“The Secret of Sherlock Holmes” to sztuka Jeremy’ego Paula, scenarzysty wielu odcinków Holmesa Granady, która pewnie nie przeszłaby do historii, gdyby jej oryginalną obsadą nie byli Holmes i Watson wszechczasów, Jeremy Brett i Edward Hardwicke. Kto śledzi moją stronę (warto! pisuję częściej niż kiedyś), ten widział już linki do cudem znalezionego i wyczyszczonego nagrania z przedstawienia (samo audio) - akt 1 i akt 2 - i wie, że obiecałam parę słów.
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremy Brett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremy Brett. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 15 kwietnia 2018
poniedziałek, 19 lutego 2018
Pan Sherlock Holmes i melancholia
Dawno dawno temu, przed cudownym odrodzeniem i odmłodzeniem fandomu dzięki serialowi BBC, brytyjscy afficionados tym różnili się od amerykańskich, że rzadziej uzurpowali sobie prawo do mówienia swojemu ukochanemu detektywowi po imieniu. Baker Street Irregulars z Nowego Jorku - to zawsze byli “Sherlockiści”, ale w Londynie mieszkali raczej “Holmesianie”. Brakuje mi czasem tego sztywnego “Mr Sherlock Holmes”, wyżej uszu już mam tego swojskiego “Sherlocka” odmienianego przez wszystkie przypadki. “Sherlock”, ziom “Johna”, uczłowieczany tak pracowicie, taki załzawiony, zrozpaczony i wściekły, taki emocjonalny, taki już-nie-maszyna, tyle ma okropnych problemów, rodzina toksyczna, tu fest ućpany, tam się napił za dużo, toastów się boi, zbić się dał i skopać, ale i tak sądzi jeszcze, że mu się należało, bo taki już gorszy jest, i nóżkę ma mniej albo bardziej, w życiu mu ogólnie nie wyszło i kto go przytuli.
No nie ja, w każdym razie. Z całą pewnością utulą go wystarczająco, a może i aż nadto niezliczoni fanfikowi Johnowie i kogo tam jeszcze naniesie fanfikowym Sherlockom wyobraźnia cudownych wariatów, którzy potrafią natrzaskać tyle tekstów dla czystej frajdy pobycia z takim bidulkiem ciaptakiem popapranym.
Ja nie mam z tego frajdy.
Labels:
ChAD,
fanfiki,
Jeremy Brett,
Kanon,
Laurie King,
melancholia
środa, 12 grudnia 2012
ShKA, 12 grudnia - L is for LOGIC, LOVE and LAUGHTER
Logika, miłość i śmiech - jak to się elegancko złożyło, że po angielsku one wszystkie są na L.
Dziś, drodzy Czytelnicy, przed Wami Detektyw Sherlock - i Mr Holmes..
sobota, 8 grudnia 2012
sobota, 3 listopada 2012
środa, 14 marca 2012
Kiedy będzie 3 seria Sherlocka?
Większość z Was pewnie wie już z fanpejdża Sherlockianów, że nieprędko, ale na samych Sherlockianach też nie może zabraknąć tej niezbyt wesołej nowiny.
sobota, 4 lutego 2012
Prezent na urodziny: Cumberbatch czy Brett? W promocji Merrison!
Sherlockiana urodziły się 26 stycznia 2010, ale pierwszy prawdziwy post opublikowałam dopiero prawie miesiąc później, 22 lutego. W związku z czym postanowiłam obchodzić urodziny wtedy, kiedy akurat przyjdzie mi do głowy dobry prezent.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
"Hounds of Baskerville". Wierny "Pies..."!
To był najlepszy, jak dotąd, odcinek z obu sezonów "Sherlocka" BBC - a to pewnie będzie moja pierwsza opinia o tym wspaniałym serialu, która wywoła kontrowersje.
Czytałam* już sporo komentarzy w rodzaju "nie no, w sumie też fajne..." i zupełnie im się nie dziwię. W kategorii "film detektywistyczny dla szerszej publiczności" żaden "Pies..." nigdy nie będzie miał szans w pojedynku z dynamicznymi mieszankami kryminałów, szpiegowskich intryg i pojedynków z kultowymi postaciami Holmes-świata.
Ale ja nie jestem normalną publicznością, tylko maniaczką Sherlocka Holmesa, a to jest to najwspanialszy "Pies..." w historii wielkiego i małego ekranu. Co prawda, konkurencja imponuje raczej ilością (Rathbone, 2 Cushingi, Brett, Frewer, Roxburgh, 5 innych, o których akurat zapomniałam i 20, o których w życiu nie słyszałam i pewnie nie chciałabym słyszeć) niż jakością, ale właśnie dlatego osiągnięcie Gatissa zupełnie poważnie odebrało mi oddech. Tego się nie da dobrze zekranizować. Holmesa przez większość czasu nie ma. Bagno jest wdzięcznym obiektem romantycznych opisów Watsona, ale na ekranie wygląda potem jak mało ekscytujące błocko. Potwór jest z gatunku takich, które straszne są głównie wtedy, gdy wyobrażamy je sobie przy lampce nocnej. Pokazany - wypada żałośnie. Intryga jest nawet niezła, ale po stu latach już wszyscy wiedzą, jak to było. No i, serio, kto w XXI wieku przestraszy się "śladów wielkiego psa" ?!
Nie wiadomo, skąd Gatiss wziął odwagę, żeby mimo wszystko zmierzyć się z HOUN - ale za to, co z nim zrobił, mogę mu od dziś codziennie osobiście pastować buty.
Wiadomo tylko, że jako holmesolog musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tych starych kłopotów i pewnie dlatego z nadludzką zwinnością udało mu się ominąć wszystkie bagienne pułapki - choć musiał wprowadzić do akcji również inne zwierzęta...
SPOILERY. DUŻE!
Holmes wyjeżdża i ludzie się nudzą, patrząc na Watsona? A czemu nie miałby wygłosić cytatu z Kanonu o ważnych sprawach i wysyłaniu Watsona, a potem przestać się wygłupiać? Bagno jest nudne? Zróbmy z tego las z czarcim jarem i autentyczne pole minowe przed wojskową bazą. Na pewno nie będzie mniej nastrojowo (oj, nie jest!). Potwór straszy tylko w wyobraźni? To niech i tam pozostanie! Pokażmy strach, pokażmy terror, pokażmy szaleństwo... ale pamiętajmy, że, jak powiedział Brett-Holmes w Eligible Bachelor, "there are no such horrors as the horrors of the mind". To nie jakiś kundel przyprawia ludzi o obłęd ze strachu, tylko ich własny umysł, poddany eksperymentom. Co więcej: to jest sam Kanon. Przecież ACD sugerował wyraźnie, jak ważną rolę odgrywało bezustanne podsycanie lęku Baskerville'ów przed starą legendą. Pamiętają, że to Stapleton? To niech tym razem nazwisko to nosi bezwzględna morderczyni fosforyzujących królików. Kanalią będzie kto inny. Nie będą się bali "śladów wielkiego psa", już choćby dlatego że samo zdanie "Mr Holmes, they were the footsteps of a gigantic hound" (ukochany przez sherlockistów cytat wszechczasów) brzmi dziś staroświecko? Obróćmy słabość w siłę. Niech Sherlock się nim zachwyci. Niech każe je powtórzyć - tu holmesiści będą już autentycznie ryczeć z zachwytu. Niech z jego powodu postanowi zająć się tą sprawą i niech wreszcie to właśnie zdanie i ten staroświecki "Hound" stanie się kluczem do całej, upiornej intrygi. Paradoksalnie niemal: o wiele bardziej realistycznej niż w dotychczasowych odcinkach. Podobne - koszmarne - badania naprawdę miały miejsce. Ludzie naprawdę próbują zmajstrować fosforyzujące króliki. I gdyby tylko ktoś w jakiejś zabitej dechami dziurze zwęszył szansę na znęcenie turystów legenda o koszmarnym pas-kundlu, to z całą pewnością następnego dnia pierwszy dostępny, szczekający czworonóg zostałby ucharakteryzowany na potwora Frankensteina i byłby pokazywany za odpowiednią opłatą.
KONIEC SPOILERÓW
Efekt? "Hounds of Baskerville" są zarazem jedną z najwierniejszych i jedną z najśmielszych ekranizacji HOUN. Ale ten film, w odróżnieniu od innych "Psów...", ogląda się w napięciu od początku do końca.
"Psy..." Gatissa podobały mi się najbardziej ze wszystkich tych BBC-perełek także dlatego, że to "najprostszy" epizod. Nie ma tu, jak zauważył także Zwierz (którego recenzję podlinkuję jeszcze raz na końcu - nasze wrażenia były pod wieloma względami identyczne!) typowych dla Moffata fajerwerków i fabularnych efektów specjalnych. Tej prostoty, charakterystycznej dla opowiadań naszego kochanego Doktora, chyba trochę mi brakowało w porzednich odcinkach, które są takie nowoczesne, zamotane, szybkie, pękające od wątków i wymyślnych dialogów. Może się starzeję, ale potrzebuję więcej czasu na pełne przeżycie emocji i wejście w historię. Tu, na przykład, znalazło się dość scen, by wspaniale dawkować napięcie w wątku biedaczka Henry'ego, czyli naszego kochanego Alonsa (patrz: przedostatni post z przypisem). Jeszcze nigdy przedtem autentycznie nie bałam się o tego bohatera HOUN.
"Psy..." dają także Sherlockowi i Johnowi troszkę więcej czasu na świadome rozwijanie ich relacji. Tym razem zresztą i Cumberbatch i Freeman dostali wielkie pole do aktorskiego popisu i oni już wiedzieli, jak je wykorzystać.
MAŁE SPOILERY
Sherlock jest wspaniały w scenach manii i paniki. To po prostu on, Holmes z Kanonu, na drugim biegunie depresji (w sprawie Holmesa-ChADowca więcej w postach oznaczonych tą etykietą). Zakrwawiony, z harpunem w ręce, rozdygotany, wściekły, błagający o sprawę, o jakikolwiek ochłap, który mógłby cisnąć na pożarcie swojemu rozszalałemu umysłowi. Nie: podekscytowany. Nie: zabawnie gadatliwy, jak Downey. To jest prawdziwa mania, gonitwa myśli, nieznośne, wyczerpujące, pożerające napięcie.
I to jest prawdziwe przerażenie. Mało kto pokazał nam kiedykolwiek porządnie przestraszonego Holmesa, prawda? A to jest przecież - tak jak w Kanonie! - opowieść, w której Sherlock przez cały czas walczy o odzyskanie kontroli, nad przestępcą, ale i nad sobą. Jest poza swoim naturalnym środowiskiem - Londynem - i mierzy się ze sprawą, którą ze wszystkich sił stara się wyjaśnić w racjonalny sposób. Holmes nie może sobie pozwolić na najmniejsze zwątpienie w światło rozumu (i zdrowego rozsądku), to byłby jego koniec. Cumberbatch pokazuje nam to wstrząsająco dobitnie. Co ciekawe - i wspaniałe - wydaje się, że wizja utraty przyjaźni Watsona wywołuje w nim podobną panikę. Przez moment Sherlock chwyta za serce swoją nieporadnością w relacjach międzyludzkich... ale po chwili znowu wkurza bezczelnym eksperymentem na przyjacielu. Cały Holmes.
Watson... Watson nigdy nie był lepiej napisany ani zagrany. U Zwierza znajdziecie - między innymi - wspaniały gif, który pokazuje, jak nasz doktor potrafi przeobrazić się nagle w wysokiego rangą oficera. Potrafi też pięknie się fochać, z cudownym dystansem podchodzić do narcyzmu Sherlocka, z troską - do jego szaleństwa no i, co najważniejsze, jest wymarzonym partnerem. Każdy sherlockista zachwycony będzie sceną przeniesioną prosto z BLUE, w której Holmes usiłuje wyłudzić informacje pod pretekstem lipnego zakładu, a Watson musi błyskawicznie odnaleźć się w tej sytuacji.
KONIEC MAŁYCH SPOILERÓW
A na sam koniec: to, że nie było fajerwerków, nie oznacza, że brakowało charakterystycznych dla tej serii smaczków. Niezapomnianych min Mycrofta. Scen, w których fan Sherlocka wyraża rozczarowanie, że detektyw nie ma "tego kapelusza"... Korespondencji od niedoszłych klientów. Fantastycznych dedukcji, których, co naprawdę zadziwiające, twórcy w ogóle nam nie żałują. Jeszcze nigdy nie było takiej ekranizacji Sherlocka, w której włożono by tyle pracy w dopieszczanie jego rozumowań...
