Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FINA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FINA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 stycznia 2012

Reichenbach Falls - koniec Sherlocka.

[Recenzja najeżona jest spoilerami - jeśli nie widzieliście, nie czytajcie dalej. Poważnie mówię.]

Turner, The Great Falls of the Reichenbach,
płótno odzyskane dzięki nieocenionej pomocy pana Sherlocka Holmesa


To było znacznie straszniejsze niż się spodziewałam. Straszniejsze niż którakolwiek z poprzednich adaptacji Final Problem. Straszne jak coś, co jest zupełnie blisko i zupełnie naprawdę.
ACD, umęczony popularnością Holmesa, usunął go szybko i byle jak. Zadbał tylko o dekoracje - jest efektowny wodospad i mroczny Napoleon zbrodni o nazwisku Moriarty, które w każdym zakątku świata, gdzie dotarła kiedykolwiek łacina, brzmi jak zwiastun śmierci. Intryga FINA to niczym nie poparte wywody o rzekomej "wielkiej organizacji" (którą w działaniu widzieliśmy w VALL, ale w tu Watson już nawet o tym nie pamięta), "pajęczej sieci" (do której, jak się potem okazuje, należy poza szefem dokładnie jedna wybitna jednostka), "geniuszu zła" (którego największym indywidualnym osiągnięciem jest wynajęcie pociągu) i pełna nonsensów akcja, w ramach której Holmes nie rozwiązuje nawet żadnej zagadki. Nie licząc Watsona i paru jego nieśmiertelnych słów, a także przejmującego obrazu smutnego Holmesa, który musi się z nim pożegnać, cały ten wodospad to wielka ściema, która spływa po nas jak po kaczce.
Reichenbach Falls jest jak kokon z pajęczyny, który oblepia nas stopniowo od pierwszych scen, a w finale niemal dusi. Stephen Thompson - ten najmniej sławny, ten, który dał nam do tej pory "tylko" Blind Bankera z poprzedniej serii - postanowił napisać FINA porządnie, tworząc sadystyczny wręcz i przerażająco smutny obraz. Często oglądając "Sherlocka" miałam wrażenie, że przeniesienie historii Doyle'a we współczesność, jakkolwiek błyskotliwe, skutkuje dodatkowym dystansem i ironią, nieobecnymi w wielu prostodusznych ekranizacjach "wiernych epoce". Te wszystkie przeróbki, aluzje, cytaty - jak by nie były genialne, zawsze będą jak perskie oczko puszczone do postmodernistycznego widza.

Reichenbach Falls jest zupełnie na poważnie - i jest opowiadane bezpośrednio nam, bez żadnego mrugnięcia okiem. Zwierz, który jak zawsze celnie zwrócił uwagę na mnóstwo spraw, zauważył też i to: ten odcinek wprost odwołuje się do bolączek brytyjskiej rzeczywistości, z jej absurdami, mitami i lękami. Są tu wszechwładne brukowce, których nieetyczne praktyki zwracają ostatnio coraz więcej uwagi. Nawet Watson ze swoim sławnym ale niezależnym (czytaj: biednym) blogiem jest bezsilny wobec siły rażenia irracjonalnie potężnych mediów i słusznie ostrzega przyjaciela, że te w każdej chwili mogą obrócić się przeciwko niemu. Jednego dnia pstrykają mu setne nieszkodliwe zdjęcie w tej głupiej czapce, wynoszą go na szczyty sławy i nazywają "Reichenbach Hero" (odnalezienie tego obrazu to nie tylko sposób na genialne wprowadzenie do akcji kanonicznego tytułu, ale także, być może zamierzony, piękny ukłon w stronę FINA z Jeremym Brettem).  W kolejnym numerze bardziej opłaca im się zrobić z Sherlocka oszusta, kłamcę i przestępcę. Sherlock naturalnie uznaje, że nic go to nie obchodzi, przecież opinie - opowieści... - idiotów są mu obojętne. To jego pierwszy wielki błąd. Opinie idiotów, pełne wrzasku i wściekłości Super Ekspres i Daily Mail, to życie - nawet najlepszych z nas. A Moriarty już zadbał, by Sherlock dobitnie to zrozumiał.

Są i kody komputerowe, współczesny złoty cielec. Szpitale, banki, muzea, samochody i lodówki rządzone są dziś linijkami zer i jedynek - z jaką czcią patrzymy na tych nielicznych i wtajemniczonych, którzy język ten posiedli i niczym dawni kapłani potrafią czynić cuda za pomocą tajemniczych symboli... Sam Sherlock jest skłonny uwierzyć, że aplikacja z iPhone'a potrafi otworzyć wszystkie zamki świata i wywołać ogólny Armageddon. I to jego druga porażka. Moriarty rzucił mu przynętę - wielką tłustą, efektowną zagadkę, jak mapę z ukrytym skarbem, a Sherlock połknął ją razem z haczykiem. Połknął ją też Mycroft, który, zupełnie wbrew Kanonowi, okazuje się tu najsłabszym ogniwem Sherlocka. On także w pewnym sensie dał się wplątać w wielką ściemę. Jim Moriarty naprawdę umie opowiadać bajki chętnym dzieciom.

