegóły, które nie byłyby wyłącznie nic-szczególnego-nie-mówiącym, promocyjnym bełkotem.
niedziela, 12 grudnia 2010
Ekspres sherlockistyczny, odc. 3
Grudzień to miesiąc worków, więc i doniesienia w workach przychodzą :)
Dziś zaległe niusy na temat najróżniejszych mediów - jakoś tak w duchu tradycyjnych kalendarzy adwentowych postanowił dziś Sherlockista wkleić dużo obrazków. Zła wiadomość to ta, że większość będzie równie paskudna jak poniższy:
Recenzję z drugiego tomu wiktoriańskich komiksów nt. Sherlocka i Draculi (chyba z jakimś zombi w tle) (teskt: Ian Edgington, grafika: Davide Fabbri, Tom Mandrake) Sherlockista przejrzał... ale po zerknięciu na okładkę jakoś nie był w stanie się zdobyć na bardziej szczegółowe przedstawienie problemu.
Jeszcze brzydsze są screeny z nowej gry wydanej przez Frogwares: Sherlock Holmes and the Hound of the Baskervilles... powiedzmy, że poprzestaniemy na tym:
... i może na okładce gry, tak, by dać Czytelnikom posmak Psa:
Jest to gra typu HOG (HO jak Hidden Object) i polega, oprócz tego, że na wyszukiwaniu ukrytych przedmiotów, to jeszcze na zbawianiu dusz zamordowanych (czyżby przez tego słodkiego Burka?) Baskerville'ów. Sherlockista wyczytał w recenzjach dwie rzeczy, które mu się spodobało. Po pierwsze, są dwa tryby grania, łatwy i trudny, co daje ShK nadzieję, że jeśli kiedyśsobie tę grę ściągnie Frogware'owa wersja HOUN wpadnie mu w ręce, to da radę ją przejść w mniej niż miesiąc (tyle się męczył ze swoim pierwszym Holmesowym Frogware'em). Po drugie, można zdobywać punkty specjalne (bodaj 11), za które dostaje się nagrodę w postaci historii Psa w oryginalnej wersji Conan Doyle'a i temu mówi Sherlockista wielkie tak.
Doniesienia filmowe dziś z kategorii humorystycznych. Zawsze, gdy Sherlockista nie ma czasu na dłuższe notki, jedynym lekiem na związaną z tym faktem frustrację jest dla niego przeglądanie przychodzących plotek. Lek polega na tym, że widać wtedy całą dynamikę plotkarskiego świata. Jednego dnia ktoś zmyśla, że Sherlock wrócił do Irene, następnego sypią się do Sherlockisty szczegółowe opracowania tematu (Sherlock i Irene na imprezie u Mycrofta! - sekretne życie sekretnego władcy Anglii, Irene w zielonym, czyżby zżerała ją zazdrość o rozchwytywanego detektywa?), trzeciego ktoś nieśmiało twierdzi, że to chyba bzdura (To była wynajęta aktorka! - wyznaje osoba związana z doktorem Watsonem), czwartego historyjka tryumfalnie powraca w nowej odsłonie (Dlaczego Mycroft chce zataić romans Sherlocka i Irene?!). Przez ostatnie kilka dni ściągały do ShK bulwersujące pogłoski, jakoby Holmes oberwał od wiernego Watsona i to batem. Ponoć Jude Law strzelił z bicza w niefortunnym momencie i tylko przypadkiem trafił Downeya w oko, ale National Enquirer zrobił z tego niezwykle dramatyczną historię, pełną jęków bólu, interwencji medycznych, wielogodzinnych przerw w zdjęciach oraz niemal załamania nerwowego Jude'a. Z drugiej strony, spokesperson Downeya twierdzi, że to wszystko stek bzdur. Sherlockista, oczywiście, radzi nie dowierzać takim zaprzeczeniom, które zawsze skrywają kompromitujące sekrety gwiazd. W rzeczywistości pewnie nie Law Downeya tylko Downey Jude'a, nie batem tylko hotdogiem i nie strzelił w oko na planie a uświnił garnitur w przerwie. A my o niczym się nie dowiemy :( :( !!!!?!!!.
Na koniec Sherlockista przedstawia bez dłuższego komentarza pierwsze jak dotąd sherlockianum, którego nie chciałby nigdy dostać pod choinkę...
Oto solniczka i pieprzniczka w kształcie Holmesa iHitlera Watsona. Jak głosi sarkastyczny komentarz na tym blogu, Muzeum Holmesa twierdzi, że jest to przedmiot będący obiektem pożądania kolekcjonerów... ...
Dziś zaległe niusy na temat najróżniejszych mediów - jakoś tak w duchu tradycyjnych kalendarzy adwentowych postanowił dziś Sherlockista wkleić dużo obrazków. Zła wiadomość to ta, że większość będzie równie paskudna jak poniższy:
Recenzję z drugiego tomu wiktoriańskich komiksów nt. Sherlocka i Draculi (chyba z jakimś zombi w tle) (teskt: Ian Edgington, grafika: Davide Fabbri, Tom Mandrake) Sherlockista przejrzał... ale po zerknięciu na okładkę jakoś nie był w stanie się zdobyć na bardziej szczegółowe przedstawienie problemu.
Jeszcze brzydsze są screeny z nowej gry wydanej przez Frogwares: Sherlock Holmes and the Hound of the Baskervilles... powiedzmy, że poprzestaniemy na tym:
... i może na okładce gry, tak, by dać Czytelnikom posmak Psa:
Jest to gra typu HOG (HO jak Hidden Object) i polega, oprócz tego, że na wyszukiwaniu ukrytych przedmiotów, to jeszcze na zbawianiu dusz zamordowanych (czyżby przez tego słodkiego Burka?) Baskerville'ów. Sherlockista wyczytał w recenzjach dwie rzeczy, które mu się spodobało. Po pierwsze, są dwa tryby grania, łatwy i trudny, co daje ShK nadzieję, że jeśli kiedyś
Doniesienia filmowe dziś z kategorii humorystycznych. Zawsze, gdy Sherlockista nie ma czasu na dłuższe notki, jedynym lekiem na związaną z tym faktem frustrację jest dla niego przeglądanie przychodzących plotek. Lek polega na tym, że widać wtedy całą dynamikę plotkarskiego świata. Jednego dnia ktoś zmyśla, że Sherlock wrócił do Irene, następnego sypią się do Sherlockisty szczegółowe opracowania tematu (Sherlock i Irene na imprezie u Mycrofta! - sekretne życie sekretnego władcy Anglii, Irene w zielonym, czyżby zżerała ją zazdrość o rozchwytywanego detektywa?), trzeciego ktoś nieśmiało twierdzi, że to chyba bzdura (To była wynajęta aktorka! - wyznaje osoba związana z doktorem Watsonem), czwartego historyjka tryumfalnie powraca w nowej odsłonie (Dlaczego Mycroft chce zataić romans Sherlocka i Irene?!). Przez ostatnie kilka dni ściągały do ShK bulwersujące pogłoski, jakoby Holmes oberwał od wiernego Watsona i to batem. Ponoć Jude Law strzelił z bicza w niefortunnym momencie i tylko przypadkiem trafił Downeya w oko, ale National Enquirer zrobił z tego niezwykle dramatyczną historię, pełną jęków bólu, interwencji medycznych, wielogodzinnych przerw w zdjęciach oraz niemal załamania nerwowego Jude'a. Z drugiej strony, spokesperson Downeya twierdzi, że to wszystko stek bzdur. Sherlockista, oczywiście, radzi nie dowierzać takim zaprzeczeniom, które zawsze skrywają kompromitujące sekrety gwiazd. W rzeczywistości pewnie nie Law Downeya tylko Downey Jude'a, nie batem tylko hotdogiem i nie strzelił w oko na planie a uświnił garnitur w przerwie. A my o niczym się nie dowiemy :( :( !!!!?!!!.
Na koniec Sherlockista przedstawia bez dłuższego komentarza pierwsze jak dotąd sherlockianum, którego nie chciałby nigdy dostać pod choinkę...
Oto solniczka i pieprzniczka w kształcie Holmesa i
sobota, 23 października 2010
Bardzo zaległe linki - nowy Holmes wielko- i małoekranowy
A właściwie, to Watson. Pierwszy link prowadzi bowiem do starego już (tydzień to wieczność w czasach, gdy co pół godziny dowiadujemy się czegoś nowego o życiu naszych znajomych) wywiadu z Martinem Freemanem (powiedzmy, takiego artykuło-wywiadu).
Nasz niedoszły Hobbit wyjaśnia, między innymi, dlaczego nie poświęcił kariery w BBC (która to kariera po długim okresie stagnacji, kiedy to występował w Office nareszcie osiągnęła zupełnie niespodziewany wzlot) dla Hollywoodu - Freeman, mówiąc w skrócie, za bardzo czuje się Anglikiem, żeby marnować czas na czerwone dywany Ameryki ;) I bardzo dobrze. Sherlockista trzyma kciuki, żeby jednak jakoś się z ekipą Hobbita w sprawie terminów dogadał (co nie powinno być trudne z uwagi na chaos panujący wokół tego drugiego filmu). Ponadto, jak twierdzi Olly Grant, autor(ka?) linkowanego tekstu z Daily Telegraph, Freeman jest na najlepszej drodze do zostania przynajmniej gwiazdą brytyjskiej telewizji. Nie dość, że ogląda go średnio 7 milionów widzów, ale jeszcze niektórzy z nich twierdzą, że "ukradł show" Cumberbatchowi. Faktycznie, nie da się ukryć, że to jeden z najbardziej charyzmatycznych Watsonów.
Sherlockista doda tylko przy okazji, że amerykańska publiczność chyba jest podobnego zdania, bo sterta recenzji po emisji serialu za Wielką Wodą (którą to stertę ShK tylko pobieżnie przeglądał z braku czasu) utrzymana jest w entuzjastycznych tonach.