Nie chcę kończyć tej recenzji. Nie chciałam, by kończył się ten cudowny, najlepszy z możliwych HOUN, przedostatni już odcinek w króciutkim sezonie "Sherlocka".
A już na pewno nie chcę oglądać tego, TEGO Watsona, gdy dowie się, że Holmes spadł w otchłań Reichenbach.
Możemy się pocieszać, że "pewnie kiedyś zrobią następny sezon", że "można obejrzeć przecież inne EMPT". Za tydzień czeka nas emocjonalna jatka.
---
Czytałam* już sporo komentarzy w rodzaju "nie no, w sumie też fajne..." i zupełnie im się nie dziwię. W kategorii "film detektywistyczny dla szerszej publiczności" żaden "Pies..." nigdy nie będzie miał szans w pojedynku z dynamicznymi mieszankami kryminałów, szpiegowskich intryg i pojedynków z kultowymi postaciami Holmes-świata.
Ale ja nie jestem normalną publicznością, tylko maniaczką Sherlocka Holmesa, a to jest to najwspanialszy "Pies..." w historii wielkiego i małego ekranu. Co prawda, konkurencja imponuje raczej ilością (Rathbone, 2 Cushingi, Brett, Frewer, Roxburgh, 5 innych, o których akurat zapomniałam i 20, o których w życiu nie słyszałam i pewnie nie chciałabym słyszeć) niż jakością, ale właśnie dlatego osiągnięcie Gatissa zupełnie poważnie odebrało mi oddech. Tego się nie da dobrze zekranizować. Holmesa przez większość czasu nie ma. Bagno jest wdzięcznym obiektem romantycznych opisów Watsona, ale na ekranie wygląda potem jak mało ekscytujące błocko. Potwór jest z gatunku takich, które straszne są głównie wtedy, gdy wyobrażamy je sobie przy lampce nocnej. Pokazany - wypada żałośnie. Intryga jest nawet niezła, ale po stu latach już wszyscy wiedzą, jak to było. No i, serio, kto w XXI wieku przestraszy się "śladów wielkiego psa" ?!
Nie wiadomo, skąd Gatiss wziął odwagę, żeby mimo wszystko zmierzyć się z HOUN - ale za to, co z nim zrobił, mogę mu od dziś codziennie osobiście pastować buty.
Wiadomo tylko, że jako holmesolog musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tych starych kłopotów i pewnie dlatego z nadludzką zwinnością udało mu się ominąć wszystkie bagienne pułapki - choć musiał wprowadzić do akcji również inne zwierzęta...
SPOILERY. DUŻE!
Holmes wyjeżdża i ludzie się nudzą, patrząc na Watsona? A czemu nie miałby wygłosić cytatu z Kanonu o ważnych sprawach i wysyłaniu Watsona, a potem przestać się wygłupiać? Bagno jest nudne? Zróbmy z tego las z czarcim jarem i autentyczne pole minowe przed wojskową bazą. Na pewno nie będzie mniej nastrojowo (oj, nie jest!). Potwór straszy tylko w wyobraźni? To niech i tam pozostanie! Pokażmy strach, pokażmy terror, pokażmy szaleństwo... ale pamiętajmy, że, jak powiedział Brett-Holmes w Eligible Bachelor, "there are no such horrors as the horrors of the mind". To nie jakiś kundel przyprawia ludzi o obłęd ze strachu, tylko ich własny umysł, poddany eksperymentom. Co więcej: to jest sam Kanon. Przecież ACD sugerował wyraźnie, jak ważną rolę odgrywało bezustanne podsycanie lęku Baskerville'ów przed starą legendą. Pamiętają, że to Stapleton? To niech tym razem nazwisko to nosi bezwzględna morderczyni fosforyzujących królików. Kanalią będzie kto inny. Nie będą się bali "śladów wielkiego psa", już choćby dlatego że samo zdanie "Mr Holmes, they were the footsteps of a gigantic hound" (ukochany przez sherlockistów cytat wszechczasów) brzmi dziś staroświecko? Obróćmy słabość w siłę. Niech Sherlock się nim zachwyci. Niech każe je powtórzyć - tu holmesiści będą już autentycznie ryczeć z zachwytu. Niech z jego powodu postanowi zająć się tą sprawą i niech wreszcie to właśnie zdanie i ten staroświecki "Hound" stanie się kluczem do całej, upiornej intrygi. Paradoksalnie niemal: o wiele bardziej realistycznej niż w dotychczasowych odcinkach. Podobne - koszmarne - badania naprawdę miały miejsce. Ludzie naprawdę próbują zmajstrować fosforyzujące króliki. I gdyby tylko ktoś w jakiejś zabitej dechami dziurze zwęszył szansę na znęcenie turystów legenda o koszmarnym pas-kundlu, to z całą pewnością następnego dnia pierwszy dostępny, szczekający czworonóg zostałby ucharakteryzowany na potwora Frankensteina i byłby pokazywany za odpowiednią opłatą.
KONIEC SPOILERÓW
Efekt? "Hounds of Baskerville" są zarazem jedną z najwierniejszych i jedną z najśmielszych ekranizacji HOUN. Ale ten film, w odróżnieniu od innych "Psów...", ogląda się w napięciu od początku do końca.
"Psy..." Gatissa podobały mi się najbardziej ze wszystkich tych BBC-perełek także dlatego, że to "najprostszy" epizod. Nie ma tu, jak zauważył także Zwierz (którego recenzję podlinkuję jeszcze raz na końcu - nasze wrażenia były pod wieloma względami identyczne!) typowych dla Moffata fajerwerków i fabularnych efektów specjalnych. Tej prostoty, charakterystycznej dla opowiadań naszego kochanego Doktora, chyba trochę mi brakowało w porzednich odcinkach, które są takie nowoczesne, zamotane, szybkie, pękające od wątków i wymyślnych dialogów. Może się starzeję, ale potrzebuję więcej czasu na pełne przeżycie emocji i wejście w historię. Tu, na przykład, znalazło się dość scen, by wspaniale dawkować napięcie w wątku biedaczka Henry'ego, czyli naszego kochanego Alonsa (patrz: przedostatni post z przypisem). Jeszcze nigdy przedtem autentycznie nie bałam się o tego bohatera HOUN.
"Psy..." dają także Sherlockowi i Johnowi troszkę więcej czasu na świadome rozwijanie ich relacji. Tym razem zresztą i Cumberbatch i Freeman dostali wielkie pole do aktorskiego popisu i oni już wiedzieli, jak je wykorzystać.
MAŁE SPOILERY
Sherlock jest wspaniały w scenach manii i paniki. To po prostu on, Holmes z Kanonu, na drugim biegunie depresji (w sprawie Holmesa-ChADowca więcej w postach oznaczonych tą etykietą). Zakrwawiony, z harpunem w ręce, rozdygotany, wściekły, błagający o sprawę, o jakikolwiek ochłap, który mógłby cisnąć na pożarcie swojemu rozszalałemu umysłowi. Nie: podekscytowany. Nie: zabawnie gadatliwy, jak Downey. To jest prawdziwa mania, gonitwa myśli, nieznośne, wyczerpujące, pożerające napięcie.
I to jest prawdziwe przerażenie. Mało kto pokazał nam kiedykolwiek porządnie przestraszonego Holmesa, prawda? A to jest przecież - tak jak w Kanonie! - opowieść, w której Sherlock przez cały czas walczy o odzyskanie kontroli, nad przestępcą, ale i nad sobą. Jest poza swoim naturalnym środowiskiem - Londynem - i mierzy się ze sprawą, którą ze wszystkich sił stara się wyjaśnić w racjonalny sposób. Holmes nie może sobie pozwolić na najmniejsze zwątpienie w światło rozumu (i zdrowego rozsądku), to byłby jego koniec. Cumberbatch pokazuje nam to wstrząsająco dobitnie. Co ciekawe - i wspaniałe - wydaje się, że wizja utraty przyjaźni Watsona wywołuje w nim podobną panikę. Przez moment Sherlock chwyta za serce swoją nieporadnością w relacjach międzyludzkich... ale po chwili znowu wkurza bezczelnym eksperymentem na przyjacielu. Cały Holmes.
Watson... Watson nigdy nie był lepiej napisany ani zagrany. U Zwierza znajdziecie - między innymi - wspaniały gif, który pokazuje, jak nasz doktor potrafi przeobrazić się nagle w wysokiego rangą oficera. Potrafi też pięknie się fochać, z cudownym dystansem podchodzić do narcyzmu Sherlocka, z troską - do jego szaleństwa no i, co najważniejsze, jest wymarzonym partnerem. Każdy sherlockista zachwycony będzie sceną przeniesioną prosto z BLUE, w której Holmes usiłuje wyłudzić informacje pod pretekstem lipnego zakładu, a Watson musi błyskawicznie odnaleźć się w tej sytuacji.
KONIEC MAŁYCH SPOILERÓW
A na sam koniec: to, że nie było fajerwerków, nie oznacza, że brakowało charakterystycznych dla tej serii smaczków. Niezapomnianych min Mycrofta. Scen, w których fan Sherlocka wyraża rozczarowanie, że detektyw nie ma "tego kapelusza"... Korespondencji od niedoszłych klientów. Fantastycznych dedukcji, których, co naprawdę zadziwiające, twórcy w ogóle nam nie żałują. Jeszcze nigdy nie było takiej ekranizacji Sherlocka, w której włożono by tyle pracy w dopieszczanie jego rozumowań...
Nie chcę kończyć tej recenzji. Nie chciałam, by kończył się ten cudowny, najlepszy z możliwych HOUN, przedostatni już odcinek w króciutkim sezonie "Sherlocka".
A już na pewno nie chcę oglądać tego, TEGO Watsona, gdy dowie się, że Holmes spadł w otchłań Reichenbach.
Możemy się pocieszać, że "pewnie kiedyś zrobią następny sezon", że "można obejrzeć przecież inne EMPT". Za tydzień czeka nas emocjonalna jatka.
---
*Stali Czytelnicy pewnie są zdziwieni, skąd ten pierwszosobowy coming out Sherlockisty. To proste: szykuję uroczysty nastrój przed recenzją z "Reichenbach Falls". Przecież nie napiszę "Sherlockista się zryczał"!
niedziela, 25 grudnia 2011
Opowieść wigilijna z Doktorem, Sherlockiem, Szafą, Moffem, a za to, o dziwo, bez błękitnych diamentów - chociaż tak do końca też się nie dało...
W tym roku wyjątkowo nie trzeba odwoływać się do nieśmiertelnego Holmesowego gwiazdkowego przeboju, czyli BLUE (co nie oznacza, że Sherlockista serdecznie nie zachęca do odświeżenia sobie Granadowej wersji z charakterystycznymi stylizacjami kolęd i niezapomnianą sekwencją na początku - nieprzytomny Jeremy kontra pani Hudson i Peterson to coś, co po prostu trzeba zobaczyć w Święta).
Nie trzeba nawet odgrzewać wspaniałego wiersza Scotta Monty'ego - Twas two days after Christmas, który jest bardzo wdzięczną rymowanką na temat BLUE właśnie (wierni czytelnicy Sherlockianów może pamiętają, że pojawił się, niekonwencjonalnie, z okazji zeszłorocznej Wielkiej Nocy :) )
Najlepszą sherlockistyczną opowieść wigilijną napisał dla nas w tym roku nieoceniony Mistrz Moffat, scenarzysta cuda z BBC, na które tak czekamy, a także ostatnich serii Doktora Who - a z Whovistami Sherlockiana utrzymują niezwykle serdeczne stosunki, choćby dlatego, że wielu i wiele z nas należy do obu tych potężnych fandomów.
W wywiadzie dla Radio Times zdradził, że tegoroczny Christmas Special, czyli dodatkowy, świąteczny i dłuższy odcinek Doktora, inspirowany tym razem Narnią, został ocalony nie przez kogo innego, jak przez BBC-Sherlocka.
Otóż zdarzyło się Moffatowi, że w czasie pisania scenariusza do owego Speciala, doznał zastoju twórczego. Wyobraźcie sobie: terminy gonią, trzeba wysmażyć bożonarodzeniowego, białego Who, pełnego światełek, cynamonów i choinek, a tu brytyjskie lato w pełni, a Moff umiera na katar. Atmosfery nie ma żadnej. Weny zero. Wizja Doktora w kominie uleciała z grypą. Skąd wziąć świąteczną zimę i pierniczki?
Sherlock Holmes nie byłby wysoko na liście osób, do których zwrócilibyście się po pomoc, prawda? Już pewnie lepiej byłoby pójść w banał i przeczytać znowu (skądinąd bardzo szczerze przez Sherlockistę kochaną) Opowieść Wigilijną Dickensa: tam aspołeczny bohater, który święta kwituje lodowatym "humbug" przynajmniej na końcu się zmienia...