I kiedy tak z rosnącym zdziwieniem zdziwieniem i smutkiem patrzymy, z jaką łatwością Moriarty krok po kroku osacza Holmesa i odbiera mu wszystko, opinię, sławę, nazwisko, zaufanie Lestrade'a, lojalność brata, a w końcu nawet wolność, niepostrzeżenie wpadamy w wielką pułapkę zastawioną specjalnie na nas: sceptycyzm, zakorzeniony w kompleksach. Nikt nie może być taki dobry, prawda? W każdym widzu siedzi mały Anderson, który dość już ma upokorzeń. Wydedukował, dokąd zabrano dzieci, na podstawie jednego odcisku buta? Seeeerio? Wypluwa z siebie wszystkie te dedukcje na podstawie jakiejś plamy z keczupu... a my ledwo w ogóle widzimy tę plamę. Czy ktoś nas tu nie wkręca? A współczesny inteligentny widz, który coraz boleśniej uświadamia sobie, jak bardzo i na każdym kroku manipulują nim te straszne wspomniane wyżej media, politycy i reklamy, stawia sobie za punkt honoru, żeby nie dać się wkręcić. I kiedy Moriarty umiejętnie podsuwa oczywiste, sceptyczne wyjaśnienie: Holmes tak błyskotliwie rozwiązuje zagadki, bo sam je wymyśla, a otoczenie Sherlocka rzuca się na nie jak na balsam na zranione ego, wtedy i my, stopniowo, niepostrzeżenie, zaprzeczając głośno, "bo przecież... ale... mówili, że ma być trzecia seria!", zaczynamy zadawać pytania.
W opowiadaniu jest tylko skromna wzmianka o próbach podważenia reputacji Holmesa przez brata Moriarty'ego. W Reichenbach Falls doświadczamy potęgi umiejętnego kłamstwa na samych sobie. 
I to jest przebłysk czystego geniuszu - ale nie najbardziej przejmujący.
Bo przecież skoro cały ten wielki upadek w niesławę, okrutne gry Moriarty'ego i jego domki z piernika to także i w tym FINA tylko wielka bajka dla naiwnych dzieci, to co tu jest w ogóle prawdziwe, co jest rzeczywiste, pod tymi wszystkimi fałszami?
To, co zawsze. Przecież już mówiłam. Watson. I smutny Holmes, który musi się z nim pożegnać.
Jak słusznie prawi Zwierz, Freeman kwalifikuje się do natychmiastowej drugiej BAFTY. Cumberbatch może dostać dwie na raz, bo budował tę rolę przez wszystkie sześć odcinków. Reichenbach Falls miało być o umieraniu - i jest. Bez zdrowego, postmodernistycznego dystansu, bez przymrużenia oka. Jest o ludzkim lęku przed utratą, zarówno kogoś, jak i własnego życia. I, jak jeszcze nigdy dotąd w tej serii, o miłości, w jej szczególnie pięknej odmianie. Więź Holmesa z Watsonem to samo serce Kanonu, bez niej te wszystkie przygody byłyby opowiadankami dla młodzieży o papierowym superbohaterze. Takie miłości są  szczególnie rzeczywiste, bo nie ma w nich amoku samolubnych genów, udawania kogoś, kim się tylko chce być, gierek, ulotnych namiętności, zaborczości. 
I nie ma dla Sherlocka - ale także dla nas - nic prawdziwszego, żadnego solidniejszego punktu oparcia w sypiącej się rzeczywistości niż żelazna lojalność Johna. A najprawdziwszym zagrożeniem jest po prostu śmierć przyjaciela. 
Ostatecznie i naprawdę plan Moriarty'ego opiera się na tym, że Sherlock jakoś w ciągu tych sześciu opowieści rzeczywiście stał się człowiekiem. Moriarty - czy już wspomniałam, że dla Scotta też BAFTA? - z człowieka przemienił się w pająka.
Ostateczny pojedynek między nimi byłby żywcem wyjęty z Kanonu, gdyby nie to, że Doyle nie zadał sobie trudu, by go bezpośrednio opisać. Watson odesłany pod byle pretektem. Niebezpieczna wysokość. Wojna nerwów szaleńca z socjopatą. I chociaż pozornie wydaje się, że sytuacja jest odwrócona, bo w tym FINA to Holmes został przyparty do muru, nadal to Moriarty ma mniej do stracenia.
I jeszcze jeden błysk najprawdziwszego geniuszu: cały ten Napoleon zła przegra ostatecznie, bo dopadnie go zemsta byłej.
Wierna Molly, której Sherlock nie docenia prawie do samego końca, która z wyjątkiem przeprosin nie usłyszała od niego jednego ludzkiego słowa, jest - i to właśnie dzięki temu! - jego jedynym sposobem na przetrwanie. Nie wiemy jeszcze, jak dokładnie twórcy rozwiązali odwieczny problem z FINA/EMPT (problem brzmi: "to nie trzyma się kupy!"), ale pomysł, by wielkiego Holmesa przed wielkim Moriartym ocalił największy kopciuszek całej serii szczerze mnie pewnie wzruszy, kiedy już znajdę na niego miejsce pośród wszystkich innych emocji.
To, co było do przewidzenia, pierwszy odcinek tej serii, który odebrałam bezpośrednio i osobiście - nie tylko na metapoziomie, "bo to taki wspaniały Sherlock", "bo to jest tak dobrze zrobione". Ten jest zresztą być może skonstruowany jeszcze doskonalej niż poprzednie, w czym niebagatelną rolę odegrała pewnie świetna muzyka. Ale też to pierwsza historia, w której błyskotliwe pomysły na uwspółcześnienie, zagadki i świetne dialogi zeszły w moich oczach na drugi plan. Po raz pierwszy bałam się i smuciłam naprawdę.
Jeśli coś mi się nie spodobało, to jedno: ostatnie ujęcia, z Sherlockiem przyczajonym na cmentarzu. Ale nie wiem, czy nie spodobało mi się to dlatego, że wolałabym, by jeszcze poudawali, że trzymają nas w niepewności - czy też po prostu nie da się po ostatniej scenie znieść myśli, że Watson został oszukany.
I ten smutek też jest prawdziwy.

niedziela, 4 września 2011

Zerknijmy na nowego Sherlocka BBC :)

Dziś same rzeczy przyjemne.
Na początek, okładka wielokrotnie na Sherlockianach zapowiadanej książki Anthony'ego Horowitza "The House of Silk", pierwszego zupełnie "oficjalnego" apokryfu Kanonu. Książka już w listopadzie (naturalnie za granicą), a na razie informacja dla wielbicieli audiobooków, że czytać ją będzie sam Derek Jacobi oraz bardzo ładna grafika:


Następnie informacja z gatunku "nie jesteśmy sami" a także "różanopalca Jutrzenka renesansu wielkich Sherlocków na horyzoncie". Otóż Mark Gatiss udzielił RadioTimes.com wywiadu, w którym powiedział, jakie jest jego pięć ukochanych opowiadań Kanonu:

BRUC
REDH
TWIS
MUSG
FINA

(jeśli ktoś nie zetknął się jeszcze ze skrótami Jay Finley Christa albo też coś mu wyleciało z głowy, to Sherlockista poleca kliknięcie tu, a i umieści na stałe link gdzieś wśród ważnych stron - serdecznie przeprasza, że nie daje prawie nigdy polskich tytułów, ale przekłady są albo oczywiste z uwagi na nazwy własne albo tak beznadziejne, że ShK sam się gubi... bo taka na przykład "Buczyna" to co to właściwie miało być?! ;))

... i oczywiście nie można tego wyboru nie skomentować. Sherlockista nigdy nie podjąłby się wyboru pięciu najulubieńszych przygód i problemów, ale gdyby go kto trzymał pod pistoletem, to BRUC, MUSG i REDH znalazłyby się wśród nich na pewno - może FIVE albo CHAS zamiast TWIS i na pewno EMPT zamiast FINA, bo jednak najbardziej na świecie, to kocha, jak Holmes wraca, a nie jak spada. Generalnie jednak rzecz biorąc zupełnie się Gatissowi nie dziwi i bardzo go takie upodobania autora scenariuszy do Sherlocka cieszą. 
Możliwe, że nie przypadkiem wszystkie wymienione tytuły (oprócz ShK-owego FIVE) to jedne z najlepszych ekranizacji Granady. Z całą pewnością wszystkie oprócz FINA to po prostu świetne zagadki, których rozwiązania nie domyślamy się przed Holmesem. BRUC ("Plany łodzi Bruce-Partington") to wręcz majstersztyk - czego tam nie ma! 

uwaga, spoilery :)!

Holmes odkrywa, że ciało zostało zrzucone z dachu pociągu a nie wypchnięte z samego pociągu, namawia Watsona do dokonania włamania, wreszcie, współpracuje blisko z Mycroftem w jego rządowym i superpoważnym wcieleniu. Dokładnie takiego Mycfrofta gra zresztą sam Gatiss. A nasz XXI-wieczny Watson zamiast ograniczać się do wspólnych włamań, nie waha się dla Holmesa zabić. 

koniec spojlerów :)!

W każym razie, wątki z BRUC już się w Sherlockach samego Gatissa z pewnością objawiły i oby ich jak najwięcej.

REDH (bodaj "Liga rudzielców") to bezsprzecznie najśmieszniejsze opowiadanie w całym Kanonie, skargi pana Jabeza Wilsona należą w ogóle do najlepszych humorystycznych fragmentów prozy ACD, a przy tym miał nasz ulubiony autor fenomenalny zupełnie pomysł na intrygę (pod etykietą REDH znajdą Czytelnicy wpisy na temat tego, jak mocno pomysł ten inspiruje współczesnych rzezimieszków, jeśli nasza genialna spółka postanowi oprzeć na nim jakiś przyszły epizod to nie będzie żadnego problemu ;). 

TWIS (Sherlockista bardzo przeprasza... ale naprawdę tłumaczenie brzmi "Krzywousty"...) - opowiadanie, które musiało zainspirować tysiące polskich "wakacyjnych żebraków", kursujących po miejscowościach wypoczynkowych po to, by zarobić na spokojne życie przez trudniejsze miesiące. Szkoda tylko, że nie cytują Szekspira... Tu także najważniejsza jest sama zagadka, a zakończenie jest naprawdę zaskakujące. Brzmi to jak banał, bo takim zdaniem jak poprzednie najczęściej reklamuje się cały Kanon, ale w gruncie rzeczy nie więcej niż połowa opowieści o Holmesie rzeczywiście ma charakter kryminalnej zagadki, którą my dziś, po Agacie Christie i Chandlerze, uznalibyśmy za typową. Wiele z nich to opowieści o zagrożeniu z przeszłości, którego przeważnie nie daje się zatrzymać (jak na przykład DANC albo VALL, czy w pewnym sensie YELL albo REDC) albo też po prostu dziwne historie, jak VEIL. TWIS to oczywiście też nie typowa "locked room murder mystery", ale bardzo jej do tego blisko. I to też chcemy obejrzeć w nowym Sherlocku.

MUSG ("Rytuał rodu Musgrave'ów")... ach :) Stare zamczysko, sekret sięgający czasów Stuartów, poszukiwanie zaginionego skarbu i miłosne szaleństwo temperamentnej Walijki, do tego cudowne postaci drugoplanowe, czyli przygłupi Musgrave i jego stanowczo zbyt inteligentny służący, morderstwo, kradzież, zakodowana mapa... Sherlockista nie miałby nic przeciwko temu, żeby Gatiss przeniósł to opowiadanie do XXI wieku (niewątpliwie coś z tego klimatu pojawiło się już w trzeciej części ostatniej serii, tej ze wskazówkami ukrytymi w obrazie etc.).

A FINA ("Ostatnia zagadka")... FINA to FINA... Za FINA zabrali się Moffat z Gatissem zupełnie dosłownie. Tu akurat intryga dziurawa i niespójna, jak strasznie niespójna to dopiero ujawnia (i potęguje) EMPT, więc przed naszymi autorami same kłopoty, no ale... ale razem z FINA dostają do rąk Moriarty'ego. Dostają Watsonową apologię Holmesa, nad która niejeden z Czytelników i niejedna Czytelniczka ocierali oczy. Zwłaszcza, gdy wygłaszał ją David Burke po Jeremy'm Brettcie, a kamera pokazywała zbliżenie na porzuconą strzykawkę... Dostają "It is with a heavy heart that I take up my pen to write...", które nasuwa się Sherlockiście zawsze, ilekroć przychodzi mu napisać coś naprawdę okropnie smutnego.
I FINA - to czuje Sherlockista przez skórę - nowe FINA BBC będzie naprawdę wielkie. Tylko oby wrócili nam Sherlocka przed nowym sezonem...