A do tego wszystkiego nareszcie rusza kręcenie nowego Sherlocka Ritchiego, którego nie wszyscy wprawdzie wypatrują z takimi jak ShK nadziejami, ale niemniej jednak, powiedzmy sobie wprost, każdy nowy Sherlock w kinach (lepszy od, say, filmów z Roxburghiem, zwanych na forach czule "the Roxburgh horror", i tej koszmarnej produkcji o rozpruwaczu z Donaldem Houstonem w roli Watsona...) to radość, a nawet te najstraszliwsze i, tak, owszem, nawet pierwszy Matthew Frewer mają swoje momenty (Sherlockista chciał tu rzucić dla przykładu jakimś dobrym momentem z pierwszego filmu z Frewerem i Hartem ale zacukał się na tak długo, że odłożył tę przyjemność na czas pisania recenzji z tego cyklu...).
I zawsze, kiedy ruszają zdjęcia do filmu, zjawiają się fotografie, którewytwórnie puszczają w obieg celem podgrzania atmosfery w tajemniczych okolicznościach i dzięki bohaterstwu niewidzialnych szpiegów włóczących się po planach filmowych wyciekają do takich serwisów jak ten czy ten. Skąd z kolei kradną je różni Sherlockiści. Enjoy :) !
ShK chętnie zinterpretowałby jakoś te zdjęcia, ale nie licząc wyjątkowo ładnego szalika Jude-Law-Watsona jakoś niewiele zwraca uwagę w tej scence z Holmesem i Watsonem w powoziku... ;)
Nasz niedoszły Hobbit wyjaśnia, między innymi, dlaczego nie poświęcił kariery w BBC (która to kariera po długim okresie stagnacji, kiedy to występował w Office nareszcie osiągnęła zupełnie niespodziewany wzlot) dla Hollywoodu - Freeman, mówiąc w skrócie, za bardzo czuje się Anglikiem, żeby marnować czas na czerwone dywany Ameryki ;) I bardzo dobrze. Sherlockista trzyma kciuki, żeby jednak jakoś się z ekipą Hobbita w sprawie terminów dogadał (co nie powinno być trudne z uwagi na chaos panujący wokół tego drugiego filmu). Ponadto, jak twierdzi Olly Grant, autor(ka?) linkowanego tekstu z Daily Telegraph, Freeman jest na najlepszej drodze do zostania przynajmniej gwiazdą brytyjskiej telewizji. Nie dość, że ogląda go średnio 7 milionów widzów, ale jeszcze niektórzy z nich twierdzą, że "ukradł show" Cumberbatchowi. Faktycznie, nie da się ukryć, że to jeden z najbardziej charyzmatycznych Watsonów.
Sherlockista doda tylko przy okazji, że amerykańska publiczność chyba jest podobnego zdania, bo sterta recenzji po emisji serialu za Wielką Wodą (którą to stertę ShK tylko pobieżnie przeglądał z braku czasu) utrzymana jest w entuzjastycznych tonach.
A do tego wszystkiego nareszcie rusza kręcenie nowego Sherlocka Ritchiego, którego nie wszyscy wprawdzie wypatrują z takimi jak ShK nadziejami, ale niemniej jednak, powiedzmy sobie wprost, każdy nowy Sherlock w kinach (lepszy od, say, filmów z Roxburghiem, zwanych na forach czule "the Roxburgh horror", i tej koszmarnej produkcji o rozpruwaczu z Donaldem Houstonem w roli Watsona...) to radość, a nawet te najstraszliwsze i, tak, owszem, nawet pierwszy Matthew Frewer mają swoje momenty (Sherlockista chciał tu rzucić dla przykładu jakimś dobrym momentem z pierwszego filmu z Frewerem i Hartem ale zacukał się na tak długo, że odłożył tę przyjemność na czas pisania recenzji z tego cyklu...).
I zawsze, kiedy ruszają zdjęcia do filmu, zjawiają się fotografie, które
ShK chętnie zinterpretowałby jakoś te zdjęcia, ale nie licząc wyjątkowo ładnego szalika Jude-Law-Watsona jakoś niewiele zwraca uwagę w tej scence z Holmesem i Watsonem w powoziku... ;)
niedziela, 26 września 2010
OBSADZONO ROLĘ MYCROFTA
...i to jak...
Sherlockista wrócił zziajany z górskiej wycieczki i na długo stracił oddech, gdy w mailu zobaczył informację, że
MYCROFTA HOLMESA ZAGRA STEPHEN FRY!
Mycrofta, ntauralnie, z Sherlocka 2 Ritchiego. Stephen Fry, naturalnie, TEN. Stephen Fry, który tak cudownie grał Oscara Wilde'a w pięknym bardzo filmie z 1997 roku, TYM SAMYM, w którym Watson Ritchiego, Jude Law, fenomenalnie wręcz zagrał wielką miłość Oscara, histerycznego, dumnego i toksycznego arystokratę, lorda Alfreda Douglasa zwanego czule "Bosiem". (W wyniku procesu wytoczonego konserwatywnemu ojcu Bosiego, Wilde został skazany za homoseksualizm i wylądował na ciężkich robotach w więzieniu w Reading, po czym już nigdy nie wrócił do dawnego blasku.)
TEN Stephen Fry, który dorobił się już w tym blogu własnej etykiety i to nie tylko dlatego, że Sherlockista darzy go uwielbieniem, ale także dzięki jego wspaniałej opowieści o spotkaniu Doyle'a z Wilde'em. Fry, jak Sherlockista wspominał, jest najmłodszym w historii członkiem The Sherlock Holmes Society of London. Ale poza tym jest również legendą telewizyjną dzięki programowi A Bit of Fry and Laurie, który prowadził wraz z obecnym doktorem House'em (Sherlockista poleca przeszukanie youtube'a, zwłaszcza jeśli jest się gotowym umierać ze śmiechu przez całą noc). Jeszcze poza tym jest Stephen Fry wcieleniem wdzięku, inteligencji, elegancji, klasy, subtelności, angielskiego humoru i esencją tego, co po angielsku wyraża słowo fabulous.
Zresztą, co tu wiele mówić, popatrzcie, drodzy Czytelnicy sami... (fotomontaż pochodzi stąd)
A na zakończenie nie może sobie Sherlockista odmówić... Przyszły Mycroft Holmes jako Oscar Wilde w czołówce, która przyprawia o czystą rozkosz:
P.S. Sherlockista ma nadzieję, że z tonu notki moża wywnioskować, jak potężną radością napełnił go ten wybór. Nikt, nikt zgoła nie mógłby nigdy zostać wspanialszym Mycroftem! To kolejny powód, by wyczekiwać nowego filmu Ritchiego z przyjemnością.
Sherlockista wrócił zziajany z górskiej wycieczki i na długo stracił oddech, gdy w mailu zobaczył informację, że
MYCROFTA HOLMESA ZAGRA STEPHEN FRY!
Mycrofta, ntauralnie, z Sherlocka 2 Ritchiego. Stephen Fry, naturalnie, TEN. Stephen Fry, który tak cudownie grał Oscara Wilde'a w pięknym bardzo filmie z 1997 roku, TYM SAMYM, w którym Watson Ritchiego, Jude Law, fenomenalnie wręcz zagrał wielką miłość Oscara, histerycznego, dumnego i toksycznego arystokratę, lorda Alfreda Douglasa zwanego czule "Bosiem". (W wyniku procesu wytoczonego konserwatywnemu ojcu Bosiego, Wilde został skazany za homoseksualizm i wylądował na ciężkich robotach w więzieniu w Reading, po czym już nigdy nie wrócił do dawnego blasku.)
TEN Stephen Fry, który dorobił się już w tym blogu własnej etykiety i to nie tylko dlatego, że Sherlockista darzy go uwielbieniem, ale także dzięki jego wspaniałej opowieści o spotkaniu Doyle'a z Wilde'em. Fry, jak Sherlockista wspominał, jest najmłodszym w historii członkiem The Sherlock Holmes Society of London. Ale poza tym jest również legendą telewizyjną dzięki programowi A Bit of Fry and Laurie, który prowadził wraz z obecnym doktorem House'em (Sherlockista poleca przeszukanie youtube'a, zwłaszcza jeśli jest się gotowym umierać ze śmiechu przez całą noc). Jeszcze poza tym jest Stephen Fry wcieleniem wdzięku, inteligencji, elegancji, klasy, subtelności, angielskiego humoru i esencją tego, co po angielsku wyraża słowo fabulous.
Zresztą, co tu wiele mówić, popatrzcie, drodzy Czytelnicy sami... (fotomontaż pochodzi stąd)
A na zakończenie nie może sobie Sherlockista odmówić... Przyszły Mycroft Holmes jako Oscar Wilde w czołówce, która przyprawia o czystą rozkosz:
P.S. Sherlockista ma nadzieję, że z tonu notki moża wywnioskować, jak potężną radością napełnił go ten wybór. Nikt, nikt zgoła nie mógłby nigdy zostać wspanialszym Mycroftem! To kolejny powód, by wyczekiwać nowego filmu Ritchiego z przyjemnością.
niedziela, 8 sierpnia 2010
A Study in Pink i The Blind Banker czyli nowy Sherlock, odcinki 1-2
Sherlockista długo wyliczał sobie w myślach plusy nowej produkcji BBC, żeby zaprezentować Czytelnikom tak efektowną listę, że sama jej długość przekona wszystkich, dlaczego to jest taki fajny nowy Sherlock. Właściwie to nie porzucił tego planu, ale dopiero pisząc poprzednią notkę o stronach BBC przyszło mu do głowy, co tak naprawdę najbardziej go w tym nowym "Sherlocku" ujęło.
Otóż dzięki współczesnej stylizacji, dzięki tym wszystkim blogom i gadżetom, dzięki temu, że nowy Sherlock żyje w takim Londynie, jaki w każdej chwili możemy sobie zobaczyć na żywo, a nie w baśniowym Londynie gazowych latarni, który nie dość, że już nie istnieje, to tak naprawdę nigdy go w ogóle poza wyidealizowanymi wspomnieniami ACD nie było... - dzięki temu wszystkiemu możemy poczuć się choć odrobinę tak, jak tamci czytelnicy sprzed stu lat. Kto z Czytelników nie marzył, by być takim londyńczykiem przełomu minionych wieków, kupować każdy nowy numer Strandu i z rozczulającą nas dziś naiwnością wierzyć, że ten wspaniały detektyw jest postacią rzeczywistą. Kto nie chciał lamentować po jego śmierci w wodospadzie Reichenbach i przysyłać mu listów z prośbą o rozwiązanie zagadki zaginionej cioci (jak głoszą legendy, listy do Holmesa przychodzą do dziś pod adres muzeum i spotykają się z uprzejmą odpowiedzią, że Mr Holmes jest już na emeryturze i hoduje pszczoły).