Jakim cudem to Sherlock właśnie, i to jeszcze w chłodnej, współczesnej i chirurgicznie pozbawionej sentymentów wersji Cumberbatcha ocalił w tym roku świąteczną wenę Moffa?
To proste. Sherlockista widzi to tak wyraźnie, jak gdyby tam był. Wyobraźcie sobie: stajecie na Baker Street. Albo, jeszcze lepiej: na ulicy, która tylko Baker Street udaje. Ale przecież wystarczy tylko zawiesić w Londynie jedną tabliczkę, żeby nasza wyobraźnia zaczęła pracować. Świat Conan Doyle'a jest tak żywy w naszych umysłach, tak fantastycznie i szczegółowo wyrysowany słowami, że życie to udzieliłoby się nawet rekwizytom z ciastoliny.
Stajecie na Baker Street zrobionym z ulicy i z wyobraźni, u Waszego boku Mycroft, Mark Gatiss. Jeszcze przed chwilą było gorąco, ale nagle zaczynacie trząść się z zimna. Zaczął padać śnieg. Właściwie: białe oszustwo, ale oszustwo, w które chcecie uwierzyć. Śnieg na Baker Street, pod domem Sherlocka. Nic dziwnego, przecież jest Boże Narodzenie. Nie może być świąteczniej niż tu. Nikt nie wygląda bardziej gwiazdkowo niż ten niesamowity, nowy Holmes, w śniegu, z marsową, wybitnie niemikołajową miną.
Moff twierdzi, że to zadziałała "magia telewizji". Sherlockista wie swoje. Tu nie ma żadnej magii. To jest wszystko prawda!
Nie trzeba nawet odgrzewać wspaniałego wiersza Scotta Monty'ego - Twas two days after Christmas, który jest bardzo wdzięczną rymowanką na temat BLUE właśnie (wierni czytelnicy Sherlockianów może pamiętają, że pojawił się, niekonwencjonalnie, z okazji zeszłorocznej Wielkiej Nocy :) )
Najlepszą sherlockistyczną opowieść wigilijną napisał dla nas w tym roku nieoceniony Mistrz Moffat, scenarzysta cuda z BBC, na które tak czekamy, a także ostatnich serii Doktora Who - a z Whovistami Sherlockiana utrzymują niezwykle serdeczne stosunki, choćby dlatego, że wielu i wiele z nas należy do obu tych potężnych fandomów.
W wywiadzie dla Radio Times zdradził, że tegoroczny Christmas Special, czyli dodatkowy, świąteczny i dłuższy odcinek Doktora, inspirowany tym razem Narnią, został ocalony nie przez kogo innego, jak przez BBC-Sherlocka.
Otóż zdarzyło się Moffatowi, że w czasie pisania scenariusza do owego Speciala, doznał zastoju twórczego. Wyobraźcie sobie: terminy gonią, trzeba wysmażyć bożonarodzeniowego, białego Who, pełnego światełek, cynamonów i choinek, a tu brytyjskie lato w pełni, a Moff umiera na katar. Atmosfery nie ma żadnej. Weny zero. Wizja Doktora w kominie uleciała z grypą. Skąd wziąć świąteczną zimę i pierniczki?
Sherlock Holmes nie byłby wysoko na liście osób, do których zwrócilibyście się po pomoc, prawda? Już pewnie lepiej byłoby pójść w banał i przeczytać znowu (skądinąd bardzo szczerze przez Sherlockistę kochaną) Opowieść Wigilijną Dickensa: tam aspołeczny bohater, który święta kwituje lodowatym "humbug" przynajmniej na końcu się zmienia...
Jakim cudem to Sherlock właśnie, i to jeszcze w chłodnej, współczesnej i chirurgicznie pozbawionej sentymentów wersji Cumberbatcha ocalił w tym roku świąteczną wenę Moffa?
To proste. Sherlockista widzi to tak wyraźnie, jak gdyby tam był. Wyobraźcie sobie: stajecie na Baker Street. Albo, jeszcze lepiej: na ulicy, która tylko Baker Street udaje. Ale przecież wystarczy tylko zawiesić w Londynie jedną tabliczkę, żeby nasza wyobraźnia zaczęła pracować. Świat Conan Doyle'a jest tak żywy w naszych umysłach, tak fantastycznie i szczegółowo wyrysowany słowami, że życie to udzieliłoby się nawet rekwizytom z ciastoliny.
Stajecie na Baker Street zrobionym z ulicy i z wyobraźni, u Waszego boku Mycroft, Mark Gatiss. Jeszcze przed chwilą było gorąco, ale nagle zaczynacie trząść się z zimna. Zaczął padać śnieg. Właściwie: białe oszustwo, ale oszustwo, w które chcecie uwierzyć. Śnieg na Baker Street, pod domem Sherlocka. Nic dziwnego, przecież jest Boże Narodzenie. Nie może być świąteczniej niż tu. Nikt nie wygląda bardziej gwiazdkowo niż ten niesamowity, nowy Holmes, w śniegu, z marsową, wybitnie niemikołajową miną.
Moff twierdzi, że to zadziałała "magia telewizji". Sherlockista wie swoje. Tu nie ma żadnej magii. To jest wszystko prawda!
![]() |
| (zdjęcia pochodzą oczywiście z BLUE z Brettem i Burke'iem, a tę wersję z podpisami znalazł ShK na tumblerze o niezwykle wręcz wdzięcznym tytule fuckyeahgranadaholmes.tumblr.com :)) |
Wszystkim Czytelnikom Sherlockianów życzy ShK udanego spotkania z najprawdziwszym Holmesem już niedługo. I drugiego: ze świątecznym Doktorem (kto jeszcze nie jest Whovistą, ten wciąż może podjąć naprawdę fajne postanowienie noworoczne - jest znacznie łatwiejsze i przyjemniejsze w realizacji niż jedzenie marchewek, brzuszki czy inne okropieństwa ;).
wtorek, 22 listopada 2011
O tym, czego nie ma i czego też nie ma: debata i BBC Study in Pink, jakiego nie znacie
Sherlockista spóźnił się mocno z relacją z sherlockistycznej debaty, co mogło wzbudzić podejrzenia Czytelników, że nic szczególnego się nie wydarzyło. Słuszne to podejrzenia.
Debatę w odczuciu Sherlockisty odrobinę zepsuły kłopoty techniczne (kapitan jednej z drużyn nie został wpuszczony przez system i prezentacji argumentów dokonał za niego prowadzący całą debatę...) a już bardzo, ale to bardzo: fatalna prezentacja jego, Sherlockisty ekipy, czyli Tradycjonalistów.
ShK zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli pytamy o to, kto najlepiej przyczynia się do rozkwitu holmesowego dziedzictwa w perspektywie przyszłości, to BBC-Sherlock będzie miał żelazne argumenty. Przed debatą miał zresztą przygniatającą przewagę - 52 głosy. Wyobrażał sobie jednak, że argumenty te może odrobinę nadgryźć ekipa Warner Bros. (w końcu film jest jeszcze bardziej popularny niż serial), a także drużyna, którą osobiście popierał. W końcu gdyby nie klasyczne adaptacje 20 w., a zwłaszcza Brett, to z pewnością dziedzictwo to nie byłoby zachowane w tak dobrej kondycji, już nie wspominając o tym, że czym innym jest przechowanie Sherlocka w masowej pamięci jako superdetektywa i idola, a czym innym popularyzowanie samego ACD, razem z gazowymi latarniami, powozami, sentymentalnym obrazem wieku XIX i Watsonem-dżentelmenem.
Drużyna BBC-Sherlocka, mimo irytujących Baker Street Babes na czele, zaprezentowała się zgodnie z oczekiwaniami fantastycznie, eksponując trafnie wszystkie zalety serialu, jego zaskakującą wierność mimo uwspółcześnienia realiów, aktualność, nowoczesność, popularność i, po prostu, dobrą jakość.
Drużyna filmowa zrobiła co mogła, wskazując na to, że Ritchie potrafił zachwycić masową publiczność nową, nieco podkręconą wersją Sherlocka osadzonego wciąż jednak jakoś tam w czymś, co z daleka może wyglądać jak amerykański pogląd na to, jak mógł wyglądać wiek dziewiętnasty. Burt Wolder, kapitan owej drużyny (z ramienia podcastu I hear of Sherlock...) pokusił się nawet o przedstawienie niezwykle imponującego wykresu, który pokazywał, jak oglądalność Sherlocków wzrastała gwałtownie w okresach, w których pokazywano adaptacje utrzymane w epoce (i malała wówczas, gdy na przykład Rathbone z Bruce'em kręcili potworki o Sherlocku w Waszyngtonie i tym podobne).
Drużyna trzecia - to, jak wspomniał Sherlockista - rozczarowanie na całej linii. Prezentacja ta, czytana niestety przez organizatorów, była w zasadzie zbiorem refleksji różnych członków ekipy, które w większości mówiły mniej więcej tyle, że, no kurczę, jakoś tak głupio, jak ten Holmes poza swoją epoką jest pokazywany... i że chyba Sherlock w XIX w. to wierniej i fajniej... i że XIX-wieczny Londyn jest wierniejszy i fajniejszy... Autorzy ewidentnie nie wzięli pod uwagę, że taka "strategia" argumentacyjna pracuje również na rzecz filmu Ritchiego i nie zadali sobie trudu, by zdobyć się na jakiekolwiek konkretne przykłady udanych adaptacji utrzymanych w epoce (a z filmów z Brettem można by wyciąć stosy wspaniałych typowo dziewiętnastowiecznych momentów). Nie wspomnieli też o zasługach klasycznych adaptacji dla podtrzymania tradycji i w ogóle zamiast na podkreślaniu zalet przebrzmiałych już jak widać sław holmesowego świata, skupili się na promocji strony jednego z członków drużyny...
Po tych prezentacjach nadszedł czas na dyskusję, w której wszyscy radzili sobie nieźle, ale też i pytania były stosunkowo przyjazne. A to, jak obejść (wydumany przez współczesnych faszystów z działu cenzury, zdaniem Sherlockisty) problem pokazywania Holmesa z używkami, a to o wątek homoseksualny... takie tam typowe holmesowe świergolenie. Bardzo miłe, ale zupełnie niekonkluzywne. (Ani Shk ani Czytelniczce, których wymianę zdań na żywo można zresztą poczytać na fan-stronie Sherlockianów, nie udało się niestety zmieścić z własnym pytaniem).
Sherlockista był więc naprawdę i szczerze zdumiony wynikami debaty:
***
A skoro mowa o Sherlocku BBC, to obiecane w tytule nowe, nieznane wcielenie poznał Sherlockista przypadkiem, dzięki pewnemu doniesieniem, które otrzymał już jakiś czas temu. Wyczytał mianowicie, że w Seulu furorę robi musical na podstawie ACD, obejrzał zdjęcie:

...przecież to brzmi, jak gdyby Cumbi się w Seulu urodził... :D
Debatę w odczuciu Sherlockisty odrobinę zepsuły kłopoty techniczne (kapitan jednej z drużyn nie został wpuszczony przez system i prezentacji argumentów dokonał za niego prowadzący całą debatę...) a już bardzo, ale to bardzo: fatalna prezentacja jego, Sherlockisty ekipy, czyli Tradycjonalistów.
ShK zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli pytamy o to, kto najlepiej przyczynia się do rozkwitu holmesowego dziedzictwa w perspektywie przyszłości, to BBC-Sherlock będzie miał żelazne argumenty. Przed debatą miał zresztą przygniatającą przewagę - 52 głosy. Wyobrażał sobie jednak, że argumenty te może odrobinę nadgryźć ekipa Warner Bros. (w końcu film jest jeszcze bardziej popularny niż serial), a także drużyna, którą osobiście popierał. W końcu gdyby nie klasyczne adaptacje 20 w., a zwłaszcza Brett, to z pewnością dziedzictwo to nie byłoby zachowane w tak dobrej kondycji, już nie wspominając o tym, że czym innym jest przechowanie Sherlocka w masowej pamięci jako superdetektywa i idola, a czym innym popularyzowanie samego ACD, razem z gazowymi latarniami, powozami, sentymentalnym obrazem wieku XIX i Watsonem-dżentelmenem.
Drużyna BBC-Sherlocka, mimo irytujących Baker Street Babes na czele, zaprezentowała się zgodnie z oczekiwaniami fantastycznie, eksponując trafnie wszystkie zalety serialu, jego zaskakującą wierność mimo uwspółcześnienia realiów, aktualność, nowoczesność, popularność i, po prostu, dobrą jakość.