Na koniec i zasłużony deser, malutki uryweczek z tego, co czeka nas w nowym HOUN ("Psie..."). (Dla Whovistów - uwaga na Russella Toveya (a.k.a Midshipman Alonzo Frame :) ), kto chce, może głośno krzyknąć za nieodżałowanym Dziesiątym Doktorem, "Allons-y Alonzo!")


środa, 4 maja 2011

Tej 120 rocznicy nie przegapimy! - Wodospad Reichenbach!

Od dłuższego już czasu w notkach Sherlockisty dominuje klimat FINA. Najpierw było o baritsu/bartitsu, potem o zamiarach twórców drugiej serii Sherlocka BBC, wreszcie ostatnio o przegapionej wspaniałej rocznicy spotkania Holmesa z Moriartym.
Dziś nadszedł czas na uczczenie rocznicy drugiego spotkania obu panów, które miało miejsce czwartego maja 1891 roku i zakończyło się tragicznym upadkiem. Moriarty skończył wówczas na dnie wodospadu, Holmes, wbrew nadziejom samego autora, ACD, jakoś się jednak wykaraskał i trzy lata później, po tajemniczym okresie zwanym "Wielkim Hiatusem" powrócił w EMPT. Czytelnicy The Strand Magazine zżerani byli tęsknotą o wiele dłużej niż Watson, bo sprawy Holmesa z roku 1894 zostały opisane dopiero w roku 1903 (na pocieszenie dostali HOUN, jednak HOUN nie oznaczało jeszcze powrotu ukochanego przez wszystkich detektywa).
Z okazji majowej rocznicy niektóre sherlockistyczne organizacje urządzają pielgrzymki do Meiringen, by stanąć w miejscu, które było świadkiem kulminacjnego momentu w karierze Holmesa. ShK rozmawiał kiedyś z osobą, która była tam osobiście (choć nie w charakterze pielgrzyma) i... ku swemu zdziwieniu dowiedział się, że wodospad ten wcale nie zapiera tchu w piersiach ani nie budzi zgoła metafizycznej grozy. Tymczasem legenda (dobrze udokumentowana) głosi, że ACD  właśnie na widok Reichenbach nabrał pewności, że chce Holmesa zabić. Wodospad wydał się Doyle'owi godnym miejscem, by tam pozbyć się detektywa, którego sława okazała się zbyt wielka jak na wytrzymałość nerwową autora.
Zdjęcia rzeczywiście nie do końca wydają się korespondować z patetycznym opisem Watsona...




It is, indeed, a fearful place. The torrent, swollen by the melting snow, plunges into a tremendous abyss, from which the spray rolls up like the smoke from a burning house. The shaft into which the river hurls itself is an immense chasm, lined by glistening coal-black rock, and narrowing into a creaming, boiling pit of incalculable depth, which brims over and shoots the stream onward over its jagged lip.












A już z tłumem turystów w tle wodospad traci jakikolwiek urok...




Na tłum turystów musimy jednak przymknąć oko. W końcu w przewodnikach turystycznych wodospad Reichenbach polecany jest jako cel wycieczek wyłącznie z uwagi na nieśmiertelną historię o nieśmiertelnym Sherlocku Holmesie i jego mrocznej Nemezis, Moriartym.
A po 2011 roku turystów będzie tam pewnie jeszcze więcej, bo najprawdopodobniej czekają nas aż dwie filmowe adaptacje FINA: wspomniana już wersja BBC i drugi Sherlock Ritchiego, którego twórcy wielokrotnie już nawiązywali do Szwajcarii i wodospadów. Zwłaszcza ci drudzy z pewnością zadbają, by na wielkim ekranie skromne Reichenbach wyglądało jak Niagara ;)

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

O tym, jaką 120 rocznicę przegapił wczoraj Sherlockista... I wielka pochwała Moriarty'ego!

... i to jeszcze wymądrzając się na temat braku związku między Holmesem a okresem wielkanocnym...
24 kwietnia 1891 roku miała miejsce jedna z najważniejszych scen w historii Wielkiej Brytanii (mówiąc ostrożnie), a Kanonu to już na pewno. Profesor James Moriarty, Napoleon zbrodni, osobiście odwiedził na Baker Street Sherlocka Holmesa, świeżo po jego powrocie z Francji.
Sherlockista już kiedyś wyjaśniał, dlaczego nie chce oglądać tej sceny nigdy w innym wykonaniu niż nieodżałowanego, wielkiego Jeremy'ego Bretta i równie wspaniałego w swojej roli Erica Portera. Zwłaszcza, że scenarzyści Granady uraczyli nas niemal całkowicie kanonicznym dialogiem:




Sherlockista musi wyznać, że Brettowe wydyszane "YOU have paid me several compliments, MISTER Moriarty (...)" to jeden z jego ukochanych momentów we wszystkich adaptacjach wszystkich Sherlocków w ogóle. Oczywiście, w czasie lektury wyobrażał to sobie kompletnie inaczej. Oczywiście za pierwszym razem, gdy to usłyszał, stwierdził, że zupełnie nie ma to z kanonicznym dialogiem nic wspólnego. I oczywiście od wielu już lat nie chce absolutnie nawet dowiedzieć się o tym, że ktoś inny śmie przymierzyć się do wygłoszenia tej kwestii.
I może także dlatego niepokoi się, co tam planują scenarzyści BBC dla Benedicta Cumberbatcha, sadząc się na własną, XXI-wieczną wersję FINA.
Sherlockista nie odmówi sobie na koniec krótkiego komentarza holmesologicznego. FINA budzi szereg wątpliwości, które dotyczą wszystkich niemal działań zarówno Holmesa, jak i Moriarty'ego. Najbardziej oczywistą kwestią jest chociażby fakt, że Holmes, który niby stara się nie narazić Watsona na niebezpieczeństwo i nie chce u niego nocować, wychodzi z jego domu chyłkiem. A w ten sposób przecież mógłby tylko przekonać wszelkie mroczne widma, które miałyby go śledzić, że właśnie u Watsona został.
W tym komentarzu ShK chciał jednak tylko krótko odnieść się do samej rozmowy Holmesa i Moriarty'ego. Kwestią obszernie dyskutowaną jest to, dlaczego właściwie Moriarty, który wyczytuje Sherlockowi z kalendarza, ileż to już razy poczuł się jego działalnością zagrożony, do tej pory nie zabił Holmesa albo też nie zaplanował przynajmniej solidnie takiej zbrodni. W ekranizacji Granady jest tu zresztą jeszcze większa niespójność: Holmes-Brett szczęśliwie przeżył tego dnia trzy zamachy na swoje życie. Gdy Moriarty-Napoleon Zbrodni przychodzi potem, by mu grozić, brzmi to trochę niepoważnie, skoro spartaczył sprawę już tyle razy. Tymczasem sama wizyta stanowi dla Moriarty'ego ryzyko. Profesor daje Sherlockowi szansę nie tylko na to, by detektyw przyjrzał się jego czaszce, ale także dokładnie zapamiętał rysy twarzy i znaki szczególne. Poza tym, sam naraża się na atak. Nie jest już młodzikiem, przychodzi bez obstawy, z kieszeni wyciąga tylko wspomniany kalendarz, a przecież do Holmesa w każdej chwili może też wpaść Watson i jego "trusted army revolver".
Życzliwa interpretacja prozy ACD jest taka, że Moriarty, chociaż na co dzień był bezwzględnym mordercą (przypomnijmy sobie VALL), to dał się uwieść geniuszowi Holmesa. Nie chciał zabić detektywa, bo zbyt wielką rozkosz znajdował w samym pojedynku z nim. W porządku. To jednak nie rozwiązuje wszystkich naszych kłopotów. Wciąż pozostaje zatem pytanie, czemu tak przenikliwy człowiek, który w dodatku sam do tej pory ryzykował wolność, a nawet i życie dla dalszego prowadzenia fascynującej walki z Holmesem, postanowił zagrozić przeciwnikowi śmiercią. Nawet, jeśli Moriarty wierzył, że Holmes poważnie potraktuje jego pogróżki (a wierzył i to nie bez racji), to przecież nie mógł wierzyć w skuteczność tych pogróżek. Nawet, gdyby Sherlock nie był jednostką niezwykle szlachetną i skłonną do poświęcenia życia "dla dobra społeczeństwa" (a nie jest pewne, czy był, czy tylko lubił tak o sobie myśleć), to i tak, podobnie jak Moriarty, nie mógłby odmówić sobie przyjemności dalszych zmagań z godnym siebie rywalem. Z tego punktu widzenia, zachowanie Moriarty'ego jest więc całkowicie irracjonalne. W wielu ekranizacjach (zwłaszcza zaś w serii z Rathbone'em i Bruce'em), Moriarty szantażuje Holmesa, porywając Watsona, bo trafnie odgaduje, że Sherlock prędzej poświęci życie własne niż ukochanego przyjaciela. W Kanonie wypowiedzi naszego Napoleona nie są wprawdzie zupełnie jednoznaczne, ale trudno podejrzewać, by Moriarty w zakamuflowany sposób dawał Holmesowi do zrozumienia, że zamierza wysadzić jakąś stację kolejki podziemnej lub coś w tym rodzaju.
Sherlockiście przychodzi do głowy tylko jedno rozwiązanie: Moriarty przyszedł, bo szczerze chciał oszczędzić Sherlockowi życie. Nie po to, by dalej zmagać się z nim osobiście - wiedział, że to kosztowałoby go zbyt wiele. Po to, by zmagali się z Holmesem inni, a na łamach Strandu nie przestały się ukazywać kolejne barwne, romantyczne, sensacyjne i zarazem wielkie opowieści doktora Watsona.
I za to należy się Moriarty'emu wieczna chwała!

niedziela, 24 kwietnia 2011

O czym będzie druga seria Sherlocka BBC!!?!

Czyli obiecana wczoraj wstrząsająca notka wielkanocna.
Sherlockista chyba żył gdzieś w puszczy pod kamieniem, bo nie dotarły do niego plotki o nowym wywiadzie z Markiem Gatissem, w którym udzielił on odpowiedzi na powyższe pytanie.
Nowe trzy odcinki Sherlocka mają iść za ciosem i być oparte na trzech przebojach Kanonu: SCAN, HOUN i FINA (Czytelnikom niewtajemniczonym w charakterystyczne skróty J Finleya Christa poleca ShK tę stronę, błyskawicznie da się opanować regułę ich tworzenia, a bardzo ułatwia to czytanie jakichkolwiek tekstów pochodzących z kręgów bardziej hardkorowego fandomu).
A to oznacza, że Steve Moffat pisze scenariusz chorego romansu (SCAN to przecież Irena Adler...), sam Gatiss wybrał sobie "gotycki horror" i zmierzy się z legendą Psa (ShK gratuluje mu odwagi, zważywszy na to, że jest to najczęściej ekranizowana i zarazem najczęściej ekranizowana zupełnie fatalnie opowieść o SH), a Final Problem adaptuje dla BBC Steve Thompson, autor The Blind Banker, drugiej i chyba najsłabszej, choć wciąż znakomitej części pierwszej serii BBC-Sherlocków. Wszystko to ma być sprytnie nakręcone tak, żeby Watson - Martin Freeman - nie zawalił pracy na planie ekranizacji Hobbita (która oczywiście się opóźnia, ale to zupełnie nikogo po tylu latach od pierwszych zapowiedzi tego filmu nie dziwi).
Sherlockista bardzo się cieszy, ale nic kompletnie z tego nie rozumie...
Po pierwsze, nie rozumie, jak ktoś, kto rozumie Kanon tak dobrze, jak na to wskazywała pierwsza seria, może nazywać SCAN romansem, choćby i chorym, czy łagodniej "pokręconym" (oryg. twisted). Komu można zapłacić, żeby nie zapodali nam romansu Sherlocka, na przykład z tą laborantką od szminki???
Po drugie... nie, po drugie to właściwie rozumie. W "Psa..." całkiem mocno wierzy. Pewnie da się zrobić wiarygodną historię o demonicznym kundlu z legendy straszącym ludzi w XXI wieku, która nie odbiegnie zbyt mocno od kanonicznego HOUN. Pewnie tak.
Po trzecie jednak, kompletnie już nie rozumie, czemu oni chcą kręcić FINA - czy przypadkiem ten ostatni odcinek pierwszej serii to nie było do FINA dość wyraźne nawiązanie?! Ileż można robić cliff-hangerów zanim widzowie się zirytują? I, po trzecie i najstraszliwsze, czy oni nie chcą zamordować Sherlocka nieodwołalnie? (W kwestii stosunku Sherlockisty do osób mordujących Sherlocka patrz poprzednia notka...).
Najbardziej już ze wszystkiego przeraża jednak ShK taka wizja, że Sherlock, i owszem, będzie miał wrócić, jednak dopiero w jakimś EMPT kręconym w nowej serii za kolejny rok... A przecież w 2012 to ma już być koniec świata. I Sherlockista po prostu nie wyobraża sobie przeżyć śmierci Holmesa na ekranie i zaraz nie obejrzeć jego powrotu...
Podsumowując, musi więc Sherlockista przyznać, że jest wypowiedziami Gatissa w najwyższym stopniu zaniepokojony.