Wróćmy jednak do naszej listy.
Przede wszystkim, jest to jedna z najwierniejszych ekranizacji, jakie ShK kiedykolwiek miał przyjemność oglądać i to samo w sobie stanowi rozczulający paradoks. Moffat i Gatiss zdecydowanie nie są holmesologicznymi dyletantami i zawodowymi łowcami kasy, którzy obejrzeli dwa Rathbone'y w dzieciństwie i zapamiętali, że Holmes to gość z taką wielką fajką. To ewidentnie holmesiści pełną gębą, którzy przede wszystkim znakomicie czują klimat tych opowieści, niepowtarzalną mieszankę brytyjskiego chłodu i równie brytyjskiego humoru, a przy tym (tak znienawidzony przez Holmesa!) koktajl romantyzmu i żelaznej logiki.
W scenariuszach obu części "Sherlocka" pełno jest zabawnych dialogów, mnóstwo wręcz mrugnięć oka do holmesologicznie zorientowanego widza - ale przy tym wszystkim zachowana jest jednak dostateczna powaga, tak, że film w żadnym momencie nie staje się parodią czy pastiszem. To ważne, bo wzmaga ochotę, żeby jednak napisać do tego Holmesa w sprawie nękających nas seryjnych kradzieży różowych skarpetek (no, Mr Holmes, to byłoby takie A Study in Pink - 2).
Krwiste postaci zarysowane są zarówno przez scenarzystów, jak i przez aktorów śmiało i wiernie, czyli dokładnie tak jak trzeba. Zważywszy na to, ile Conan Doyle (nie czarujmy się, głównie z powodu niepoważnego traktowania Holmesa) pozostawił w konstrukcji obu głównych swoich bohaterów miejsc niedookreślonych, czyli pola do popisu dla potomnych, zadziwiające jest, jak rzadko dana nam jest przyjemność oglądać na ekranie osoby, które poza nazwiskami Holmes i Watson mają wiele wspólnego z owymi Doyle'owskimi postaciami. Kto widział chociażby poczciwego Rathbone'a z Bruce'em (w Waszyngtonie na przykład) ten wie. Jeszcze większym niebezpieczeństwem od braku wierności jest wierność ślepa, a nieśmiała - czyli wierność stereotypom utrwalonym w kulturze masowej (peleryna-czapa-wygięta faja-Elementary, my dear Watson*). Wystarczy wtedy pół błędu w obsadzie i wychodzi nam (osadzony w epoce, a jakże!) horror z Roxburghiem i Hartem. Każdy dobry Sherlock w życiu Sherlockisty przy pierwszym poznaniu przyprawiał go o dreszcze, każdy na pierwszy rzut oka nic wspólnego z Kanonem nie miał - i każdy dopiero przy bliższym przyjrzeniu okazał się podejrzanie tekstowi Doyle'a bliski.
Cumberbatch nie. Bo Cumberbatch Holmesem jest po prostu od razu, od pierwszego, drugiego i kolejnych wejrzeń. Nie jest (może: jeszcze) wielkim aktorem, nie ima się żadnych afekciarskich sztuczek, nie pohukuje jak ukochany Sherlockisty Jeremy** i nie koncentruje uwagi na sobie. Ale koncentruje ją niewątpliwie na swojej postaci. Holmes, władczy, genialny, do niczego i nikogo nieprzystający, pierwszy i jedyny, bezczelny, arogancki, a zarazem nigdy nie ordynarnie nieuprzejmy, dumny i rozrywany przez tłumione emocje (choć na rozwinięcie tego wątku dali sobie scenarzyści czas - i słusznie), ironicznie dowcipny, niecierpliwy i drapieżny, nade wszystko lękający się nudy jest... no jest dokładnie taki, jak trzeba (no i ten płaszcz...).
Nic dziwnego, że Moffat albo Gatiss powiedzieli w wywiadzie, że Cumberbatch był jedynym kandydatem do roli.
Dodali też, że kiedy Freeman dołączył do niego na zdjęciach próbnych, to od razu widać było, że to jest właśnie ten brakujący puzzel. Sherlockista nie potraktował tego poważnie, bo wypuszczając w świat nowego Sherlocka naprawdę nie da się czegoś takiego o obsadzie nie powiedzieć. Ale teraz z radością przyznaje twórcom rację. Freeman należy, naturalnie, do Watsonów nowoczesnych, czyli młodych, inteligentnych, wielbiących zagadki i autentycznie pomocnych - w żadnym razie nie dziadziowatych. Przy Holmesie trzyma go w pierwszym rzędzie żądza przygód (ten wątek jest szczególnie wyeksponowany - i świetnie, bo dzięki temu powolne rodzenie się relacji między dwoma obcymi facetami, z których tylko jeden jest gejem nabiera realizmu). Przy tym nie brakuje mu szczerego podziwu i szacunku dla Holmesa (którego brakowało nie tylko upiorowi-Hartowi, ale także, i to sobie uświadomił ShK dopiero gdy znów zobaczył na ekranie Watsona wzorcowego, Lawowi z Sherlocka Ritchiego). Trzeba Freemanowi przyznać, że - czy to z natury czy też dzięki dobrej grze - twarz ma do roli Watsona wprost idealną: uczciwą, ale nie przesadnie poczciwą, szlachetną nawet, ale bez naiwnego romantyzmu, dojrzałą i doświadczoną, ale nie starą i nie gorzką, wreszcie: skłonną do wyrażania emocji, ale tylko w stosownych okolicznościach i zawsze bez egzaltacji (znów w przeciwieństwie do Lawa). A poza tym Watson jest kochliwy, zrównoważony (zadziwiająco nawet, zważywszy na jego trudne przejścia na wojnie), spolegliwy, bystry i obdarzony poczuciem humoru ("the good doctor's pawky humour...") - czyli... dokładnie taki, jak trzeba (i ten wieczny brak kasy...).
Ta sama śmiała wierność cechuje intrygi, które również trzymają się ram nakreślonych przez Conan Doyle'a (zwłaszcza A Study in Pink), ale Moffat i Gatiss bez oporów twórczo wykorzystują wszelkie pomysły rozsiane po całym Kanonie. Oryginalne strzępki prozy Doyle'a wirują widzowi przed oczami jak w kalejdoskopie szczególnie w drugiej części, gdzie każda niemal scena odsyła do jakiegoś opowiadania, ale żadna nie jest dosłownym cytatem. Tymczasem cytatów w dialogach nie brakuje, chociaż żaden nie brzmi fałszywie, bo podane są w naturalnym, współczesnym języku. Boli trochę, że nie usłyszymy "You come from Afghanistan, I perceive...", ale dużo naturalniej brzmi "Afghanistan or Iraq?" i z początku trudno się przyzwyczaić, że Holmes i Watson zwracają się do siebie po imieniu (o horror ortodoksów), ale naprawdę kompletnie nierealistyczne byłoby, gdyby w XXI wieku mieszkając razem trzymali się nazwisk. W zamian za te małe niedogodności scenarzyści uraczyli nas, między innymi, serią SMS-ów "Come at once, if convenient - if inconvenient come all the same", za co, zasadniczo, wszystko można by im było wybaczyć. Oczywiście, gdybyśmy już wcześniej nie wybaczyli im wszystkiego za sam fakt, że w ogóle sfilmowali - i to sfilmowali świetnie - ten legendarny początek, te sherlockistyczne łzy wyciskające sceny, gdy Holmes i Watson się poznają i zaczyna się wielka przygoda...
Tak czy owak, mają Moffat i Gatiss wszystko wybaczone, a tymczasem tak wiele do wybaczania w ogóle nie ma. Wielkie, naprawdę huczne brawa należą im się za pomysły na uwspółcześnienie intryg. To dzięki nim, możemy cieszyć się kultową dedukcją z zegarka brata Watsona (SIGN) w nowej wersji - w której informacje wysysa Sherlock z telefonu komórkowego jego siostry. To dzięki nim Holmes może wykorzystywać - z sensem! - serwisy pogodowe i GPS w telefonie, zajmuje się systemem zabezpieczeń w nowoczesnym banku, rozpoznaje, że ktoś włamał się do mieszkania przed nim po drugiej identycznej plamie na dywanie (kto, no kto poznaje ten motyw?), badając ciało na miejscu brodni nie wyprzedza już swojej epoki (jak u ACD), tylko wykłóca się z policyjnym patologiem, a Lestrade robi mu nalot, by sprawdzić, czy znowu nie trzyma narkotyków.
Ten ostatni temat musiał być dla twórców bardzo trudny, bo w okowach politycznej poprawności nie wypada absolutnie serwować młodzieży filmu, w którym postać kultowa używałaby niedozwolonych substancji, a już zwłaszcza - zwłaszcza!, o zgrozo i wieczne potępienie! - paliła papierosy lub fajkę. Wybrnęli z sytuacji chyba najlepiej jak mogli: Holmes ćpa, ale nie na wizji, natomiast w trakcie filmu pozwala sobie tylko na plastry antynikotynowe, mówiąc przy tym z pewną goryczą, że w dzisiejszym Londynie palić naprawdę się nie da (Sherlockista po smutnych doświadczeniach z dzisiejszym Edynburghiem musi to niestety potwierdzić). Mimo to, policja politycznej poprawności i tak dopadła nowego Sherlocka i powód jej ataku wprawił Sherlockistę w niemałe zdumienie.
Jak można przeczytać tu, serial ten przedstawia w "niewłaściwym" świetle Chińczyków (??!!! czy każdy film, w którym pokazana jest chińska mafia to od razu chinofobiczny szowinistyczny paszkwil?) oraz kobiety. Ten pierwszy zarzut może najwyżej wzbudzić politowanie dla jego autorów (bo naprawdę, do jasnej cholery, jak się czyta, że u ACD mafie na ogół pochodziły z Ameryki i czemu nie można było tak zostawić, to szlag człowieka może trafić - czy gdyby ktoś na przykład napisał powieść, w której występowałby jakiś Japończyk, który byłby kretynem, to by znaczyło, że ów autor jest rasistą? a gdyby ów kretyn był biały, to już nie?), do drugiego Sherlockista odniesie się odrobinę szerzej.