Drużyna filmowa zrobiła co mogła, wskazując na to, że Ritchie potrafił zachwycić masową publiczność nową, nieco podkręconą wersją Sherlocka osadzonego wciąż jednak jakoś tam w czymś, co z daleka może wyglądać jak amerykański pogląd na to, jak mógł wyglądać wiek dziewiętnasty. Burt Wolder, kapitan owej drużyny (z ramienia podcastu I hear of Sherlock...) pokusił się nawet o przedstawienie niezwykle imponującego wykresu, który pokazywał, jak oglądalność Sherlocków wzrastała gwałtownie w okresach, w których pokazywano adaptacje utrzymane w epoce (i malała wówczas, gdy na przykład Rathbone z Bruce'em kręcili potworki o Sherlocku w Waszyngtonie i tym podobne).
Drużyna trzecia - to, jak wspomniał Sherlockista - rozczarowanie na całej linii. Prezentacja ta, czytana niestety przez organizatorów, była w zasadzie zbiorem refleksji różnych członków ekipy, które w większości mówiły mniej więcej tyle, że, no kurczę, jakoś tak głupio, jak ten Holmes poza swoją epoką jest pokazywany... i że chyba Sherlock w XIX w. to wierniej i fajniej... i że XIX-wieczny Londyn jest wierniejszy i fajniejszy... Autorzy ewidentnie nie wzięli pod uwagę, że taka "strategia" argumentacyjna pracuje również na rzecz filmu Ritchiego i nie zadali sobie trudu, by zdobyć się na jakiekolwiek konkretne przykłady udanych adaptacji utrzymanych w epoce (a z filmów z Brettem można by wyciąć stosy wspaniałych typowo dziewiętnastowiecznych momentów). Nie wspomnieli też o zasługach klasycznych adaptacji dla podtrzymania tradycji i w ogóle zamiast na podkreślaniu zalet przebrzmiałych już jak widać sław holmesowego świata, skupili się na promocji strony jednego z członków drużyny...
Po tych prezentacjach nadszedł czas na dyskusję, w której wszyscy radzili sobie nieźle, ale też i pytania były stosunkowo przyjazne. A to, jak obejść (wydumany przez współczesnych faszystów z działu cenzury, zdaniem Sherlockisty) problem pokazywania Holmesa z używkami, a to o wątek homoseksualny... takie tam typowe holmesowe świergolenie. Bardzo miłe, ale zupełnie niekonkluzywne. (Ani Shk ani Czytelniczce, których wymianę zdań na żywo można zresztą poczytać na fan-stronie Sherlockianów, nie udało się niestety zmieścić z własnym pytaniem).
Sherlockista był więc naprawdę i szczerze zdumiony wynikami debaty:
Final Vote - The Great Sherlock Holmes Debate
A konkretnie faktem, że aż tyle osób zmieniło zdanie (!) i dopiero po debacie wybrało opcję "Niezdecydowany". Sherlockista wahał się tylko, czy głosować wciąż na to, co w sercu swoim uważa za najlepsze dla Holmesa, czyli Drużynę 3, czy uszanować tego, kto bezwzględnie najskuteczniej przedstawił swoje racje w debacie (Drużyna BBC). Czemu inni uczestnicy zmienili zdanie tak, jak zmienili, a zwłaszcza już czemu zarówno odpłynęli zarówno od ekipy BBC jak i od ekipy filmowej (która zaprezentowała się całkiem przyzwoicie i nie powinna była nikogo zniechęcić) - tego ShK nie pojmuje w ogóle. Bo - co jest wnioskiem końcowym organizatorów - że Debata pokazała wyraźnie, jak wspaniały, zaskakująco zwarty, liczny i zdeterminowany jest fandom nowego Sherlocka BBC, to Sherlockisty nie dziwi wcale. Bardzo dobrze! Przypomniał sobie dziś ShK The Great Game i zachwycił się od nowa :)View more presentations from The Great Sherlock Holmes Debate
***
A skoro mowa o Sherlocku BBC, to obiecane w tytule nowe, nieznane wcielenie poznał Sherlockista przypadkiem, dzięki pewnemu doniesieniem, które otrzymał już jakiś czas temu. Wyczytał mianowicie, że w Seulu furorę robi musical na podstawie ACD, obejrzał zdjęcie:

...i jako wielki wielbiciel nie tylko Holmes-musicali (o tym wciąż czeka Czytelników kiedyś wielka notka), ale i faktu, że na Dalekim Wschodzie Sherlock czczony jest co najmniej jak Chopin, zapragnął nad życie wysłuchać chociaż fragmentu. Fragmentu, niestety, się nie doguglał, ale za to...
...przecież to brzmi, jak gdyby Cumbi się w Seulu urodził... :D
sobota, 5 listopada 2011
Ważne! Wielka debata! BBC-Sherlock, Ritchie-Downey i Rathbone-Brett! I miłość.
Sherlockista wspominał już o The Great Sherlock Holmes Debate, ale wówczas nie wiedział jeszcze wielu różnych rzeczy, niektórych zupełnie wspaniałych.
Po pierwsze, debata jest częścią promocji książki Charlotte Ann Walters pod tytułem "Barefoot on Baker Street"...
... która jest bardzo sympatycznie się zapowiadającą historią dziewczyny o imieniu Red, jej perypetii i spotkania z wielkim Sherlockiem. Charlotte Ann Walters sama porwała się na niemało w ramach reklamy swojej książki: przez 56 dni do debaty codziennie opisuje w blogu jedno z opowiadań z Kanonu. Sherlockista ciekawie zerknął na kilka z tych eseików, ale są, niestety, rozczarowujące. W zasadzie składają się z luźnego streszczenia i kilku oczywistych refleksji - na przykład w podsumowaniu jednego z ukochanych opowiadań ShK, DEVI, Autorka zauważa, że można w nim znaleźć jeden z ulubionych dialogów sherlockistów wszechczasów ("Śledziłem pana" - "Nikogo nie widziałem" - "Tyle właśnie może pan zobaczyć, kiedy to ja pana śledzę") oraz, że znajduje się w nim szczególnie wzruszająca scena (serdeczne przeprosiny Holmesa, dzięki którym Watson ma rzadką okazję wejrzeć w jego serce). No, nie wie Sherlockista, czy taki cykl ma jakąś szczególną wartość, chyba, że dla studentów literatury angielskiej, którzy Holmesa nie lubią, a muszą zaliczyć całość na egzaminie z kursu, który nieopatrznie wybrali.
Drugie rozczarowanie - tym razem potężne - czyhało na Sherlockistę tuż za winklem.
Za winklem bowiem znalazł składy trzech drużyn występujących w debacie. Pierwsza z nich, broniąca interesów BBC-Sherlocka, od początku interesowała go najbardziej, ponieważ sam zamierzał stanąć po jej stronie. Pełen skład w skrócie znajdą Czytelnicy tu:
Jak widać, oprócz zupełnie oczywistego członka: Sherlockology, która jest przesympatyczną i bardzo aktywną fan-stroną serialu BBC, a także kilku innych znanych postaci - w tym przedstawianej wyżej Charlotte Walters, szefa SHSL i nieznanych bliżej polskiemu czytelnikowi autorów, jest w tej drużynie, i to w prestiżowej roli kapitana cały nowy holmesologiczny podcast. Baker Street Babes (odcinki i więcej informacji do ściągnięcia tu) to przesięwzięcie fanek Holmesa z Ameryki i Wielkiej Brytanii, które z założenia miało być pierwszym holmesologicznym podcastem (autorki przegapiły wielokrotnie tu chwalony i na stałe podlinkowany w pasu po lewej I hear of Sherlock Everywhere :D) i to w dodatku kobiecym. Pierwszy, jak już wiemy, nie jest, kobiecy jest bez wątpliwości. Aż do bólu. To serduszko na czubku fajki to tylko wierzchołek góry lodowej. Sherlockista - sam, wbrew używanym końcówkom gramatycznym, płci żeńskiej - być może wykazuje się tu dość absurdalnym męskim szowinizmem, ale takiego stężenia stereotypowej kobiecości w holmesologicznym przedsięwzięciu po prostu nie jest w stanie znieść. Usiłował przesłuchać dokładnie dwa odcinki - pierwszy i najnowszy - i za każdym razem wymiękał po trzeciej minucie dziewczęcych chichotów autorek. Wymiękał, ale twardo słuchał dalej. I już nie licząc irytujących achów i śmieszków kompletnie nie potrafił się wywodami pań zainteresować. Absolutnie nie wątpi ShK, że, nie licząc może wpadki z "I hear...", wszystkie autorki są oddanymi holmesistkami i świetnie się znają na all-things-sherlockian. Mało tego, jest nawet Sherlockista głęboko przekonany, że BSB wybrały najlepszą drużynę (przypomina: BBC-Sherlocka) i powiodą ją do zwycięstwa. Nie ma też nic przeciwko idei, by o Holmesie mówić po dziewczęcemu - sam nigdy nie usiłował wykreować sobie szczególnie szorstkiego i machoidalnego image'u. Ale tego podcastu chyba nie zdzierży, choćby z powodu koszmarnej piosenki na początku i nieznośnego zalotnego tonu całego przedsięwzięcia (dlaczego sherlockiści płci męskiej gadają sobie po prostu o Holmesie, a sherlockistki muszą przy okazji jeszcze podkreślać, jakie są od tego seksi?).
Tymczasem jego faworyci z "I hear..." wystąpią, co może trochę dziwić, w Drużynie Ritchiego-Downeya:
Sherlockista rozumie to o tyle, że ekipa "I hear..." od początku nie była źle nastawiona do filmowych Sherlocków z Downeyem, przeprowadziła też linkowany tu kiedyś długi wywiad z Klingerem, który był konsultantem ekipy WB. A poza tym, wbrew temu, co twierdzą niektóre Czytelniczki ;), to naprawdę nie jest taki zły Sherlock i można się kłócić, czy to aby nie Ritchie lepiej popularyzuje ACD w 21 wieku. Nie zapominajmy, że debata dotyczy raczej tego, kto zapewnia Sherlockowi lepszą przyszłość w popkulturze - a nie, kto zrobił najlepszą adaptację dla geeków.
Najmniej znanych twarzy, nie licząc może linkowanego również z lewej strony Sherlockianów Alastaira Duncana, pojawiło się w ekipie tradycjonalistów, czyli nieformalnego fanklubu Jeremy'ego Bretta:
Ekipa ta została dokooptowana do imprezy najpóźniej, ale trudno byłoby sobie wyobrazić porządną debatę nad (najprawdopodobniej świetlaną) przyszłością Sherlocka Holmesa bez przypomnienia Rathbone'ów, a zwłaszcza legendarnej serii Granady z jej nieodżałowaną, wielką ekipą w składzie Brett, Burke i Hardwicke. Gdyby nie ta seria, gdyby nie ta ekipa, to ani Sherlockisty ani Sherlockianów być może w ogóle by tu nie było (co zupełnie nie znaczy, że jest to jedyny wspaniały Holmes, którego ShK pokochał).
Na koniec wreszcie, czekały Sherlockistę te dwie najwspanialsze niespodzianki. Po pierwsze, debata - oprócz promocji Charlotte Walters - służy sprawom zaiste godnym:
W skrócie: ratujemy dom ACD w Undershaw (w sprawie szczegółów patrz etykieta na dole), walczymy o pośmiertną BAFTę dla Jeremy'ego i reklamujemy cudowny blog Always1985. W takim przedsięwzięciu nie wypada wręcz nie wziąć udziału.
I - to już ostatni punkt programu - Sherlockista pod tą presją się ugiął :) Jeśli ktoś z Czytelników sprawdzał pełną listę uczestników Debaty na miniblogu mxpublishing, to być może zwrócił uwagę na Kraków, Poland? To właśnie ShK. Co więcej jest na tej liście i druga polska Uczestniczka (z Bydgoszczy) i ta Uczestniczka to Czytelniczka Sherlockianów. Po tych wspaniałych wiadomościach (o miejsca w Debacie wcale nie było łatwo) i po zbadaniu gruntu, myślał Sherlockista, że wszystkie trudności już za nim i gdy dziś otrzymał linka rejestracyjnego, popędził na właściwą stronę, wpisał dane i w punkcie "którą drużynę popierasz przed debatą?" pewną ręką zaznaczył BBC-Sherlocka. Nie da się chcieć więcej: jest bardzo nowoczesny, lubią go nawet ludzie, dla którego Homes Doyle'a to poczciwa ramota, przyciąga mnóstwo fanów i robi to inteligentniej i subtelniej niż Ritchie, a poza tym jest wierną i naprawdę dobrą adaptacją oryginału. I tak wpatrzył się Sherlockista w swój formularz i już miał wysyłać, kiedy nagle...