wtorek, 29 marca 2011

[minipostuś] O tym, dlaczego Sherlockista nie donosi nic o drugim Sherlocku Ritchiego...

... nie, nie dlatego, żeby nie wkurzać niektórych wiernych Czytelników ;) Nie łudźcie się, ręka by mu nie zadrżała. Dlatego, że kiedy otrzymuje szereg niusów treści "Stephen Fry opowiada o drugim Sherlocku!" "Wywiad ze Stephenem Fryem - rewelacje na temat postaci Mycrofta!" oraz "Downey i Law zdradzają sekrety sequelu filmu Ritchiego", to nastawia się na nieco mniej przewidywalne i bardziej ekscytujące informacje niż:
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...


... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)

środa, 11 sierpnia 2010

O rany... To znaczy, The Great Game

To znaczy, Wielki Finał.
Sherlockista z niecierpliwością ściągał ostatni odcinek pierwszej serii nowych BBC-Sherlocków, ale ociągał się z obejrzeniem (to znaczy całe dziesięć godzin się ociągał). Po pierwsze, bo przeczuwał, że jak zacznie oglądać to czeka go hop siup 90 minut sherlockistycznego szczęścia a potem szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
Po drugie, bo Moriarty musi być wspaniały i zarazem Moriarty'ego - po którego sięga 3/4 autorów ekranizacji (pozostała 1/4 zamiast Moriarty'ego bierze Kubę Rozpruwacza) - schrzanić prawie najłatwiej (łatwiej jest schrzanić Irene Adler, która w tym serialu może jeszcze wystąpi, może nawet w męskiej postaci?). O geniuszu zła i Napoleonie Zbrodni, nie wolno po prostu powiedzieć (a tak trochę zrobił Doyle): uhaha to jest geniusz zła i Napoleon Zbrodni, jest strasznie groźny, wysoki i szarooki, publiczności lękajcie się. To zło ma od Moriarty'ego bić, a ponadto jego intrygi mają usprawiedliwiać użycie słowa geniusz i wytłumaczyć, czemu Holmes praktycznie się w Moriartym zakochuje.

Za intrygi, za pomysł na wielką grę, za relacje między Holmesem a Moriartym, skwitowane komentarzem Watsona, że "pasowaliby do siebie", za odurzającą mieszankę BRUC, VALL, 3GAR, FINA (oczywiście), FINA z wersji Granady (!!! :)), a nawet podejrzewa Sherlockista w więcej niż jednym miejscu inspirację Further Adventures Berta Coulesa, za napięcie i natężenie zagadek, dedukcji i akcji w tym ostatnim Sherlocku zasługują twórcy na 5 (nie 6 bo troszkę brakuje tym w takim pośpiechu przedstawianym historiom prawdziwego zaangażowania - to taka typowa zabawa dla Sherlocka, nie zaś dla wielbiącego romantyzm pracy detektywa Watsona).

Za samego Moriarty'ego, o którym Sherlockista naprawdę nie chce pisać za wiele, by nie zepsuć Czytelnikom napięcia i ekscytacji związanej z oczekiwaniem na Napoleona*, mocne db z plusem. W gust Sherlockisty zupełnie nie utrafił, ale nie da się nie docenić tego, co najbardziej charakterystyczne dla całej tej produkcji: połączenia oryginalności z rygorystycznym trzymaniem się Kanonu.

Za pogłębienie, skomplikowanie, zburzenie i odbudowanie relacji między Holmesem a Watsonem - 7 z wyróżnieniem. Twórcy nareszcie zaczęli rozwijać skrzydła przy konstrukcji postaci Sherlocka - pokazali obowiązkowe w każdej adaptacji Holmesa sceny czarnej desperacji w szlafroku ze skrzypcami,  te, które tak często rodziły pytania o ChAD, pokazali też równie obowiązkowe sceny świadczące o skrajnym braku sentymentalizmu , który we współczesnym świecie skłania jego znajomych, a nawet Watsona do diagnozowania u detektywa psychopatii. Pokazali, jak Watson traci w końcu cierpliwość, jak boi się zarazem Sherlocka i o Sherlocka.
I wreszcie, pokazali skrawek serca Holmesa i za tę króciutką scenę, pożyczoną wprost od Doyle'a, ale doskonale XXI-wieczną, Sherlockista Cumberbatcha i Freemana pokochał.