Niewątpliwie, kanoniczny Sherlock wygłasza sporo niezbyt mądrych za to bardzo przykrych generalizacji na temat kobiet. Niewątpliwie zdarzało się tak częściej bohaterom powieści dziewiętnastowiecznych niż współczesnych i politycznie poprawnych (co ciekawe i co jest tematem na inną dyskusję, kobietom wolno przeważnie obrażać mężczyzn w dowolnie głupi sposób). Ale żeby wyciągać stąd wniosek, że powieści takich w ogóle być może nie powinno się ekranizować, a bohaterów, którzy wygłaszają niebezpieczne twierdzenia trzeba cenzurować i wycinać, byłoby jakimś kompletnym absurdem. Oczywiście, największych głupot, które Sherlock wygadywał nie ma sensu na siłę pakować na ekran, bo tylko wzbudziłyby niechęć do jego postaci - chyba że udałoby się je dobrze psychologicznie uzasadnić (jak udało się Wilderowi w PLOSH). Tego jednak twórcy uniknęli. Pozwolili sobie jednak pokazać realistycznie bezduszny i protekcjonalny stosunek Holmesa do jego współpracowniczki z kostnicy i konstrukcja tej ostatniej relacji i samej postaci Molly Hopper nawet Sherlockistę trochę obruszyła (szczegóły w komentarzu do bardzo niefortunnej fikcyjnej strony internetowej Molly).
Trzeba jednak powiedzieć jasno, że bezduszność jest akurat trochę przejaskrawioną, cechą nowego Sherlocka w ogóle i objawia się nie tylko w jego relacjach z kobietami. Jedyny naprawdę fałszywy ton, który uraził Sherlockistę w całej tej produkcji (nie licząc muzyki podejrzanie podobnej do muzyki Zimmera z Sherlocka Ritchiego), to moment, kiedy Holmes zniża się do użycia przemocy na umierającym (mężczyźnie), by wydobyć z niego informację, która zaspokoi jego ciekawość. To z Sherlockiem kanonicznym naprawdę nie ma nic wspólnego. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że twórcy po prostu zamierzają nad rozwojem, zwłaszcza emocjonalnym, tej postaci popracować. Trudno powiedzieć, czy dane nam będzie przeżyć tak wzruszającą i tak głęboką przygodę jak ta z drogą Granadowego Holmesa-Bretta, ale trzymajmy kciuki za przyszłe długie i pełne doświadczeń życie tego nowego Sherlocka.
Ten nowy Sherlock, czyli ewentualna kolejna seria BBC, ma tym większe szanse zaistnieć, że obecna naprawdę, nie licząc wymienionych wyżej zastrzeżeń, zebrała znakomite recenzje ze wszystkich stron. Co ważne dla Sherlockisty, także jego największy guru, autor wzorcowych adaptacji radiowych (też BBC), Bert Coules, wypowiedział się o Holmesie Moffata wręcz entuzjastycznie, a zarówno ortodoksi, jak i fani produkcji w rodzaju CSI gromadnie co tydzień zasiadają przed telewizorami.
...i Sherlockista naprawdę zakończyłby tę recenzję jakimś hurraoptymistycznym akcentem, gdyby nie fakt, że właśnie dziś, w dniu premiery trzeciego, finałowego odcinka, dziś, gdy poznamy Moriarty'ego XXI wieku (o którym, trochę tak jak w REDH Granady) napomykano już subtelnie w poprzednich częściach, skończył mu się limit transferu danych i będzie musiał na najnowszego Sherlocka czekać aż dwie doby...
Może z nudów nasmaruje jakiś list do tego Holmesa? Najbardziej wkurzały go takie od kobiet, z pytaniem, czy powinny przyjąć posadę guwernantki... ;)
---
* Sherlockista już wspominał, ale będzie wspominać do znudzenia, bo może ktoś zajrzy tylko do tego jednego wpisu i się nie dowie: żaden z wymienionych elementów nie występuje w tekście ACD!
** Tak, no tak, no mam wyrzuty ilekroć chwalę publicznie jakiegoś INNEGO Sherlocka ;)
Otóż dzięki współczesnej stylizacji, dzięki tym wszystkim blogom i gadżetom, dzięki temu, że nowy Sherlock żyje w takim Londynie, jaki w każdej chwili możemy sobie zobaczyć na żywo, a nie w baśniowym Londynie gazowych latarni, który nie dość, że już nie istnieje, to tak naprawdę nigdy go w ogóle poza wyidealizowanymi wspomnieniami ACD nie było... - dzięki temu wszystkiemu możemy poczuć się choć odrobinę tak, jak tamci czytelnicy sprzed stu lat. Kto z Czytelników nie marzył, by być takim londyńczykiem przełomu minionych wieków, kupować każdy nowy numer Strandu i z rozczulającą nas dziś naiwnością wierzyć, że ten wspaniały detektyw jest postacią rzeczywistą. Kto nie chciał lamentować po jego śmierci w wodospadzie Reichenbach i przysyłać mu listów z prośbą o rozwiązanie zagadki zaginionej cioci (jak głoszą legendy, listy do Holmesa przychodzą do dziś pod adres muzeum i spotykają się z uprzejmą odpowiedzią, że Mr Holmes jest już na emeryturze i hoduje pszczoły).
Wróćmy jednak do naszej listy.
Przede wszystkim, jest to jedna z najwierniejszych ekranizacji, jakie ShK kiedykolwiek miał przyjemność oglądać i to samo w sobie stanowi rozczulający paradoks. Moffat i Gatiss zdecydowanie nie są holmesologicznymi dyletantami i zawodowymi łowcami kasy, którzy obejrzeli dwa Rathbone'y w dzieciństwie i zapamiętali, że Holmes to gość z taką wielką fajką. To ewidentnie holmesiści pełną gębą, którzy przede wszystkim znakomicie czują klimat tych opowieści, niepowtarzalną mieszankę brytyjskiego chłodu i równie brytyjskiego humoru, a przy tym (tak znienawidzony przez Holmesa!) koktajl romantyzmu i żelaznej logiki.
W scenariuszach obu części "Sherlocka" pełno jest zabawnych dialogów, mnóstwo wręcz mrugnięć oka do holmesologicznie zorientowanego widza - ale przy tym wszystkim zachowana jest jednak dostateczna powaga, tak, że film w żadnym momencie nie staje się parodią czy pastiszem. To ważne, bo wzmaga ochotę, żeby jednak napisać do tego Holmesa w sprawie nękających nas seryjnych kradzieży różowych skarpetek (no, Mr Holmes, to byłoby takie A Study in Pink - 2).
Krwiste postaci zarysowane są zarówno przez scenarzystów, jak i przez aktorów śmiało i wiernie, czyli dokładnie tak jak trzeba. Zważywszy na to, ile Conan Doyle (nie czarujmy się, głównie z powodu niepoważnego traktowania Holmesa) pozostawił w konstrukcji obu głównych swoich bohaterów miejsc niedookreślonych, czyli pola do popisu dla potomnych, zadziwiające jest, jak rzadko dana nam jest przyjemność oglądać na ekranie osoby, które poza nazwiskami Holmes i Watson mają wiele wspólnego z owymi Doyle'owskimi postaciami. Kto widział chociażby poczciwego Rathbone'a z Bruce'em (w Waszyngtonie na przykład) ten wie. Jeszcze większym niebezpieczeństwem od braku wierności jest wierność ślepa, a nieśmiała - czyli wierność stereotypom utrwalonym w kulturze masowej (peleryna-czapa-wygięta faja-Elementary, my dear Watson*). Wystarczy wtedy pół błędu w obsadzie i wychodzi nam (osadzony w epoce, a jakże!) horror z Roxburghiem i Hartem. Każdy dobry Sherlock w życiu Sherlockisty przy pierwszym poznaniu przyprawiał go o dreszcze, każdy na pierwszy rzut oka nic wspólnego z Kanonem nie miał - i każdy dopiero przy bliższym przyjrzeniu okazał się podejrzanie tekstowi Doyle'a bliski.
Cumberbatch nie. Bo Cumberbatch Holmesem jest po prostu od razu, od pierwszego, drugiego i kolejnych wejrzeń. Nie jest (może: jeszcze) wielkim aktorem, nie ima się żadnych afekciarskich sztuczek, nie pohukuje jak ukochany Sherlockisty Jeremy** i nie koncentruje uwagi na sobie. Ale koncentruje ją niewątpliwie na swojej postaci. Holmes, władczy, genialny, do niczego i nikogo nieprzystający, pierwszy i jedyny, bezczelny, arogancki, a zarazem nigdy nie ordynarnie nieuprzejmy, dumny i rozrywany przez tłumione emocje (choć na rozwinięcie tego wątku dali sobie scenarzyści czas - i słusznie), ironicznie dowcipny, niecierpliwy i drapieżny, nade wszystko lękający się nudy jest... no jest dokładnie taki, jak trzeba (no i ten płaszcz...).
Nic dziwnego, że Moffat albo Gatiss powiedzieli w wywiadzie, że Cumberbatch był jedynym kandydatem do roli.