... kiedy nagle zaklął szpetnie i z pełnym poczuciem obiektywnej niesłuszności swojego wyboru, z całkowitą świadomością, że wspiera drużynę, która musi przegrać, wbrew wszelkim racjonalnym argumentom kliknął na Team 3 Traditionalists.
Może usłyszał triumfalny Brettowy okrzyk, może zobaczył jego uśmiech, może przypomniał sobie, jak, dumnie wyprostowany, przeprawiał się łodzią do starego zamczyska w poszukiwaniu skarbu i trupa, a może zobaczył Jeremy'ego-Sherlocka w koszuli nocnej na błotnistej Baker Street, udręczonego koszmarami.
A może po prostu przypomniał sobie, że dość żartów, to jest właśnie jego najprawdziwszy, jedyny taki Holmes i że choćby nie wiadomo co mówiły dzisiaj słupki oglądalności - w oczach Sherlockisty nikt od czasów ACD nie zrobił dla Sherlocka więcej. I to jest właśnie, cholera, miłość.
Po pierwsze, debata jest częścią promocji książki Charlotte Ann Walters pod tytułem "Barefoot on Baker Street"...
... która jest bardzo sympatycznie się zapowiadającą historią dziewczyny o imieniu Red, jej perypetii i spotkania z wielkim Sherlockiem. Charlotte Ann Walters sama porwała się na niemało w ramach reklamy swojej książki: przez 56 dni do debaty codziennie opisuje w blogu jedno z opowiadań z Kanonu. Sherlockista ciekawie zerknął na kilka z tych eseików, ale są, niestety, rozczarowujące. W zasadzie składają się z luźnego streszczenia i kilku oczywistych refleksji - na przykład w podsumowaniu jednego z ukochanych opowiadań ShK, DEVI, Autorka zauważa, że można w nim znaleźć jeden z ulubionych dialogów sherlockistów wszechczasów ("Śledziłem pana" - "Nikogo nie widziałem" - "Tyle właśnie może pan zobaczyć, kiedy to ja pana śledzę") oraz, że znajduje się w nim szczególnie wzruszająca scena (serdeczne przeprosiny Holmesa, dzięki którym Watson ma rzadką okazję wejrzeć w jego serce). No, nie wie Sherlockista, czy taki cykl ma jakąś szczególną wartość, chyba, że dla studentów literatury angielskiej, którzy Holmesa nie lubią, a muszą zaliczyć całość na egzaminie z kursu, który nieopatrznie wybrali.
Drugie rozczarowanie - tym razem potężne - czyhało na Sherlockistę tuż za winklem.
Za winklem bowiem znalazł składy trzech drużyn występujących w debacie. Pierwsza z nich, broniąca interesów BBC-Sherlocka, od początku interesowała go najbardziej, ponieważ sam zamierzał stanąć po jej stronie. Pełen skład w skrócie znajdą Czytelnicy tu:
Jak widać, oprócz zupełnie oczywistego członka: Sherlockology, która jest przesympatyczną i bardzo aktywną fan-stroną serialu BBC, a także kilku innych znanych postaci - w tym przedstawianej wyżej Charlotte Walters, szefa SHSL i nieznanych bliżej polskiemu czytelnikowi autorów, jest w tej drużynie, i to w prestiżowej roli kapitana cały nowy holmesologiczny podcast. Baker Street Babes (odcinki i więcej informacji do ściągnięcia tu) to przesięwzięcie fanek Holmesa z Ameryki i Wielkiej Brytanii, które z założenia miało być pierwszym holmesologicznym podcastem (autorki przegapiły wielokrotnie tu chwalony i na stałe podlinkowany w pasu po lewej I hear of Sherlock Everywhere :D) i to w dodatku kobiecym. Pierwszy, jak już wiemy, nie jest, kobiecy jest bez wątpliwości. Aż do bólu. To serduszko na czubku fajki to tylko wierzchołek góry lodowej. Sherlockista - sam, wbrew używanym końcówkom gramatycznym, płci żeńskiej - być może wykazuje się tu dość absurdalnym męskim szowinizmem, ale takiego stężenia stereotypowej kobiecości w holmesologicznym przedsięwzięciu po prostu nie jest w stanie znieść. Usiłował przesłuchać dokładnie dwa odcinki - pierwszy i najnowszy - i za każdym razem wymiękał po trzeciej minucie dziewczęcych chichotów autorek. Wymiękał, ale twardo słuchał dalej. I już nie licząc irytujących achów i śmieszków kompletnie nie potrafił się wywodami pań zainteresować. Absolutnie nie wątpi ShK, że, nie licząc może wpadki z "I hear...", wszystkie autorki są oddanymi holmesistkami i świetnie się znają na all-things-sherlockian. Mało tego, jest nawet Sherlockista głęboko przekonany, że BSB wybrały najlepszą drużynę (przypomina: BBC-Sherlocka) i powiodą ją do zwycięstwa. Nie ma też nic przeciwko idei, by o Holmesie mówić po dziewczęcemu - sam nigdy nie usiłował wykreować sobie szczególnie szorstkiego i machoidalnego image'u. Ale tego podcastu chyba nie zdzierży, choćby z powodu koszmarnej piosenki na początku i nieznośnego zalotnego tonu całego przedsięwzięcia (dlaczego sherlockiści płci męskiej gadają sobie po prostu o Holmesie, a sherlockistki muszą przy okazji jeszcze podkreślać, jakie są od tego seksi?).
Tymczasem jego faworyci z "I hear..." wystąpią, co może trochę dziwić, w Drużynie Ritchiego-Downeya:
Sherlockista rozumie to o tyle, że ekipa "I hear..." od początku nie była źle nastawiona do filmowych Sherlocków z Downeyem, przeprowadziła też linkowany tu kiedyś długi wywiad z Klingerem, który był konsultantem ekipy WB. A poza tym, wbrew temu, co twierdzą niektóre Czytelniczki ;), to naprawdę nie jest taki zły Sherlock i można się kłócić, czy to aby nie Ritchie lepiej popularyzuje ACD w 21 wieku. Nie zapominajmy, że debata dotyczy raczej tego, kto zapewnia Sherlockowi lepszą przyszłość w popkulturze - a nie, kto zrobił najlepszą adaptację dla geeków.
Najmniej znanych twarzy, nie licząc może linkowanego również z lewej strony Sherlockianów Alastaira Duncana, pojawiło się w ekipie tradycjonalistów, czyli nieformalnego fanklubu Jeremy'ego Bretta:
Ekipa ta została dokooptowana do imprezy najpóźniej, ale trudno byłoby sobie wyobrazić porządną debatę nad (najprawdopodobniej świetlaną) przyszłością Sherlocka Holmesa bez przypomnienia Rathbone'ów, a zwłaszcza legendarnej serii Granady z jej nieodżałowaną, wielką ekipą w składzie Brett, Burke i Hardwicke. Gdyby nie ta seria, gdyby nie ta ekipa, to ani Sherlockisty ani Sherlockianów być może w ogóle by tu nie było (co zupełnie nie znaczy, że jest to jedyny wspaniały Holmes, którego ShK pokochał).
Na koniec wreszcie, czekały Sherlockistę te dwie najwspanialsze niespodzianki. Po pierwsze, debata - oprócz promocji Charlotte Walters - służy sprawom zaiste godnym:
W skrócie: ratujemy dom ACD w Undershaw (w sprawie szczegółów patrz etykieta na dole), walczymy o pośmiertną BAFTę dla Jeremy'ego i reklamujemy cudowny blog Always1985. W takim przedsięwzięciu nie wypada wręcz nie wziąć udziału.
I - to już ostatni punkt programu - Sherlockista pod tą presją się ugiął :) Jeśli ktoś z Czytelników sprawdzał pełną listę uczestników Debaty na miniblogu mxpublishing, to być może zwrócił uwagę na Kraków, Poland? To właśnie ShK. Co więcej jest na tej liście i druga polska Uczestniczka (z Bydgoszczy) i ta Uczestniczka to Czytelniczka Sherlockianów. Po tych wspaniałych wiadomościach (o miejsca w Debacie wcale nie było łatwo) i po zbadaniu gruntu, myślał Sherlockista, że wszystkie trudności już za nim i gdy dziś otrzymał linka rejestracyjnego, popędził na właściwą stronę, wpisał dane i w punkcie "którą drużynę popierasz przed debatą?" pewną ręką zaznaczył BBC-Sherlocka. Nie da się chcieć więcej: jest bardzo nowoczesny, lubią go nawet ludzie, dla którego Homes Doyle'a to poczciwa ramota, przyciąga mnóstwo fanów i robi to inteligentniej i subtelniej niż Ritchie, a poza tym jest wierną i naprawdę dobrą adaptacją oryginału. I tak wpatrzył się Sherlockista w swój formularz i już miał wysyłać, kiedy nagle...
... kiedy nagle zaklął szpetnie i z pełnym poczuciem obiektywnej niesłuszności swojego wyboru, z całkowitą świadomością, że wspiera drużynę, która musi przegrać, wbrew wszelkim racjonalnym argumentom kliknął na Team 3 Traditionalists.
Może usłyszał triumfalny Brettowy okrzyk, może zobaczył jego uśmiech, może przypomniał sobie, jak, dumnie wyprostowany, przeprawiał się łodzią do starego zamczyska w poszukiwaniu skarbu i trupa, a może zobaczył Jeremy'ego-Sherlocka w koszuli nocnej na błotnistej Baker Street, udręczonego koszmarami.
A może po prostu przypomniał sobie, że dość żartów, to jest właśnie jego najprawdziwszy, jedyny taki Holmes i że choćby nie wiadomo co mówiły dzisiaj słupki oglądalności - w oczach Sherlockisty nikt od czasów ACD nie zrobił dla Sherlocka więcej. I to jest właśnie, cholera, miłość.
piątek, 7 października 2011
Dziś mały pościk zupełnie obrazkowy...
...a to trochę dlatego, że w ostatnich dniach żył Sherlockista głównie finałem Doktora. Świetnym i radosnym (to dla ShK trochę pleonazm) finałem, dodajmy. Na fali Whovistycznego entuzjazmu musi się zatem Sherlockista podzielić w pierwszym rzędzie łakomym kąskiem dla licznie wśród Czytelników reprezentowanych przedstawicieli obu fandomów:
...a na koniec jeszcze nowy, nowy piękny plakat przyszłego Sherlocka. Sherlockista wyzna Wam szczerze, że nie wie, jak wytrzyma, czekając do tego przeklętego 2012 jednocześnie na kolejną serię Doktora i Sherlocka i to wszystko o jednym Christmas Special... Trzymajmy się razem...
(ten wspaniały komiks nazywa się Darlock Holmes :D)
Z kolei dla Breciarzy ma Sherlockista coś, co samo w sobie może nie jest powalające, ale powala za to sam fakt, że powstało. Są ludzie, którzy potrafią zdobyc się na to, by narysować film animowany pod fonię wziętą z Granady... Sherlockista zachęca, żeby wsłuchać się w to, jak wspaniale Jeremy potrafił grać samym głosem - i wzruszyć się zaangażowaniem autorów poniższego filmiku:
...a na koniec jeszcze nowy, nowy piękny plakat przyszłego Sherlocka. Sherlockista wyzna Wam szczerze, że nie wie, jak wytrzyma, czekając do tego przeklętego 2012 jednocześnie na kolejną serię Doktora i Sherlocka i to wszystko o jednym Christmas Special... Trzymajmy się razem...
piątek, 23 września 2011
Sherlock BBC przenosi się do Polski a w Ameryce robią nowego i inne historie...
... Sherlockista właśnie wrócił z ostatniej już długiej podróży tych wakacji i tym razem ma za swoje. Przegapił całkiem sporo mniejszych i większych wydarzeń naszego holmesologicznego świata, w tym jedno takie, że ma ogromne wyrzuty sumienia (rocznica śmierci Jeremy'ego Bretta - 12 września) i jedno takie, że może wolałby dowiedzieć się o tym jeszcze później (CBS... ale to będzie za chwilę).
Rocznicę wspaniale uczciła za to pewna włoska zamożna fanka wielkiego i zarazem kochanego Jeremy'ego, fundując stypendium jego imienia, dla studentów londyńskiej szkoły aktorskiej (Central School of Speech and Drama), w której kwalifikacje zdobywał sam Brett (ur. Huggins). O Brettcie, najulubieńszym swoim i najdroższym Sherlocku pisuje ShK dużo i czule, więc może się ostatecznie czuć usprawiedliwiony.