Tak naprawdę, to pewnie pokochał ich już wcześniej, bo zagrany jest ten epizod popisowo, wszystkie postaci czują się pewnie w swoich rolach, a Cumberbatch "tańczący" (wyrażenie Moriarty'ego) w swoim zachwycającym płaszczu został już nawet obwołany arbitrem elegancji dla Brytyjczyków XXI wieku (patrz: Guardian). Co więcej, Sherlockista musi wycofać trochę pomyj, którymi obrzucił dwa damskie blogi stworzone na potrzeby promocji serialu. Jednak dobrze, że dowiedzieliśmy się czegoś więcej o Connie Price ;) I nawet blog z kotkami ostatecznie może okazać się interesujący.
Martwią tylko te wszystkie wpisy o zaginięciu Johna i Sherlocka, kwiecień to bardzo niebezpieczny miesiąc dla Holmesa, miejmy nadzieję, że nie włóczy się nigdzie po górach. Bo jeśli tak, to po tych trzech cudownych filmach czeka nas trzy lata Wielkiego Hiatusu...
Czyli szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???

***
*Napoleona oczywiście, podobnie jak Nelsona i Boswella być w Sherlocku XXI wieku już nie mogło... Ale "I am lost without my blogger" zabrzmiało uroczo :)

poniedziałek, 7 czerwca 2010

150 lat Sidneya Pageta!



Sherlockista nareszcie (z pomocą nieocenionego BakerStreet bloga) przypomniał sobie, że w tym roku mija 150 rocznica urodzin człowieka, któremu - jak już kiedyś ShK pisał, cudownym przypadkiem - zawdzięczamy to:




Profesor Moriarty,
FINA







I to: 
 


Holmes,
NAVA


























A zwłaszcza zaś to:


Holmes, SILV




I kto by pamiętał, że według Conan Doyle'a Holmes wcale nie był taki przystojny i że nie nosił na co dzień legendarnego deerstalkera?
Na stronach biblioteki w Toronto można znaleźć ciekawą okolicznościową "wystawę internetową" prezentującą nie tylko Pageta jako legendarnego autora ilustracji do opowiadań o Holmesie (wraz z obowiązkowym pytaniem, czy twarz Holmesa była twarzą niedoszłego ilustratora Doyle'a, brata Pageta, Waltera?), ale również prace zupełnie przeciętnemu holmesiście nie znane. Któż pamięta, że Paget zilustrował również "Tragedię Korasko", a nawet takie dzieła jak Witihin an Ace autorstwa Mary Colborn...


Sherlockista poleca inny bardzo ciekawy serwis, gdzie można nie tylko obejrzeć ilustracje Pageta (w sumie było aż 537 szkiców!), ale i poczytać eseje na temat tego, jak Paget przeinterpretowywał Doyle'a. Sherlockista musi wyznać, że nie jest zachwycony wciskaniem Pagetowi prób wskazania, że Holmes nie wrócił naprawdę w EMPT... ale i tak zabawa to przednia.


Paget miał również zaszczyt uwiecznić rodzinę królewską w żałobie po śmierci Wiktorii. Dla tych Czytelników, którzy nie poczuli się zachęceni, by odwiedzić strony osobiście, przekopiowuję tu ten ostatni obrazek. W końcu tamte chwile powinny obudzić emocje w sercu każdego wielbiciela detektywa, który dla uczczenia królowej strzelał z pistoletu w ścianę...





I wreszcie, na koniec, nasz bohater:


poniedziałek, 1 marca 2010

Jeremy Brett: FINA/EMPT, cz 1.: FINA

Jeśli ktoś z Czytelników oczekuje krótkiej i jednoznacznej odpowiedzi na wspomniane w poprzedniej notce pytanie o to, jak zrobić dobrą ekranizację Holmesa, to Sherlockista służy. Nie, nie będzie wykręcania się i dywagacji, że a bo trudno uchwycić ducha Kanonu a bo tamto, siamto i kim była w końcu Irene Adler. 


Odpowiedzią jest początek tytułu dzisiejszej notki: Jeremy Brett.


A na ewentualne dalsze pytanie o to, dlaczego właśnie Jeremy Brett odpowiada naturalnie druga część tytułu. Jeremy Brett - bo "Final Problem" i "Empty House". Równie dobrze poradziłby sobie w tej roli (prawie*) każdy inny tytuł ekranizacji z legendarnej serii Granady - i Sherlockista nie zamierza kryć się z planem, by tak właśnie po kolei owymi tytułami tu odpowiadać. Sherlockista jest bowiem Jeremy'ego Bretta już nie wielbicielem, ale zgoła szalikowcem i w tym miejscu pozwoli sobie podlinkować swój pierwszy sherlockistyczny blogowy wpis ze starego, prywatnego bloga. Nie tylko dlatego, że w notce tej opowiedział o początkach swojego niezwykle ognistego z Brettem romansu, ale również z uwagi na różne o Bretcie informacje i spostrzeżenia, których nie chciałby tu powtarzać z uwagi na "stałych klientów" wśród swoich Czytelników:

Skoro odpowiedź na pytania i wprowadzenie w Brettologię stosowaną ma już Sherlockista załatwione, pozostaje mu oddać się rekreacyjnej części notki i napisać słów parę o ekranizacjach opowiadań, które z całego cyklu o Holmesie miały największego pecha.


FINA - bohaterska śmierć bohatera w starciu z jego największym wrogiem, wymarzony punkt kulminacyjny każdej epickiej historii. EMPT - triumfalny powrót z zaświatów, po symbolicznych trzech latach. Takie części opowieści o herosach zawsze czytane są najchętniej, takie strony mają najmocniej pozaginane rogi, a nawet tłuste plamy na marginesach i gdzieniegdzie ślady łez uronionych przez czytelników o co czulszych serduszkach. I te właśnie opowiadania w wykonaniu sir Arthura Conan Doyle'a są najbardziej bylejakie, najbardziej kontrowersyjne, miejscami niezrozumiałe, podejrzane z punktu widzenia logiki i elementarnych psychologicznych intuicji. Szczegółowo o tym, czemu tak się stało i na czym usterki polegają - oraz jak sobie z nimi holmesolodzy radzą - będzie przy innej okazji, bo jest to temat, który pochłonął Ocean Spokojny atramentu i puszczę amazońską papieru. Dziś wystarczy nam wiedzieć, że o ile dobre opowiadanie o Sherlocku, z żywą akcją i ciekawą zagadką nakręcić jest bardzo trudno, o tyle FINA i EMPT same w sobie śnią się zapewne reżyserom po nocy w koszmarach.