Dodali też, że kiedy Freeman dołączył do niego na zdjęciach próbnych, to od razu widać było, że to jest właśnie ten brakujący puzzel. Sherlockista nie potraktował tego poważnie, bo wypuszczając w świat nowego Sherlocka naprawdę nie da się czegoś takiego o obsadzie nie powiedzieć. Ale teraz z radością przyznaje twórcom rację. Freeman należy, naturalnie, do Watsonów nowoczesnych, czyli młodych, inteligentnych, wielbiących zagadki i autentycznie pomocnych - w żadnym razie nie dziadziowatych. Przy Holmesie trzyma go w pierwszym rzędzie żądza przygód (ten wątek jest szczególnie wyeksponowany - i świetnie, bo dzięki temu powolne rodzenie się relacji między dwoma obcymi facetami, z których tylko jeden jest gejem nabiera realizmu). Przy tym nie brakuje mu szczerego podziwu i szacunku dla Holmesa (którego brakowało nie tylko upiorowi-Hartowi, ale także, i to sobie uświadomił ShK dopiero gdy znów zobaczył na ekranie Watsona wzorcowego, Lawowi z Sherlocka Ritchiego). Trzeba Freemanowi przyznać, że - czy to z natury czy też dzięki dobrej grze - twarz ma do roli Watsona wprost idealną: uczciwą, ale nie przesadnie poczciwą, szlachetną nawet, ale bez naiwnego romantyzmu, dojrzałą i doświadczoną, ale nie starą i nie gorzką, wreszcie: skłonną do wyrażania emocji, ale tylko w stosownych okolicznościach i zawsze bez egzaltacji (znów w przeciwieństwie do Lawa). A poza tym Watson jest kochliwy, zrównoważony (zadziwiająco nawet, zważywszy na jego trudne przejścia na wojnie), spolegliwy, bystry i obdarzony poczuciem humoru ("the good doctor's pawky humour...") - czyli... dokładnie taki, jak trzeba (i ten wieczny brak kasy...).
Ta sama śmiała wierność cechuje intrygi, które również trzymają się ram nakreślonych przez Conan Doyle'a (zwłaszcza A Study in Pink), ale Moffat i Gatiss bez oporów twórczo wykorzystują wszelkie pomysły rozsiane po całym Kanonie. Oryginalne strzępki prozy Doyle'a wirują widzowi przed oczami jak w kalejdoskopie szczególnie w drugiej części, gdzie każda niemal scena odsyła do jakiegoś opowiadania, ale żadna nie jest dosłownym cytatem. Tymczasem cytatów w dialogach nie brakuje, chociaż żaden nie brzmi fałszywie, bo podane są w naturalnym, współczesnym języku. Boli trochę, że nie usłyszymy "You come from Afghanistan, I perceive...", ale dużo naturalniej brzmi "Afghanistan or Iraq?" i z początku trudno się przyzwyczaić, że Holmes i Watson zwracają się do siebie po imieniu (o horror ortodoksów), ale naprawdę kompletnie nierealistyczne byłoby, gdyby w XXI wieku mieszkając razem trzymali się nazwisk. W zamian za te małe niedogodności scenarzyści uraczyli nas, między innymi, serią SMS-ów "Come at once, if convenient - if inconvenient come all the same", za co, zasadniczo, wszystko można by im było wybaczyć. Oczywiście, gdybyśmy już wcześniej nie wybaczyli im wszystkiego za sam fakt, że w ogóle sfilmowali - i to sfilmowali świetnie - ten legendarny początek, te sherlockistyczne łzy wyciskające sceny, gdy Holmes i Watson się poznają i zaczyna się wielka przygoda...
Tak czy owak, mają Moffat i Gatiss wszystko wybaczone, a tymczasem tak wiele do wybaczania w ogóle nie ma. Wielkie, naprawdę huczne brawa należą im się za pomysły na uwspółcześnienie intryg. To dzięki nim, możemy cieszyć się kultową dedukcją z zegarka brata Watsona (SIGN) w nowej wersji - w której informacje wysysa Sherlock z telefonu komórkowego jego siostry. To dzięki nim Holmes może wykorzystywać - z sensem! - serwisy pogodowe i GPS w telefonie, zajmuje się systemem zabezpieczeń w nowoczesnym banku, rozpoznaje, że ktoś włamał się do mieszkania przed nim po drugiej identycznej plamie na dywanie (kto, no kto poznaje ten motyw?), badając ciało na miejscu brodni nie wyprzedza już swojej epoki (jak u ACD), tylko wykłóca się z policyjnym patologiem, a Lestrade robi mu nalot, by sprawdzić, czy znowu nie trzyma narkotyków.
Ten ostatni temat musiał być dla twórców bardzo trudny, bo w okowach politycznej poprawności nie wypada absolutnie serwować młodzieży filmu, w którym postać kultowa używałaby niedozwolonych substancji, a już zwłaszcza - zwłaszcza!, o zgrozo i wieczne potępienie! - paliła papierosy lub fajkę. Wybrnęli z sytuacji chyba najlepiej jak mogli: Holmes ćpa, ale nie na wizji, natomiast w trakcie filmu pozwala sobie tylko na plastry antynikotynowe, mówiąc przy tym z pewną goryczą, że w dzisiejszym Londynie palić naprawdę się nie da (Sherlockista po smutnych doświadczeniach z dzisiejszym Edynburghiem musi to niestety potwierdzić). Mimo to, policja politycznej poprawności i tak dopadła nowego Sherlocka i powód jej ataku wprawił Sherlockistę w niemałe zdumienie.
Jak można przeczytać tu, serial ten przedstawia w "niewłaściwym" świetle Chińczyków (??!!! czy każdy film, w którym pokazana jest chińska mafia to od razu chinofobiczny szowinistyczny paszkwil?) oraz kobiety. Ten pierwszy zarzut może najwyżej wzbudzić politowanie dla jego autorów (bo naprawdę, do jasnej cholery, jak się czyta, że u ACD mafie na ogół pochodziły z Ameryki i czemu nie można było tak zostawić, to szlag człowieka może trafić - czy gdyby ktoś na przykład napisał powieść, w której występowałby jakiś Japończyk, który byłby kretynem, to by znaczyło, że ów autor jest rasistą? a gdyby ów kretyn był biały, to już nie?), do drugiego Sherlockista odniesie się odrobinę szerzej.
Niewątpliwie, kanoniczny Sherlock wygłasza sporo niezbyt mądrych za to bardzo przykrych generalizacji na temat kobiet. Niewątpliwie zdarzało się tak częściej bohaterom powieści dziewiętnastowiecznych niż współczesnych i politycznie poprawnych (co ciekawe i co jest tematem na inną dyskusję, kobietom wolno przeważnie obrażać mężczyzn w dowolnie głupi sposób). Ale żeby wyciągać stąd wniosek, że powieści takich w ogóle być może nie powinno się ekranizować, a bohaterów, którzy wygłaszają niebezpieczne twierdzenia trzeba cenzurować i wycinać, byłoby jakimś kompletnym absurdem. Oczywiście, największych głupot, które Sherlock wygadywał nie ma sensu na siłę pakować na ekran, bo tylko wzbudziłyby niechęć do jego postaci - chyba że udałoby się je dobrze psychologicznie uzasadnić (jak udało się Wilderowi w PLOSH). Tego jednak twórcy uniknęli. Pozwolili sobie jednak pokazać realistycznie bezduszny i protekcjonalny stosunek Holmesa do jego współpracowniczki z kostnicy i konstrukcja tej ostatniej relacji i samej postaci Molly Hopper nawet Sherlockistę trochę obruszyła (szczegóły w komentarzu do bardzo niefortunnej fikcyjnej strony internetowej Molly).
Trzeba jednak powiedzieć jasno, że bezduszność jest akurat trochę przejaskrawioną, cechą nowego Sherlocka w ogóle i objawia się nie tylko w jego relacjach z kobietami. Jedyny naprawdę fałszywy ton, który uraził Sherlockistę w całej tej produkcji (nie licząc muzyki podejrzanie podobnej do muzyki Zimmera z Sherlocka Ritchiego), to moment, kiedy Holmes zniża się do użycia przemocy na umierającym (mężczyźnie), by wydobyć z niego informację, która zaspokoi jego ciekawość. To z Sherlockiem kanonicznym naprawdę nie ma nic wspólnego. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że twórcy po prostu zamierzają nad rozwojem, zwłaszcza emocjonalnym, tej postaci popracować. Trudno powiedzieć, czy dane nam będzie przeżyć tak wzruszającą i tak głęboką przygodę jak ta z drogą Granadowego Holmesa-Bretta, ale trzymajmy kciuki za przyszłe długie i pełne doświadczeń życie tego nowego Sherlocka.
Ten nowy Sherlock, czyli ewentualna kolejna seria BBC, ma tym większe szanse zaistnieć, że obecna naprawdę, nie licząc wymienionych wyżej zastrzeżeń, zebrała znakomite recenzje ze wszystkich stron. Co ważne dla Sherlockisty, także jego największy guru, autor wzorcowych adaptacji radiowych (też BBC), Bert Coules, wypowiedział się o Holmesie Moffata wręcz entuzjastycznie, a zarówno ortodoksi, jak i fani produkcji w rodzaju CSI gromadnie co tydzień zasiadają przed telewizorami.
...i Sherlockista naprawdę zakończyłby tę recenzję jakimś hurraoptymistycznym akcentem, gdyby nie fakt, że właśnie dziś, w dniu premiery trzeciego, finałowego odcinka, dziś, gdy poznamy Moriarty'ego XXI wieku (o którym, trochę tak jak w REDH Granady) napomykano już subtelnie w poprzednich częściach, skończył mu się limit transferu danych i będzie musiał na najnowszego Sherlocka czekać aż dwie doby...
Może z nudów nasmaruje jakiś list do tego Holmesa? Najbardziej wkurzały go takie od kobiet, z pytaniem, czy powinny przyjąć posadę guwernantki... ;)
---
* Sherlockista już wspominał, ale będzie wspominać do znudzenia, bo może ktoś zajrzy tylko do tego jednego wpisu i się nie dowie: żaden z wymienionych elementów nie występuje w tekście ACD!
** Tak, no tak, no mam wyrzuty ilekroć chwalę publicznie jakiegoś INNEGO Sherlocka ;)
sobota, 10 lipca 2010
Jude Law rozsiewa plotki o Sherlocku Holmesie 2...
...i to wyśmienita okazja, by Sherlockista jeszcze raz przerwał swoją prywatną ciszę mundialową ;) Podobno aktor dowiedział się, że wraca na plan być może już w październiku. Nie wie, lub nie chce zdradzić, jaka jest fabuła. W wywiadzie można jednak między wierszami wyczytać - co jest wspaniałą wiadomością - że Jude Law uważa za oczywiste wykorzystanie w scenariuszu Kanonu. Co więcej, Law zarzeka się, że pracuje przy Sherlocku Holmesie 2 nie dla kasy, a dla towarzystwa. Watson zgrany ze swoim Holmesem oraz z nowym odpowiednikiem agenta literackiego Conan Doyle'a, Ritchiem, to dokładnie to, czego potrzebujemy, więc nie należy sądzić, że Jude po prostu zbiera fundusze na utrzymanie nowej rodziny.