Zdąży też jeszcze przypomnieć wszystkim sto razy - i podręczyć Czytelników, by oni też wszystkim bliskim swoim Sherlockiem zainteresowanym przypominali - że od 2 października polskie BBC Entertainment będzie nam pokazywało genialnego BBC-Sherlocka Moffata i Gatissa. Rozgłaszajcie tę wieść, zachęcajcie znajomych, niech wszyscy się przekonają, jak wspaniale odnajduje się symbol ery dorożek i gazowych latarni w Londynie, w którym nikogo już nie stać na palenie fajki. Propagujcie Sherlocka BBC tym bardziej, że nadchodzą tak zwane ciekawe czasy - i Sherlockista mówi to dokładnie takim samym tonem, jakiego użyłby w tej sytuacji Pratchettowski Rincewind...
Ciekawe czasy zamierza zafundować nam amerykańska telewizja CBS, która postanowiła przyrządzić nowego Sherlocka Holmesa w wersji uwspółcześnionej. Czyli zrobić Moffata po swojemu. Będą to pichcić Sarah Timberman i Carl Beverly (jeśli ktoś z Czytelników zna np. "A Gifted Man", to ShK serdecznie prosi o komentarz w sprawie talentów twórców). Właściwie niewiele jeszcze na ten temat wiadomo, tyle tylko, że prawa kupione i scenariusz zamówiony (u Roba Doherty'ego), ale Sherlockista nie jest przekonany do tego pomysłu. Wszyscy komentatorzy podkreślają, że nie ma szczególnego sensu robić kolejnego uwspółcześnionego Sherlocka, bo i tak nie będzie lepszy niż Moffat (Moffat, nawiasem mówiąc, zgarnął kolejne nagrody, tym razem na TV Choice Awards; żeby było śmieszniej, wygrał zarówno kategorię "New Drama" - Sherlockiem, jak i "Family Drama" - Drem Who). Naturalnie trzeba zrozumieć, że Amerykanie mają po prostu taką potrzebę, żeby wszystkie fajne rzeczy z Europy przerabiać na "po swojemu" (patrz: casus "Millenium"), ale Sherlockista przypomina sobie dokładnie jeden taki przypadek, gdy zrobili to lepiej. Ktokolwiek widział "Queer as Folk" w wersji brytyjskiej i w wersji amerykańskiej, ten może potwierdzić. Ktokolwiek je widział, wie też, że w punkcie startowym Amerykanie po prostu przepisali żywcem znaczne partie scenariusza i potem dopiero historia rozkwitła im pod palcami (także dzięki absolutnie fantastycznie dobranym aktorom). Podsumowując: nie wiadomo, czy wyjdzie z tego coś dobrego. Wprawdzie amerykański odłam fandomu Sherlocka jest najpotężniejszy na świecie, ale... nie wiemy, na ile CBS postanowi w ogóle liczyć się z tym faktem.
Na koniec tego pełnego niepokoju wpisu jeszcze jedna smutna informacja, którą Sherlockista zamierzał podzielić się już dawno. Nasz ulubieniec Benedykt Cumberbatch w programie Jonathana Rossa stwierdził, że chociaż jego stary kumpel David Tennant namawiał go do ubiegania się o rolę Doktora, to jednak on sam zupełnie nie ma takiego zamiaru. Sherlockista bardzo uważnie poszukiwał wśród różnych doniesień na ten temat jakiegokolwiek cytatu, który mógłby Benia usprawiedliwić, ale niestety wszystkie mówią to samo: popularność wśród młodzieży, fandom piszczących nastolatków, którzy marzą o kupowaniu pudełek na kanapki z wizerunkiem każdego nowego Doktora to coś, czym nasz Sherlock gardzi. Może to taki arystokratyczny rys, który łączy Cumberbatcha z Holmesem, ale Sherlockista naprawdę potrzebowałby bardziej przekonujących argumentów, by zrozumieć, dlaczego ktoś nie chce zagrać jednej z najbardziej legendarnych ról w historii telewizji. W dodatku, gdy ten ktoś nie musiałby się nawet obawiać, że zostanie zaszufladkowany - bo Benedykt po kolejnej serii i tak już zawsze bardziej szufladkowany będzie jako ikona wszechczasów, Holmes.
A Sherlockista, tak osobiście, to i tak najchętniej strzeliłby sobie lunchbox z uśmiechniętym, młodym, preSherlockowym Jeremym:
Rocznicę wspaniale uczciła za to pewna włoska zamożna fanka wielkiego i zarazem kochanego Jeremy'ego, fundując stypendium jego imienia, dla studentów londyńskiej szkoły aktorskiej (Central School of Speech and Drama), w której kwalifikacje zdobywał sam Brett (ur. Huggins). O Brettcie, najulubieńszym swoim i najdroższym Sherlocku pisuje ShK dużo i czule, więc może się ostatecznie czuć usprawiedliwiony.
Zdąży też jeszcze przypomnieć wszystkim sto razy - i podręczyć Czytelników, by oni też wszystkim bliskim swoim Sherlockiem zainteresowanym przypominali - że od 2 października polskie BBC Entertainment będzie nam pokazywało genialnego BBC-Sherlocka Moffata i Gatissa. Rozgłaszajcie tę wieść, zachęcajcie znajomych, niech wszyscy się przekonają, jak wspaniale odnajduje się symbol ery dorożek i gazowych latarni w Londynie, w którym nikogo już nie stać na palenie fajki. Propagujcie Sherlocka BBC tym bardziej, że nadchodzą tak zwane ciekawe czasy - i Sherlockista mówi to dokładnie takim samym tonem, jakiego użyłby w tej sytuacji Pratchettowski Rincewind...
Ciekawe czasy zamierza zafundować nam amerykańska telewizja CBS, która postanowiła przyrządzić nowego Sherlocka Holmesa w wersji uwspółcześnionej. Czyli zrobić Moffata po swojemu. Będą to pichcić Sarah Timberman i Carl Beverly (jeśli ktoś z Czytelników zna np. "A Gifted Man", to ShK serdecznie prosi o komentarz w sprawie talentów twórców). Właściwie niewiele jeszcze na ten temat wiadomo, tyle tylko, że prawa kupione i scenariusz zamówiony (u Roba Doherty'ego), ale Sherlockista nie jest przekonany do tego pomysłu. Wszyscy komentatorzy podkreślają, że nie ma szczególnego sensu robić kolejnego uwspółcześnionego Sherlocka, bo i tak nie będzie lepszy niż Moffat (Moffat, nawiasem mówiąc, zgarnął kolejne nagrody, tym razem na TV Choice Awards; żeby było śmieszniej, wygrał zarówno kategorię "New Drama" - Sherlockiem, jak i "Family Drama" - Drem Who). Naturalnie trzeba zrozumieć, że Amerykanie mają po prostu taką potrzebę, żeby wszystkie fajne rzeczy z Europy przerabiać na "po swojemu" (patrz: casus "Millenium"), ale Sherlockista przypomina sobie dokładnie jeden taki przypadek, gdy zrobili to lepiej. Ktokolwiek widział "Queer as Folk" w wersji brytyjskiej i w wersji amerykańskiej, ten może potwierdzić. Ktokolwiek je widział, wie też, że w punkcie startowym Amerykanie po prostu przepisali żywcem znaczne partie scenariusza i potem dopiero historia rozkwitła im pod palcami (także dzięki absolutnie fantastycznie dobranym aktorom). Podsumowując: nie wiadomo, czy wyjdzie z tego coś dobrego. Wprawdzie amerykański odłam fandomu Sherlocka jest najpotężniejszy na świecie, ale... nie wiemy, na ile CBS postanowi w ogóle liczyć się z tym faktem.
Na koniec tego pełnego niepokoju wpisu jeszcze jedna smutna informacja, którą Sherlockista zamierzał podzielić się już dawno. Nasz ulubieniec Benedykt Cumberbatch w programie Jonathana Rossa stwierdził, że chociaż jego stary kumpel David Tennant namawiał go do ubiegania się o rolę Doktora, to jednak on sam zupełnie nie ma takiego zamiaru. Sherlockista bardzo uważnie poszukiwał wśród różnych doniesień na ten temat jakiegokolwiek cytatu, który mógłby Benia usprawiedliwić, ale niestety wszystkie mówią to samo: popularność wśród młodzieży, fandom piszczących nastolatków, którzy marzą o kupowaniu pudełek na kanapki z wizerunkiem każdego nowego Doktora to coś, czym nasz Sherlock gardzi. Może to taki arystokratyczny rys, który łączy Cumberbatcha z Holmesem, ale Sherlockista naprawdę potrzebowałby bardziej przekonujących argumentów, by zrozumieć, dlaczego ktoś nie chce zagrać jednej z najbardziej legendarnych ról w historii telewizji. W dodatku, gdy ten ktoś nie musiałby się nawet obawiać, że zostanie zaszufladkowany - bo Benedykt po kolejnej serii i tak już zawsze bardziej szufladkowany będzie jako ikona wszechczasów, Holmes.
A Sherlockista, tak osobiście, to i tak najchętniej strzeliłby sobie lunchbox z uśmiechniętym, młodym, preSherlockowym Jeremym:
![]() |
| (zdjęcie ukradł z bardzo wspaniałej strony JeremyBrett.info - która zaprowadziła go także do niezwykle sentymentalnego, ale dla wielbicieli niezastąpionego kanału youtubowego) |
czwartek, 14 lipca 2011
Małe pocieszki
Po poprzednim poście - pełnym grozy, płaczu i zgrzytania zębami - coś na lepszy sen.
Pierwsza malutka sympatyczna wiadomość jest taka, że w sondzie dotyczącej naszego ukochanego odtwórcy Holmesa, wiszącej na www.facebook.com/Sherlockiana, czyli naszej fan-stronie na fejsie prowadzi Jeremy Brett i to przed Benedictem Cumberbatchem. Oczywiście głosów na razie jest tylko troszkę - Sherlockista zachęca do wypowiedzenia się, żebyśmy osiągnęli jakąś bardziej imponującą istotność statystyczną ;) - ale ShK postanowił potraktować te wyniki symbolicznie. Od wielu już lat wydawało się, że po końcówce 80/początku 90 i śmierci Bretta przed ukończeniem ekranizacji całego Kanonu poziom Sherlockianów wszelkiej maści już tylko boleśnie się obniżał. Że już nie będzie tak wiernych ekranizacji, tak wspaniałego i charyzmatycznego Sherlocka, że już zawsze będziemy truć się Freemanami i, za przeproszeniem, Roxburghami (Rupertów Everettów w ogóle przez litość pomińmy). Cumberbatch i serial BBC to wspaniały i kompletnie niespodziewany powrót Sherlocków naprawdę wielkich, który nastąpił wtedy, gdy zaczęliśmy już tracić nadzieje i to uczcijmy gromkim... hm, co by Holmesa ucieszyło... long live the Queen :) ?
Druga malutka sympatyczna wiadomość dotyczy właśnie Sherlocka Cumberbatcha. Otóż mamy dwa szczególiki dotyczące drugiej prawdopodobnie części nowego planowanego tryptyku: Hounds of Baskerville (tak tak, to nie literówki!): po pierwsze, pojawi się w nim jakiś Henry, który ma za sobą jakieś traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa i zwróci się do Sherlocka po pomoc, a po drugie, zagra go przesympatyczny Russell Toovey, znany brytyjskiej i może także części polskiej publiczności jako Alonso z doktora Who.
A trzecia naprawdę malutka i może mniej w kontekście ostatniego posta sympatyczna wiadomość jest taka, że plakat z nowego Sherlocka - ten przedstawiający Downeya-Holmesa - jest całkiem ładny... może dlatego, że nic na nim nie wybucha...
W tej sytuacji pozostaje Sherlockiście życzyć wszystkim miłych snów o Sherlocku BBC i liczyć na to, że już jutro przyniesie Czytelnikom nowe i lepsze wiadomości!
sobota, 14 maja 2011
ekspres sherlockistyczny, wyd. wieczorne opóźnione - z pomocą Baker Street Bloga
Sherlockista pod pewnymi względami wlecze się z tyłu za Baker Street Blogiem, ale pod innymi wysunął się na czoło peletonu ;) Nie może się bowiem powstrzymać od udostępnienia Czytelnikom (w ślad za BSB) pierwszego odcinka nowej serii nowego współautora BSB, Stevena Doyle'a, znanego nam z wspominanej na Sherlockianach książki "Sherlock Holmes for Dummies". Seria ma tytuł Sherlockian Mythbusters, a pomysł został ściągnięty, rzecz jasna, z serii "Mity", która pojawiła się na Sherlockianach ;) No dobrze, może również ze znanych programów telewizji Discovery... troszkę...