A scenarzyści Granady dali radę. Tak, głównie dlatego, że pisali dla Jeremy'ego Bretta - który potrafi zagrać nawet jajko w majonezie tak, że będzie to widok przyprawiający o ciarki na plecach. Również dlatego, że pisali dla Davida Burke'a i Edwarda Hardwicke'a, znakomitych Watsonów Bretta. Z tym pierwszym -  młodszym, żwawszym, (o tyleż bardziej kanonicznym niż niesławny dziadzio Bruce, partner Basila Rathbone'a), godnym zaufania, gdy trzeba upolować śmiertelnie groźnego nakrapianego węża (SPEC)** i równie niezawodnym partnerem w FINA, gdy ściga Sherlocka H. wróg niecętkowany, ale jeszcze groźniejszy i pozostaje tylko uciekać w szwajcarskie Alpy - z tym pierwszym zatem Watsonem połączyła Bretta prawdziwa chemia. I ta chemia właśnie ratuje ekranizację opowiadania, w którym w zasadzie nie ma intrygi. Rozpaczliwej próby scenarzystów, by jakoś wypełnić treścią ogólnikowe wzmianki Doyle'a na temat "ważnej sprawy prowadzonej na zlecenie francuskiego rządu" przez litość nie wspominam. 


Ta chemia jest w twarzy Burke'a, gdy ten słyszy od pani Hudson o niepokojącej wizycie dziwnego, wysokiego dżentelmenta o szarych oczach. Jest w twarzy  Bretta, gdy mówi o planowanej wyprawie na kontynent, wiedząc dobrze, że być może to jego ostatnie dni. Holmes chce je spędzić z Watsonem. Brett chce je spędzić z Burke'iem. Burke jest prostoduszny, żołnierski. Nie opuści Holmesa w kłopotach, bo tak się nie robi. Gdy zobaczy porzuconą laskę i domyśli się, że przyjaciel zginął w czeluści z poruszającą mieszaniną naiwności i rozpaczy będzie go nawoływał, a potem usiądzie i zwyczajnie zapłacze. Brett bije sam siebie na głowę (to dopiero koniec drugiej serii "Adventures..." nikt jeszcze nie wie, na jakie wyżyny i głębie wyprawi się Jeremy w filmach następnych). Holmes trochę się cieszy, że ma okazję zginąć w chwale, w walce z godnym przeciwnikiem, u szczytu kariery - jest to niewątpliwie echo zamysłu Doyle'a, który ponoć śmierć swojego znienawidzonego detektywa wymyślił zainspirowany widokiem efektownego wodospadu Reichenbach*** i starał się zabić go jak najgodniej. Ale pozostaje sobą. Po ludzku przejęty zamachami na swoje życie, ale nieodmiennie afektowany w gestach i w tonie. Wzruszony postawą Watsona, chociaż zarazem bezwzględny w swoich zamiarach. Zadowolony ze swojej przenikliwości, triumfujący - i jednocześnie lekko wystraszony, gdy Moriarty (wspaniały Eric Porter) nachodzi go w jego własnym mieszkaniu. Scena między tymi dwoma, z kanonicznym dialogiem, z nieregularnymi, nieoczekiwanymi akcentami Bretta i jego urywanym oddechem, porywa, chociaż nie pokazuje nawet grama więcej niż Doyle w opowiadaniu. 


Wierność, jak uczą nas psychologowie, nierzadko popłaca. Seria Granady jest często wierna w zupełnie dosłownym, klasycznym, banalnym sensie - jednak rzadko bezmyślnie i rzadko tylko z przyzwyczajenia. Wielkim darem scenarzystów Granady było zachowywanie oryginalnych tekstów i scen wówczas, gdy naprawdę miały one szansę one wybrzmieć, a Brett potrafił podać kanoniczne frazy w kompletnie niespodziewany, a zarazem dziwacznie naturalny sposób. 


Taki kolorowy, jedyny w swoim rodzaju ptak jak Holmes tak właśnie musiał mówić. Takie kosmiczne dźwięki, powarkiwania, krzyki, świsty, wydawać. Burke, przeciwnie, jest przewidywalny, czasem nawet sprawia wrażenie lekko tępawego, ale tego właśnie oczekujemy po "the good doctor". W jego pełnych podziwu oczach Holmes ma się przeglądać, lekkie przygany nigdy nie stają się zbyt stanowcze, a przestrach czy zaskoczenie (jak w scenie ze spotkaniem w pociągu) są lekko przesadzone, tak, by widz mógł się z odczuciami Watsona zidentyfikować, ale zarazem poczuć odrobinkę lepszym. Ilekroć jednak przychodzi nam do głowy, by nadmiernie wywyższać się nad Burke'a-Watsona, wystarczy jedno pełne szacunku i sympatii spojrzenie Holmesa-Bretta, byśmy przypomnieli sobie, gdzie nasze miejsce. O tak, między Brettem a Burke'iem jest prawdziwa chemia.


I dlatego to, co dzieje się między Brettem a Hardwicke'iem wypada nazwać jedynie alchemią.


Ale o tym już w następnym odcinku - EMPT :) 

---
*Ze smutnym wyjątkiem MAZA, który kręcony był w czasie, gdy Brett znów ciężko chorował, w związku z czym scen z samym Holmesem nie ma tam wcale, z wyjątkiem króciutkiej sekwencji z innego filmu. Nie można jednak przemilczeć, że również niektóre inne tytuły Granady budzą - nierzadko uzasadnione - kontrowersje - ale wszelkie zastrzeżenia mam nadzieję sprawiedliwie tu przedstawić.


**Wąż ten co gorsza, wbrew wszelkim prawom biologii, miał uszy!


***Sherlockista słyszał wszelako od osoby, która miała szczęście wodospad ten oglądać na własne oczy, że nie jest to nic szczególnego i niczym się z krajobrazu nie wyróżnia...