Ponadto na koniec komunikat organizacyjny. Mundial dobiega końca. W niedzielę ukochana drużyna Sherlockisty (to nie jest manifestacja jakiegoś wielkiego optymizmu, bo ShK kocha Hiszpanię i Holandię prawie po równo ;) zdobędzie mistrzostwo świata. W poniedziałek Sherlockiana znów zaczną pęcznieć od doniesień, recenzji i plotek.
Ponadto na koniec komunikat organizacyjny. Mundial dobiega końca. W niedzielę ukochana drużyna Sherlockisty (to nie jest manifestacja jakiegoś wielkiego optymizmu, bo ShK kocha Hiszpanię i Holandię prawie po równo ;) zdobędzie mistrzostwo świata. W poniedziałek Sherlockiana znów zaczną pęcznieć od doniesień, recenzji i plotek.
niedziela, 25 kwietnia 2010
Optymistyczne słowo na niedzielę ;)
Sherlockista przyrzekł sobie, że przecież Sherlockiana to nie Pudelek, w związku z czym puszczać plotek o tym, że Jude Law (37 l.) kupuje sobie specyfiki przeciwzmarszczkowe za 3000 dolarów absolutnie mu nie wypada ;)
Z przyjemnością natomiast melduje, że z różnych źródeł spływają do niego doniesienia, jakoby drugi "Sherlock Holmes" miał zostać nakręcony w 3D. W wywiadzie dla Los Angeles Times, znani nam już z poprzednich plotek scenarzyści zdradzają tym razem, że prowadzą na ten temat rozmowy ze studiem Warner Bros. Sherlockista musi powiedzieć, że niezwykle go ten projekt interesuje. O ile, oczywiście, nie będzie to oznaczać, że Downey wypaćka się niebieską farbą i będzie się komunikował z Watsonem przy pomocy warkocza.
Z wywiadu wynika też, co wiadomo już z licznych innych plotek, wszyscy się do nowego Sherlocka śpieszą tak jak i Sherlockista, więc, generalnie rzecz biorąc, wypada być jak najlepszej myśli i z tym optymistycznym przesłaniem życzy Czytelnikom przyjemnej niedzieli :)
(Swoją drogą, Sherlockista trochę się Jude'owi nie dziwi - uroda na cherubinka nie starzeje się jak wino...)
Z przyjemnością natomiast melduje, że z różnych źródeł spływają do niego doniesienia, jakoby drugi "Sherlock Holmes" miał zostać nakręcony w 3D. W wywiadzie dla Los Angeles Times, znani nam już z poprzednich plotek scenarzyści zdradzają tym razem, że prowadzą na ten temat rozmowy ze studiem Warner Bros. Sherlockista musi powiedzieć, że niezwykle go ten projekt interesuje. O ile, oczywiście, nie będzie to oznaczać, że Downey wypaćka się niebieską farbą i będzie się komunikował z Watsonem przy pomocy warkocza.
Z wywiadu wynika też, co wiadomo już z licznych innych plotek, wszyscy się do nowego Sherlocka śpieszą tak jak i Sherlockista, więc, generalnie rzecz biorąc, wypada być jak najlepszej myśli i z tym optymistycznym przesłaniem życzy Czytelnikom przyjemnej niedzieli :)
(Swoją drogą, Sherlockista trochę się Jude'owi nie dziwi - uroda na cherubinka nie starzeje się jak wino...)
wtorek, 20 kwietnia 2010
Nareszcie PLOTKA :) !
Ponoć Siena Miller, była i po przerwie obecna dziewczyna, a podobno nawet nieoficjalna narzeczona Jude'a Law (czyli Watsona Ritchiego) ma wystąpić u jego boku także w filmie... I to w niebylejakim filmie tylko w Sherlocku Holmesie 2!
Sherlockista ustalił z pomocą netu, że widział kiedyś Sienę w roli Victorii w "Stardust" ale jakoś nijak sobie tego przypomnieć niestty nie może...
Niestety, plotkarskie serwisy nie interesują się zupełnie tym, po co twórcom sequela odtwórczynie ról kobiecych (chyba nie zamierzają zmienić bardzo sympatycznej Rachel McAdams w roli Irene Adler?).
Sherlockista dokopał się jednak do plotek sprzed dwóch lat, w których mówiono, że Siena Miller została wykopana z "jedynki" Sherlocka Holmesa, prawdopodobnie z powodu osobistych zatargów z Jude'em. Twarz ma, jak dla Sherlockisty, zupełnie nijak wypicowaną więc należy tylko mieć nadzieję, że to nie ona będzie Moriartym ;)
Sherlockista ustalił z pomocą netu, że widział kiedyś Sienę w roli Victorii w "Stardust" ale jakoś nijak sobie tego przypomnieć niestty nie może...
Niestety, plotkarskie serwisy nie interesują się zupełnie tym, po co twórcom sequela odtwórczynie ról kobiecych (chyba nie zamierzają zmienić bardzo sympatycznej Rachel McAdams w roli Irene Adler?).
Sherlockista dokopał się jednak do plotek sprzed dwóch lat, w których mówiono, że Siena Miller została wykopana z "jedynki" Sherlocka Holmesa, prawdopodobnie z powodu osobistych zatargów z Jude'em. Twarz ma, jak dla Sherlockisty, zupełnie nijak wypicowaną więc należy tylko mieć nadzieję, że to nie ona będzie Moriartym ;)
środa, 10 marca 2010
Jeszcze w tym roku będą kręcić Sherlocka Holmesa 2?
Donieśli Sherlockiście, że Jude Law puszcza już jakieś plotki na temat sequela ekranizacji Ritchiego. Wypowiada się z pewną nonszalancją, ale niezobowiązująco przyznaje, że chyba on, chyba Watsona i chyba zdjęcia jeszcze w tym roku. To, że ciąg dalszy był planowany nie jest tajemnicą - scenariusz został zamówiony zanim jeszcze SH 2009 wszedł na ekrany kin.
Czy nie miło pomyśleć nad tym, że ktoś pewnie właśnie biedzi się nad intrygą dla filmu o Sherlocku (a nie zapomninajmy, że w nowym filmie prawie na pewno będzie zasygnalizowany tylko w "jedynce" profesor Moriarty) ?
Sherlockista, który sequelowi, jak wyznał, kibicuje, na podobne plotki czeka z największą niecierpliwością. Kręćcie, tylko ogólcie Downeya!
Czy nie miło pomyśleć nad tym, że ktoś pewnie właśnie biedzi się nad intrygą dla filmu o Sherlocku (a nie zapomninajmy, że w nowym filmie prawie na pewno będzie zasygnalizowany tylko w "jedynce" profesor Moriarty) ?
Sherlockista, który sequelowi, jak wyznał, kibicuje, na podobne plotki czeka z największą niecierpliwością. Kręćcie, tylko ogólcie Downeya!
wtorek, 23 lutego 2010
Sherlock Holmes 2009
Gdyby Sherlockista zaczął pisać tę recenzję pół roku temu, nie miałby żadnego problemu - niewielu Holmesistów wyglądało wówczas premiery filmu Guya Ritchiego z nadziejami na cokolwiek więcej niż przeczytanie kilku zjadliwych paszkwili na zaprzyjaźnionych blogach i forach - naturalnie dopiero po czterech głębszych, dwóch godzinach męki na sali kinowej i jeszcze pięciu głębszych dla przywrócenia równowagi.
Sam pomysł, by ekranizować komiks, z Downeyem "metr sześćdziesiąt w kapeluszu" Juniorem w roli głównej przyprawiał o dreszcze. Jude Law z arystokratycznym nosem w chmurach nadawał się może X lat temu do uwodzenia Stephena Fry'a, a nawet samego Jeremy'ego Bretta w jednym z filmów Granady, ale przecież nie na Watsona - po Hardwicke'u, Masonie, Stocku... Frazy w rodzaju "trzeba tchnąć życie w skostniałego dziewiętnastowiecznego detektywa" lub "przemówić do nowoczesnego widza" skłaniały ortodoksyjnych fanów Sherlocka do lamentu nad powszechnym upadkiem obyczajów i ach-tą-dzisiejszą-młodzieżą. Wywiady z Ritchiem, beztrosko demonstrującym brak woli ścisłego dostosowywania się do Kanonu* (THE Kanonu!) oraz fotki z planu przedstawiające detektywa niższego od własnego Watsona i wystrojonego w jakieś niechlujne fulary i podejrzane okularki potęgowały niepokój, który przerodził się w istną panikę w momencie, gdy światło dzienne ujrzał trailer...
A w trailerze... Holmes półnagi na łóżku, niewybredne dowcipy, komiksowe sekwencje walk, jakaś wzmianka o Adler (brrr! romansidło będzie! uciekać!)... Powiedzmy sobie wprost: trailer przeraził nawet Bravehearta Waleczne Serce.
Miłość, drodzy Czytelnicy, wymaga wszelako poświęceń i tak oto dzień po premierze ruszył Sherlock nieustraszenie do krakowskiego kina Ars (lokalizację wybrał z uwagi na bliskość różnych przybytków, w których ewentualnie dałoby się po filmie złagodzić skołatane nerwy).
Start. Muzyka. Kałuża, w kałuży - logo WB. Szaro, groźnie, uojezu, zaraz się zacznie. Ktoś biegnie. Pościg. Niby wleką się konne powozy, a napięcie, jak gdyby ścigały się Porsche po autostradzie. Watson szykuje rewolwer. Bo to bez wątpienia Watson jest, nie ma gadania. Oho, zaraz się zacznie, the game is afoot!
*zaraz*
Przecież ja tu nie jestem, żeby się dobrze bawić, tylko gotować się wewnętrznie, pielęgnować zadrę w sercu i łezkę w oku dla umarłych i zhańbionych Sherlocków! - uświadomił sobie nagle Sherlockista, ale zanim zdążył pociągnąć ten wątek akcja rzeczywiście zaczęła się na dobre, Watson znalazł się, jak zawsze, we właściwym miejscu i we właściwym czasie, panowie uścisnęli sobie dłonie - a Sherlockista natychmiast przestał się wygłupiać i zaczął się bawić na sto cztery fajerki.