Pierwszy odcinek poświęcony został tajemnicy THOR. W kanonicznym opowiadaniu (i cudownej adaptacji Granady z Jeremym Brettem, której fragmenty można podziwiać w poniższym filmie), zbrodnia - uwaga spoiler, kto nie wie i nie chce widzieć, niech zjedzie teraz nie czytając poniżej filmu i samego filmu też nie ogląda...
... - zbrodnia tedy ;) polegała na upozorowaniu samobójstwa na morderstwo. Kobieta chciała za wszelką cenę pozbyć się broni już po śmierci i, jak stwierdził Holmes, użyła do tego celu kamienia, sznurka oraz mostu. Holmes zademonstrował nawet, że faktycznie było to możliwe (wiązało się to z utopieniem rewolweru biednego Watsona...). Czy jednak błyskotliwa rekonstrukcja nie była tylko fantazją? Steven Doyle powtórzył eksperyment - komu nie chce się oglądać całego filmu, może zerknąć na sam koniec posta ;)
---
Druga wiadomość - smutna, o śmierci Jeremy'ego Paula - także znana jest Sherlockiście dzięki BSB. Jak pisał już ShK na fan-stronie Sherlockianów, to jemu właśnie zawdzięczamy wiele epizodów Sherlocków Granady z Jeremym Brettem (niżej szczegóły), a także sztukę legendę: The Secret of Sherlock Holmes, którą Brett i Hardwicke z wielkim sukcesem grali w Wyndham Theatre (w reżyserii Petera Garlanda) w latach 1988/1989. Niestety - niestety! - zachowało się tylko nagranie dźwiękowe, dzięki któremu można sobie wyobrazić nie tylko bezbłędne ekscentryczne wykonanie Jeremy'ego (do spółki z ciepłym, opiekuńczym, ale zawsze też pełnym ironii i poczucia humoru sir Edwardem), ale też znakomity tekst. Co prawda rozwiązanie fabularne jest dość kontrowersyjne, ale niezliczone kanoniczne nawiązania i dialogi, a także to, co zawsze jest strzałem w dziesiątkę, kiedy adaptujemy Holmesa, czyli skoncentrowanie się na relacjach między Przyjaciółmi, podbijają serce każdego Sherlockisty około trzeciej minuty... Zresztą posłuchajmy:
Jeremy Paul zmarł 3 maja na raka. Tak się składa, że to on napisał jedne z najwspanialszych adaptacji Granady - The Speckled Band (1984), The Naval Treaty (1984), najlepsze z najlepszych, perła wśród pereł, czyli The Musgrave Ritual (1986), za które zebrał garść nagród, a także przywoływane i analizowane wyżej THOR, poza tym: WIST, RED, The Three Gables i kontrowersyjne filmy pełnometrażowe: The Last Vampyre (1993) i jeden z najbardziej szarpiących serce Brettów, ten, w którym Holmes wygrywa, ale ponosi klęskę i na zawsze żegna się z własną wielkością: The Master Blackmailer (1992).
Z podlinkowanej wyżej strony Czytelnicy mogą dowiedzieć się więcej o różnych jego aktywnościach, a Sherlockista poleca po prostu przesłuchanie Secret... Smutne, ale i poruszające ćwiczenie wyobraźni, a zarazem jeden z tych skarbów, który został nam po Paulu i Brettcie.
---
A na koniec posta obiecany spojler filmiku Stevena Doyle'a: TAK! Ani Holmes ani ACD nie zmyślali, faktycznie dałoby się zrobić taką sztuczkę z pistoletem :)
Pierwszy odcinek poświęcony został tajemnicy THOR. W kanonicznym opowiadaniu (i cudownej adaptacji Granady z Jeremym Brettem, której fragmenty można podziwiać w poniższym filmie), zbrodnia - uwaga spoiler, kto nie wie i nie chce widzieć, niech zjedzie teraz nie czytając poniżej filmu i samego filmu też nie ogląda...
... - zbrodnia tedy ;) polegała na upozorowaniu samobójstwa na morderstwo. Kobieta chciała za wszelką cenę pozbyć się broni już po śmierci i, jak stwierdził Holmes, użyła do tego celu kamienia, sznurka oraz mostu. Holmes zademonstrował nawet, że faktycznie było to możliwe (wiązało się to z utopieniem rewolweru biednego Watsona...). Czy jednak błyskotliwa rekonstrukcja nie była tylko fantazją? Steven Doyle powtórzył eksperyment - komu nie chce się oglądać całego filmu, może zerknąć na sam koniec posta ;)
---
Druga wiadomość - smutna, o śmierci Jeremy'ego Paula - także znana jest Sherlockiście dzięki BSB. Jak pisał już ShK na fan-stronie Sherlockianów, to jemu właśnie zawdzięczamy wiele epizodów Sherlocków Granady z Jeremym Brettem (niżej szczegóły), a także sztukę legendę: The Secret of Sherlock Holmes, którą Brett i Hardwicke z wielkim sukcesem grali w Wyndham Theatre (w reżyserii Petera Garlanda) w latach 1988/1989. Niestety - niestety! - zachowało się tylko nagranie dźwiękowe, dzięki któremu można sobie wyobrazić nie tylko bezbłędne ekscentryczne wykonanie Jeremy'ego (do spółki z ciepłym, opiekuńczym, ale zawsze też pełnym ironii i poczucia humoru sir Edwardem), ale też znakomity tekst. Co prawda rozwiązanie fabularne jest dość kontrowersyjne, ale niezliczone kanoniczne nawiązania i dialogi, a także to, co zawsze jest strzałem w dziesiątkę, kiedy adaptujemy Holmesa, czyli skoncentrowanie się na relacjach między Przyjaciółmi, podbijają serce każdego Sherlockisty około trzeciej minuty... Zresztą posłuchajmy:
Jeremy Paul zmarł 3 maja na raka. Tak się składa, że to on napisał jedne z najwspanialszych adaptacji Granady - The Speckled Band (1984), The Naval Treaty (1984), najlepsze z najlepszych, perła wśród pereł, czyli The Musgrave Ritual (1986), za które zebrał garść nagród, a także przywoływane i analizowane wyżej THOR, poza tym: WIST, RED, The Three Gables i kontrowersyjne filmy pełnometrażowe: The Last Vampyre (1993) i jeden z najbardziej szarpiących serce Brettów, ten, w którym Holmes wygrywa, ale ponosi klęskę i na zawsze żegna się z własną wielkością: The Master Blackmailer (1992).
Z podlinkowanej wyżej strony Czytelnicy mogą dowiedzieć się więcej o różnych jego aktywnościach, a Sherlockista poleca po prostu przesłuchanie Secret... Smutne, ale i poruszające ćwiczenie wyobraźni, a zarazem jeden z tych skarbów, który został nam po Paulu i Brettcie.
---
A na koniec posta obiecany spojler filmiku Stevena Doyle'a: TAK! Ani Holmes ani ACD nie zmyślali, faktycznie dałoby się zrobić taką sztuczkę z pistoletem :)
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
O tym, jaką 120 rocznicę przegapił wczoraj Sherlockista... I wielka pochwała Moriarty'ego!
... i to jeszcze wymądrzając się na temat braku związku między Holmesem a okresem wielkanocnym...
24 kwietnia 1891 roku miała miejsce jedna z najważniejszych scen w historii Wielkiej Brytanii (mówiąc ostrożnie), a Kanonu to już na pewno. Profesor James Moriarty, Napoleon zbrodni, osobiście odwiedził na Baker Street Sherlocka Holmesa, świeżo po jego powrocie z Francji.
Sherlockista już kiedyś wyjaśniał, dlaczego nie chce oglądać tej sceny nigdy w innym wykonaniu niż nieodżałowanego, wielkiego Jeremy'ego Bretta i równie wspaniałego w swojej roli Erica Portera. Zwłaszcza, że scenarzyści Granady uraczyli nas niemal całkowicie kanonicznym dialogiem:
Sherlockista musi wyznać, że Brettowe wydyszane "YOU have paid me several compliments, MISTER Moriarty (...)" to jeden z jego ukochanych momentów we wszystkich adaptacjach wszystkich Sherlocków w ogóle. Oczywiście, w czasie lektury wyobrażał to sobie kompletnie inaczej. Oczywiście za pierwszym razem, gdy to usłyszał, stwierdził, że zupełnie nie ma to z kanonicznym dialogiem nic wspólnego. I oczywiście od wielu już lat nie chce absolutnie nawet dowiedzieć się o tym, że ktoś inny śmie przymierzyć się do wygłoszenia tej kwestii.
I może także dlatego niepokoi się, co tam planują scenarzyści BBC dla Benedicta Cumberbatcha, sadząc się na własną, XXI-wieczną wersję FINA.
Sherlockista nie odmówi sobie na koniec krótkiego komentarza holmesologicznego. FINA budzi szereg wątpliwości, które dotyczą wszystkich niemal działań zarówno Holmesa, jak i Moriarty'ego. Najbardziej oczywistą kwestią jest chociażby fakt, że Holmes, który niby stara się nie narazić Watsona na niebezpieczeństwo i nie chce u niego nocować, wychodzi z jego domu chyłkiem. A w ten sposób przecież mógłby tylko przekonać wszelkie mroczne widma, które miałyby go śledzić, że właśnie u Watsona został.
W tym komentarzu ShK chciał jednak tylko krótko odnieść się do samej rozmowy Holmesa i Moriarty'ego. Kwestią obszernie dyskutowaną jest to, dlaczego właściwie Moriarty, który wyczytuje Sherlockowi z kalendarza, ileż to już razy poczuł się jego działalnością zagrożony, do tej pory nie zabił Holmesa albo też nie zaplanował przynajmniej solidnie takiej zbrodni. W ekranizacji Granady jest tu zresztą jeszcze większa niespójność: Holmes-Brett szczęśliwie przeżył tego dnia trzy zamachy na swoje życie. Gdy Moriarty-Napoleon Zbrodni przychodzi potem, by mu grozić, brzmi to trochę niepoważnie, skoro spartaczył sprawę już tyle razy. Tymczasem sama wizyta stanowi dla Moriarty'ego ryzyko. Profesor daje Sherlockowi szansę nie tylko na to, by detektyw przyjrzał się jego czaszce, ale także dokładnie zapamiętał rysy twarzy i znaki szczególne. Poza tym, sam naraża się na atak. Nie jest już młodzikiem, przychodzi bez obstawy, z kieszeni wyciąga tylko wspomniany kalendarz, a przecież do Holmesa w każdej chwili może też wpaść Watson i jego "trusted army revolver".
Życzliwa interpretacja prozy ACD jest taka, że Moriarty, chociaż na co dzień był bezwzględnym mordercą (przypomnijmy sobie VALL), to dał się uwieść geniuszowi Holmesa. Nie chciał zabić detektywa, bo zbyt wielką rozkosz znajdował w samym pojedynku z nim. W porządku. To jednak nie rozwiązuje wszystkich naszych kłopotów. Wciąż pozostaje zatem pytanie, czemu tak przenikliwy człowiek, który w dodatku sam do tej pory ryzykował wolność, a nawet i życie dla dalszego prowadzenia fascynującej walki z Holmesem, postanowił zagrozić przeciwnikowi śmiercią. Nawet, jeśli Moriarty wierzył, że Holmes poważnie potraktuje jego pogróżki (a wierzył i to nie bez racji), to przecież nie mógł wierzyć w skuteczność tych pogróżek. Nawet, gdyby Sherlock nie był jednostką niezwykle szlachetną i skłonną do poświęcenia życia "dla dobra społeczeństwa" (a nie jest pewne, czy był, czy tylko lubił tak o sobie myśleć), to i tak, podobnie jak Moriarty, nie mógłby odmówić sobie przyjemności dalszych zmagań z godnym siebie rywalem. Z tego punktu widzenia, zachowanie Moriarty'ego jest więc całkowicie irracjonalne. W wielu ekranizacjach (zwłaszcza zaś w serii z Rathbone'em i Bruce'em), Moriarty szantażuje Holmesa, porywając Watsona, bo trafnie odgaduje, że Sherlock prędzej poświęci życie własne niż ukochanego przyjaciela. W Kanonie wypowiedzi naszego Napoleona nie są wprawdzie zupełnie jednoznaczne, ale trudno podejrzewać, by Moriarty w zakamuflowany sposób dawał Holmesowi do zrozumienia, że zamierza wysadzić jakąś stację kolejki podziemnej lub coś w tym rodzaju.