Bo, trzeba to sobie powiedzieć, nowy Sherlock to jest zabawa przednia. Owszem, montaż może jest i nieco komiksowy, a w scenach bójek bohaterowie nasi bardziej niż angielskich dżentelemenów przypominają skrzyżowanie Batmana z Karate Kidem, ale nie ma co udawać, że żwawej akcji nie śledzi się z przyjemnością. Zwłaszcza, że - o kosmiczna ulgo - akcji tej zupełnie nie spowalnia żaden z kontrowersyjnych kanonicznych związków, które prześladują Sherlockistów w licznych ekranizacjach Conan Doyle'a. Z faktem, że Watson miał żonę niewielu radzi sobie tak śmiało jak autorzy serii, która już wkrótce mocno będzie na tym blogu promowana - czyli legendarnej serii Granady ("radzi sobie", czytaj: kompletnie ją wycina), nikt też oprócz BBC-Berta Coulesa nie potrafił zrobić z niej mocnego i składnego punktu programu, więc jeśli powiem, że u Ritchiego obecność Mary Morstan nie razi to będzie to już spory komplement. Jakośtam miejscami pomaga panna Mary pokazywać relację łączącą naprawdę interesujących nas bohaterów (Holmes za wszelką cenę stara się zatrzymać Watsona dla siebie i sabotuje jego związek). Trudno powiedzieć, czemu Ritchie nie wykorzystał kanonicznego faktu, że to niejako z winy samego Holmesa Watson w ogóle Mary poznał (SIGN**), ale dzięki temu wyborowi Holmes ma okazję popisać się jedną z klasycznych dedukcji na temat jej osoby.
Klasycznych dedukcji, bowiem, wbrew pozorom - i wbrew potocznym o nowym Holmesie opiniom - nie brakuje. Ten Holmes dedukuje z iście amerykańską przesadą na każdym kroku: w co i jak mocno przyłożyć, żeby powalić przeciwnika, bardzo kanonicznie, którędy jedzie jego powóz (odkrywa to mimo zasłoniętych oczu); pojawia się nawet ściśle kanoniczny dialog na temat charakteru i obyczajów właściciela srebrnego zegarka (w oryginale brata Watsona).
I tu trzeba zauważyć, że takimi kanonicznymi smaczkami dla geeków i freaków i Sherlockistów wszelkich maści film ten jest przesycony. Inicjały VR na ścianie, urywki cytatów z kanonu (w tym takie przeboje, jak "data, data, data, I cannot make bricks without clay"), charakterystyczne żarty z Lestrade'a zwieńczone rozczulającą wręcz intrygą z jego udziałem, dyskretne i trudno powiedzieć, na ile zamierzone aluzje do innych filmów (widać tu jawne wpływy "Young Sherlock Holmes", nieco bardziej ukryte uroczego, komediowego "Without a Clue" - o jednym i drugim filmie jeszcze będzie w tym blogu, a nawet drobiazgi, które można potraktować jako aluzje do legendarnego "Private Life of Sherlock Holmes", jak na przykład wątek poszukiwania karła), pływanie nietypowym pojazdem wodnym po rzece, charakterystyczny motyw z SIGN, wreszcie poza Holmesa, który duma nad sprawą z nogami skrzyżowanymi po turecku na fotelu, jak Jeremy Brett w REDH - a Jeremy Brett przecież odtworzył tylko na ekranie oryginalną rycinę samego Sydneya Pageta... Nie da się powiedzieć, by film odbiegał aż tak dziko od Conandoyle'owej ortodoksji i szeroko pojętej tradycji, jak często się lamentuje.
Dziko od ortodoksji odbiega Holmesa strój, ale na to akurat można znaleźć szereg usprawiedliwień. Po pierwsze, lepsze to niż nagminny inverness w towarzystwie deerstalkera (czyli to coś z peleryną i kretyńska czapa z klapkami na uszy, związanymi zazwyczaj kokardką na czubku głowy) - Holmes owszem mógł mieć coś takiego na sobie z raz czy dwa, ale z całą pewnością nie w mieście, tymczasem autorzy ekranizacji nieodmiennie wtłaczają go w ten śmieszny dość kostiumik. Po drugie, Holmes jest w tym filmie kreowany na postrzelonego geniusza, wizjonera, artystę, który stwarza wokół siebie atmosferę bohemy. To wcale takie od oryginału odległe nie jest - Holmes Conan Doyle'a niejednokrotnie przedstawiany był jako ktoś, kto o swojej pracy myśli jak o sztuce właśnie (SIXN) miał aż nadto ekscentrycznych nawyków i upodobań (gra na skrzypcach po nocy, trzymanie tytoniu w perskim kapciu, strzelanie do sufitu, jedzenie i spanie o najdziwniejszych porach w zależności od samopoczucia i toku spraw, etc.). W filmie artystowskie rozpasanie Holmesa zostało pokazane - jak wszystko - z brutalną dosłownością, ale oglądamy w końcu kawał dobrej rozrywki, a nie kino europejskie, Michelangelo przedstawia, tu długie zbliżenie na nieistniejącą piłkę do tenisa.
Charaktery, nawyki i relacja Holmesa i Watsona - to co dla Holmesistów przeważnie jest najważniejsze w każdej ekranizacji - zostały karykaturalnie wykoślawione (skłonność Watsona do hazardu, w kanonie sygnalizowana, w filmie przeradza się w poważny nałóg; znudzony Holmes bez sprawy tresuje muchy w szklance - a propos, błagam, kto przypomni mi, gdzie ja już to widziałam? (nagrody;), boks Holmesa i odrobina baritsu w filmie dają mu moc trzech Chucków Norrisów, a kanoniczne drobne spięcia i mikre próby Watsona przeciwstawienia się Holmesowi przemieniają się w wykonaniu Jude'a Law w awantury, które przypominają histeryczne sceny urządzane przez lorda Douglasa zakochanemu w nim Wilde'owi). Jednocześnie, miał Sherlockista błogie poczucie, że jakieś nie do końca określone To, Co Naprawdę w Tej Historii Ważne zostało tu zachowane. Jest braterski duch towarzyszy broni. Jest zaufanie. Są niemałe uczucia. Jest współpraca. Jest pasja Watsona i jest jego fascynacja życiem detektywa-artysty. Brakuje trochę wyjaśnienia, dlaczego właściwie Holmes tak bardzo Watsona potrzebuje (a to temat, który zasługuje na kilka notek), jednak warto docenić, że w ogóle zostało to pokazane. Ma ten film wszystkie klepki na swoim miejscu.
I ma też - od siebie niejako - dużo wdzięku. Wdzięk ma Downey, tak jaskrawo niepasujący fizycznie do roli, że mógł ratować się tylko wyrazistymi oczami i brakiem kompleksów. Downey nie udaje, że jest wysokim, szczupłym, chłodnym angielskim dżentelmenem. Pozostał sobą, a taki manewr, choć czasem niezwykle kontrowersyjny (patrz Brett), czasem wychodził Holmesowym aktorom na dobre. Wdzięk ma intryżka rodem prosto z przygodowych filmów o ekscesach dziewiętnastowiecznych tajnych stowarzyszeń, machiny, cudownie bogaty obraz Londynu. Wdzięk ma irlandzka (z niepojętych przyczyn) muzyka. Wdzięk ma nawet zakończenie, które w rozbrajająco oczywisty sposób sugeruje, że ekipa pichci nam już drugą część.
Niech pichci. Sherlockista czeka, tym razem bez lęku.
A na koniec, do początku nawiązując, wypada wyjaśnić, dlaczego dziś, pełen ulgi, euforii wręcz i dumy z tego, jak sobie Holmes radzi w 21 wieku, miał Sherlockista z napisaniem tej recenzji problem? Bo po drodze obejrzał pochopnie po raz enty kilkanaście ulubionych Brettów i przypomniało mu się natychmiast, jak wygląda Holmesa naprawdę dobra ekranizacja...
ale o tym już w kolejnych wpisach!
---
*Jako że blog ma mieć charakter misyjny, pozwolę sobie wyjaśniać niektóre słówka i skróty stosowane dość powszechnie przez maniaków. Kanon to zbiór wszystkich opowiadań i powieści o Sherlocku H. autorstwa Arthura Conan Doyle'a. Do Kanonu nie należą zatem filmy (co nie znaczy, że nie ma filmów wręcz kanonicznych ;), pastisze, przeróbki, apokryfy, etc.
**Używam często stosowanych czteroliterowych skrótów na oznaczenie tytułu kanonicznego opowiadania (powieści). SIGN to naturalnie polski "Znak czterech", a angielska lista tu: http://webspace.webring.com/people/sp/porlock/watson/abbrev_yop.html
Sam pomysł, by ekranizować komiks, z Downeyem "metr sześćdziesiąt w kapeluszu" Juniorem w roli głównej przyprawiał o dreszcze. Jude Law z arystokratycznym nosem w chmurach nadawał się może X lat temu do uwodzenia Stephena Fry'a, a nawet samego Jeremy'ego Bretta w jednym z filmów Granady, ale przecież nie na Watsona - po Hardwicke'u, Masonie, Stocku... Frazy w rodzaju "trzeba tchnąć życie w skostniałego dziewiętnastowiecznego detektywa" lub "przemówić do nowoczesnego widza" skłaniały ortodoksyjnych fanów Sherlocka do lamentu nad powszechnym upadkiem obyczajów i ach-tą-dzisiejszą-młodzieżą. Wywiady z Ritchiem, beztrosko demonstrującym brak woli ścisłego dostosowywania się do Kanonu* (THE Kanonu!) oraz fotki z planu przedstawiające detektywa niższego od własnego Watsona i wystrojonego w jakieś niechlujne fulary i podejrzane okularki potęgowały niepokój, który przerodził się w istną panikę w momencie, gdy światło dzienne ujrzał trailer...
A w trailerze... Holmes półnagi na łóżku, niewybredne dowcipy, komiksowe sekwencje walk, jakaś wzmianka o Adler (brrr! romansidło będzie! uciekać!)... Powiedzmy sobie wprost: trailer przeraził nawet Bravehearta Waleczne Serce.
Miłość, drodzy Czytelnicy, wymaga wszelako poświęceń i tak oto dzień po premierze ruszył Sherlock nieustraszenie do krakowskiego kina Ars (lokalizację wybrał z uwagi na bliskość różnych przybytków, w których ewentualnie dałoby się po filmie złagodzić skołatane nerwy).
Start. Muzyka. Kałuża, w kałuży - logo WB. Szaro, groźnie, uojezu, zaraz się zacznie. Ktoś biegnie. Pościg. Niby wleką się konne powozy, a napięcie, jak gdyby ścigały się Porsche po autostradzie. Watson szykuje rewolwer. Bo to bez wątpienia Watson jest, nie ma gadania. Oho, zaraz się zacznie, the game is afoot!
*zaraz*
Przecież ja tu nie jestem, żeby się dobrze bawić, tylko gotować się wewnętrznie, pielęgnować zadrę w sercu i łezkę w oku dla umarłych i zhańbionych Sherlocków! - uświadomił sobie nagle Sherlockista, ale zanim zdążył pociągnąć ten wątek akcja rzeczywiście zaczęła się na dobre, Watson znalazł się, jak zawsze, we właściwym miejscu i we właściwym czasie, panowie uścisnęli sobie dłonie - a Sherlockista natychmiast przestał się wygłupiać i zaczął się bawić na sto cztery fajerki.
Bo, trzeba to sobie powiedzieć, nowy Sherlock to jest zabawa przednia. Owszem, montaż może jest i nieco komiksowy, a w scenach bójek bohaterowie nasi bardziej niż angielskich dżentelemenów przypominają skrzyżowanie Batmana z Karate Kidem, ale nie ma co udawać, że żwawej akcji nie śledzi się z przyjemnością. Zwłaszcza, że - o kosmiczna ulgo - akcji tej zupełnie nie spowalnia żaden z kontrowersyjnych kanonicznych związków, które prześladują Sherlockistów w licznych ekranizacjach Conan Doyle'a. Z faktem, że Watson miał żonę niewielu radzi sobie tak śmiało jak autorzy serii, która już wkrótce mocno będzie na tym blogu promowana - czyli legendarnej serii Granady ("radzi sobie", czytaj: kompletnie ją wycina), nikt też oprócz BBC-Berta Coulesa nie potrafił zrobić z niej mocnego i składnego punktu programu, więc jeśli powiem, że u Ritchiego obecność Mary Morstan nie razi to będzie to już spory komplement. Jakośtam miejscami pomaga panna Mary pokazywać relację łączącą naprawdę interesujących nas bohaterów (Holmes za wszelką cenę stara się zatrzymać Watsona dla siebie i sabotuje jego związek). Trudno powiedzieć, czemu Ritchie nie wykorzystał kanonicznego faktu, że to niejako z winy samego Holmesa Watson w ogóle Mary poznał (SIGN**), ale dzięki temu wyborowi Holmes ma okazję popisać się jedną z klasycznych dedukcji na temat jej osoby.
Klasycznych dedukcji, bowiem, wbrew pozorom - i wbrew potocznym o nowym Holmesie opiniom - nie brakuje. Ten Holmes dedukuje z iście amerykańską przesadą na każdym kroku: w co i jak mocno przyłożyć, żeby powalić przeciwnika, bardzo kanonicznie, którędy jedzie jego powóz (odkrywa to mimo zasłoniętych oczu); pojawia się nawet ściśle kanoniczny dialog na temat charakteru i obyczajów właściciela srebrnego zegarka (w oryginale brata Watsona).
I tu trzeba zauważyć, że takimi kanonicznymi smaczkami dla geeków i freaków i Sherlockistów wszelkich maści film ten jest przesycony. Inicjały VR na ścianie, urywki cytatów z kanonu (w tym takie przeboje, jak "data, data, data, I cannot make bricks without clay"), charakterystyczne żarty z Lestrade'a zwieńczone rozczulającą wręcz intrygą z jego udziałem, dyskretne i trudno powiedzieć, na ile zamierzone aluzje do innych filmów (widać tu jawne wpływy "Young Sherlock Holmes", nieco bardziej ukryte uroczego, komediowego "Without a Clue" - o jednym i drugim filmie jeszcze będzie w tym blogu, a nawet drobiazgi, które można potraktować jako aluzje do legendarnego "Private Life of Sherlock Holmes", jak na przykład wątek poszukiwania karła), pływanie nietypowym pojazdem wodnym po rzece, charakterystyczny motyw z SIGN, wreszcie poza Holmesa, który duma nad sprawą z nogami skrzyżowanymi po turecku na fotelu, jak Jeremy Brett w REDH - a Jeremy Brett przecież odtworzył tylko na ekranie oryginalną rycinę samego Sydneya Pageta... Nie da się powiedzieć, by film odbiegał aż tak dziko od Conandoyle'owej ortodoksji i szeroko pojętej tradycji, jak często się lamentuje.
Dziko od ortodoksji odbiega Holmesa strój, ale na to akurat można znaleźć szereg usprawiedliwień. Po pierwsze, lepsze to niż nagminny inverness w towarzystwie deerstalkera (czyli to coś z peleryną i kretyńska czapa z klapkami na uszy, związanymi zazwyczaj kokardką na czubku głowy) - Holmes owszem mógł mieć coś takiego na sobie z raz czy dwa, ale z całą pewnością nie w mieście, tymczasem autorzy ekranizacji nieodmiennie wtłaczają go w ten śmieszny dość kostiumik. Po drugie, Holmes jest w tym filmie kreowany na postrzelonego geniusza, wizjonera, artystę, który stwarza wokół siebie atmosferę bohemy. To wcale takie od oryginału odległe nie jest - Holmes Conan Doyle'a niejednokrotnie przedstawiany był jako ktoś, kto o swojej pracy myśli jak o sztuce właśnie (SIXN) miał aż nadto ekscentrycznych nawyków i upodobań (gra na skrzypcach po nocy, trzymanie tytoniu w perskim kapciu, strzelanie do sufitu, jedzenie i spanie o najdziwniejszych porach w zależności od samopoczucia i toku spraw, etc.). W filmie artystowskie rozpasanie Holmesa zostało pokazane - jak wszystko - z brutalną dosłownością, ale oglądamy w końcu kawał dobrej rozrywki, a nie kino europejskie, Michelangelo przedstawia, tu długie zbliżenie na nieistniejącą piłkę do tenisa.
Charaktery, nawyki i relacja Holmesa i Watsona - to co dla Holmesistów przeważnie jest najważniejsze w każdej ekranizacji - zostały karykaturalnie wykoślawione (skłonność Watsona do hazardu, w kanonie sygnalizowana, w filmie przeradza się w poważny nałóg; znudzony Holmes bez sprawy tresuje muchy w szklance - a propos, błagam, kto przypomni mi, gdzie ja już to widziałam? (nagrody;), boks Holmesa i odrobina baritsu w filmie dają mu moc trzech Chucków Norrisów, a kanoniczne drobne spięcia i mikre próby Watsona przeciwstawienia się Holmesowi przemieniają się w wykonaniu Jude'a Law w awantury, które przypominają histeryczne sceny urządzane przez lorda Douglasa zakochanemu w nim Wilde'owi). Jednocześnie, miał Sherlockista błogie poczucie, że jakieś nie do końca określone To, Co Naprawdę w Tej Historii Ważne zostało tu zachowane. Jest braterski duch towarzyszy broni. Jest zaufanie. Są niemałe uczucia. Jest współpraca. Jest pasja Watsona i jest jego fascynacja życiem detektywa-artysty. Brakuje trochę wyjaśnienia, dlaczego właściwie Holmes tak bardzo Watsona potrzebuje (a to temat, który zasługuje na kilka notek), jednak warto docenić, że w ogóle zostało to pokazane. Ma ten film wszystkie klepki na swoim miejscu.
I ma też - od siebie niejako - dużo wdzięku. Wdzięk ma Downey, tak jaskrawo niepasujący fizycznie do roli, że mógł ratować się tylko wyrazistymi oczami i brakiem kompleksów. Downey nie udaje, że jest wysokim, szczupłym, chłodnym angielskim dżentelmenem. Pozostał sobą, a taki manewr, choć czasem niezwykle kontrowersyjny (patrz Brett), czasem wychodził Holmesowym aktorom na dobre. Wdzięk ma intryżka rodem prosto z przygodowych filmów o ekscesach dziewiętnastowiecznych tajnych stowarzyszeń, machiny, cudownie bogaty obraz Londynu. Wdzięk ma irlandzka (z niepojętych przyczyn) muzyka. Wdzięk ma nawet zakończenie, które w rozbrajająco oczywisty sposób sugeruje, że ekipa pichci nam już drugą część.
Niech pichci. Sherlockista czeka, tym razem bez lęku.
A na koniec, do początku nawiązując, wypada wyjaśnić, dlaczego dziś, pełen ulgi, euforii wręcz i dumy z tego, jak sobie Holmes radzi w 21 wieku, miał Sherlockista z napisaniem tej recenzji problem? Bo po drodze obejrzał pochopnie po raz enty kilkanaście ulubionych Brettów i przypomniało mu się natychmiast, jak wygląda Holmesa naprawdę dobra ekranizacja...
ale o tym już w kolejnych wpisach!
---
*Jako że blog ma mieć charakter misyjny, pozwolę sobie wyjaśniać niektóre słówka i skróty stosowane dość powszechnie przez maniaków. Kanon to zbiór wszystkich opowiadań i powieści o Sherlocku H. autorstwa Arthura Conan Doyle'a. Do Kanonu nie należą zatem filmy (co nie znaczy, że nie ma filmów wręcz kanonicznych ;), pastisze, przeróbki, apokryfy, etc.
**Używam często stosowanych czteroliterowych skrótów na oznaczenie tytułu kanonicznego opowiadania (powieści). SIGN to naturalnie polski "Znak czterech", a angielska lista tu: http://webspace.webring.com/people/sp/porlock/watson/abbrev_yop.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