Sherlockiście przychodzi do głowy tylko jedno rozwiązanie: Moriarty przyszedł, bo szczerze chciał oszczędzić Sherlockowi życie. Nie po to, by dalej zmagać się z nim osobiście - wiedział, że to kosztowałoby go zbyt wiele. Po to, by zmagali się z Holmesem inni, a na łamach Strandu nie przestały się ukazywać kolejne barwne, romantyczne, sensacyjne i zarazem wielkie opowieści doktora Watsona.
I za to należy się Moriarty'emu wieczna chwała!
24 kwietnia 1891 roku miała miejsce jedna z najważniejszych scen w historii Wielkiej Brytanii (mówiąc ostrożnie), a Kanonu to już na pewno. Profesor James Moriarty, Napoleon zbrodni, osobiście odwiedził na Baker Street Sherlocka Holmesa, świeżo po jego powrocie z Francji.
Sherlockista już kiedyś wyjaśniał, dlaczego nie chce oglądać tej sceny nigdy w innym wykonaniu niż nieodżałowanego, wielkiego Jeremy'ego Bretta i równie wspaniałego w swojej roli Erica Portera. Zwłaszcza, że scenarzyści Granady uraczyli nas niemal całkowicie kanonicznym dialogiem:
Sherlockista musi wyznać, że Brettowe wydyszane "YOU have paid me several compliments, MISTER Moriarty (...)" to jeden z jego ukochanych momentów we wszystkich adaptacjach wszystkich Sherlocków w ogóle. Oczywiście, w czasie lektury wyobrażał to sobie kompletnie inaczej. Oczywiście za pierwszym razem, gdy to usłyszał, stwierdził, że zupełnie nie ma to z kanonicznym dialogiem nic wspólnego. I oczywiście od wielu już lat nie chce absolutnie nawet dowiedzieć się o tym, że ktoś inny śmie przymierzyć się do wygłoszenia tej kwestii.
I może także dlatego niepokoi się, co tam planują scenarzyści BBC dla Benedicta Cumberbatcha, sadząc się na własną, XXI-wieczną wersję FINA.
Sherlockista nie odmówi sobie na koniec krótkiego komentarza holmesologicznego. FINA budzi szereg wątpliwości, które dotyczą wszystkich niemal działań zarówno Holmesa, jak i Moriarty'ego. Najbardziej oczywistą kwestią jest chociażby fakt, że Holmes, który niby stara się nie narazić Watsona na niebezpieczeństwo i nie chce u niego nocować, wychodzi z jego domu chyłkiem. A w ten sposób przecież mógłby tylko przekonać wszelkie mroczne widma, które miałyby go śledzić, że właśnie u Watsona został.
W tym komentarzu ShK chciał jednak tylko krótko odnieść się do samej rozmowy Holmesa i Moriarty'ego. Kwestią obszernie dyskutowaną jest to, dlaczego właściwie Moriarty, który wyczytuje Sherlockowi z kalendarza, ileż to już razy poczuł się jego działalnością zagrożony, do tej pory nie zabił Holmesa albo też nie zaplanował przynajmniej solidnie takiej zbrodni. W ekranizacji Granady jest tu zresztą jeszcze większa niespójność: Holmes-Brett szczęśliwie przeżył tego dnia trzy zamachy na swoje życie. Gdy Moriarty-Napoleon Zbrodni przychodzi potem, by mu grozić, brzmi to trochę niepoważnie, skoro spartaczył sprawę już tyle razy. Tymczasem sama wizyta stanowi dla Moriarty'ego ryzyko. Profesor daje Sherlockowi szansę nie tylko na to, by detektyw przyjrzał się jego czaszce, ale także dokładnie zapamiętał rysy twarzy i znaki szczególne. Poza tym, sam naraża się na atak. Nie jest już młodzikiem, przychodzi bez obstawy, z kieszeni wyciąga tylko wspomniany kalendarz, a przecież do Holmesa w każdej chwili może też wpaść Watson i jego "trusted army revolver".
Życzliwa interpretacja prozy ACD jest taka, że Moriarty, chociaż na co dzień był bezwzględnym mordercą (przypomnijmy sobie VALL), to dał się uwieść geniuszowi Holmesa. Nie chciał zabić detektywa, bo zbyt wielką rozkosz znajdował w samym pojedynku z nim. W porządku. To jednak nie rozwiązuje wszystkich naszych kłopotów. Wciąż pozostaje zatem pytanie, czemu tak przenikliwy człowiek, który w dodatku sam do tej pory ryzykował wolność, a nawet i życie dla dalszego prowadzenia fascynującej walki z Holmesem, postanowił zagrozić przeciwnikowi śmiercią. Nawet, jeśli Moriarty wierzył, że Holmes poważnie potraktuje jego pogróżki (a wierzył i to nie bez racji), to przecież nie mógł wierzyć w skuteczność tych pogróżek. Nawet, gdyby Sherlock nie był jednostką niezwykle szlachetną i skłonną do poświęcenia życia "dla dobra społeczeństwa" (a nie jest pewne, czy był, czy tylko lubił tak o sobie myśleć), to i tak, podobnie jak Moriarty, nie mógłby odmówić sobie przyjemności dalszych zmagań z godnym siebie rywalem. Z tego punktu widzenia, zachowanie Moriarty'ego jest więc całkowicie irracjonalne. W wielu ekranizacjach (zwłaszcza zaś w serii z Rathbone'em i Bruce'em), Moriarty szantażuje Holmesa, porywając Watsona, bo trafnie odgaduje, że Sherlock prędzej poświęci życie własne niż ukochanego przyjaciela. W Kanonie wypowiedzi naszego Napoleona nie są wprawdzie zupełnie jednoznaczne, ale trudno podejrzewać, by Moriarty w zakamuflowany sposób dawał Holmesowi do zrozumienia, że zamierza wysadzić jakąś stację kolejki podziemnej lub coś w tym rodzaju.
Sherlockiście przychodzi do głowy tylko jedno rozwiązanie: Moriarty przyszedł, bo szczerze chciał oszczędzić Sherlockowi życie. Nie po to, by dalej zmagać się z nim osobiście - wiedział, że to kosztowałoby go zbyt wiele. Po to, by zmagali się z Holmesem inni, a na łamach Strandu nie przestały się ukazywać kolejne barwne, romantyczne, sensacyjne i zarazem wielkie opowieści doktora Watsona.
I za to należy się Moriarty'emu wieczna chwała!
piątek, 15 kwietnia 2011
Zabrakło Sherlocka Holmesa...
... i nikt nie powstrzymał rosyjskiego gangu złodziei przed obrabowaniem sklepu jubilerskiego. Czy Czytelnicy pamiętają przypadkiem sprawę włamania do oddziału banku BNP Paribas (a także Caisse D'Erpagne i Credit Lyonaiss)? Sherlockista wspominał o niej krótko tu. Okazuje się, że REDH jest niewyczerpanym źródłem inspiracji dla kryminalistów wszystkich nacji. Pomysł przekopania się do miejsca, gdzie ukryty jest skarb z sąsiedniego budynku bywa realizowany na różne sposoby. Rzezimieszek z REDH musiał się uciec do cudnego triku, by wywabić z domu Jabeza Wilsona, rosyjscy złodzieje, jak donosi Telegraph po prostu wynajęli sobie dom obok. Gdy stopniowo przewiercali się przez ścianę do sklepu z biżuterią, podobno narobili sporo hałasu, a kiedy w końcu wdarli się do środka uruchomili nawet alarm. Jednak nikt nie interweniował, bo z zewnątrz nie było widać śladów włamania. W ten sposób złodzieje spokojnie wynieśli ponad 300 złotych i 200 srebrnych wyrobów jubilerskich. Brett by się uśmiał :)
(kolaż pochodzi, naturalnie, z REDH w wersji Granady :)
(kolaż pochodzi, naturalnie, z REDH w wersji Granady :)
sobota, 30 października 2010
Wywiad z twórcami Sherlocka BBC/PBS, biedny Downey i potworny Cumberbatch
Z cyklu "mocno zaległe linki", który Sherlockista bez większej dumy zainaugurował jakiś czas temu (odkrywa owe linki metodą zaglądania w otwarte od niepamiętnych czasów karty swojego Chrome'a), dziś bardzo sympatyczny wywiad z Moffatem i Gatissem.
Mówią mniej więcej to, co zwykle, ale dodają więcej szczegółów. Znów możemy usłyszeć, że pomysł na uwspółcześnionego "Sherlocka" wziął się z genialnej refleksji nad tym, że znowu mamy idiotyczną wojnę w Afganistanie (a także w Iraku), że ludzie wciąż wysyłają sobie wiadomości tekstowe, tylko esemesem zamiast telegramem i że mieszkania w Londynie wciąż są za drogie, żeby samotny mężczyzna u progu kariery mógł sobie na nie pozwolić. Wracają do opowieści o castingu, o "idealnym" Cumberbatchu i o tym, jak Freeman wspaniale się z nim komponował (dajmy im prawo do tej dumy - zasłużyli!).
Przepiękny, długi fragment wywiadu poświęcony jest przyjaźni między Holmesem i Watsonem i temu, że dla większości fanów to właśnie jest sens i istota całej tej historii. Gdyby twórcy różnych straszliwych produkcji przeczytali to, co Gatiss i Moffat mówią (i to, jak ciepło, ze zrozumieniem i bez zgrywania twardych macho potrafią opowiadać o przyjaźni między dwoma facetami, co w XXI naprawdę jest dla mężczyzn dużo trudniejsze niż mogłoby się wydawać), to do wielu katastrof nigdy by nie doszło. Sherlockiście zwłaszcza przypadło do gustu wyjaśnienie, czemu "wierzymy" w Watsona w wersji Bruce'a, chociaż tak niewiele ma wspólnego z Doyle'em - po prostu dlatego, że widzimy, że kocha Holmesa a Holmes kocha jego. I podobnie jak Sherlockista, Moffat i Gatiss najwyraźniej uważają pytanie o fizyczne relacje między panami za czwartorzędne wobec tego, jak niesamowita więź łączy detektywa i jego kronikarza.
Ze wzruszeniem przeczytał ShK wyrazy uwielbienia dla Bretta oraz dla Wildera za PLOSH, ale chociaż zgadza się z M&G, że niezwykle ważne jest w ekranizacjach Holmesa odpowiednie poczucie humoru, to nie do końca podziela skłonność do potępiania wszystkich wersji "zbyt poważnych" - zwłaszcza, gdy do tych wersji zaliczane są niektóre Bretty... ;)
Na koniec, za autorem wywiadu, Sherlockista ogłasza konkurs: o co chodzi w wypowiedzi na temat jakiegoś Donalda, który został na powrót wprowadzony do "Sherlocka"? Możliwe, że wiąże się to jakoś z tym humorem, ale jak? Nie dopuszczajmy do siebie podejrzenia, że chodzi o Kaczora ;)... Sherlockista prosi o pomoc zwłaszcza Czytelników, którzy - w przeciwieństwie do niego - nie gubią się na twitterze i śledzą, co tam się dzieje ;)
Mówią mniej więcej to, co zwykle, ale dodają więcej szczegółów. Znów możemy usłyszeć, że pomysł na uwspółcześnionego "Sherlocka" wziął się z genialnej refleksji nad tym, że znowu mamy idiotyczną wojnę w Afganistanie (a także w Iraku), że ludzie wciąż wysyłają sobie wiadomości tekstowe, tylko esemesem zamiast telegramem i że mieszkania w Londynie wciąż są za drogie, żeby samotny mężczyzna u progu kariery mógł sobie na nie pozwolić. Wracają do opowieści o castingu, o "idealnym" Cumberbatchu i o tym, jak Freeman wspaniale się z nim komponował (dajmy im prawo do tej dumy - zasłużyli!).
Przepiękny, długi fragment wywiadu poświęcony jest przyjaźni między Holmesem i Watsonem i temu, że dla większości fanów to właśnie jest sens i istota całej tej historii. Gdyby twórcy różnych straszliwych produkcji przeczytali to, co Gatiss i Moffat mówią (i to, jak ciepło, ze zrozumieniem i bez zgrywania twardych macho potrafią opowiadać o przyjaźni między dwoma facetami, co w XXI naprawdę jest dla mężczyzn dużo trudniejsze niż mogłoby się wydawać), to do wielu katastrof nigdy by nie doszło. Sherlockiście zwłaszcza przypadło do gustu wyjaśnienie, czemu "wierzymy" w Watsona w wersji Bruce'a, chociaż tak niewiele ma wspólnego z Doyle'em - po prostu dlatego, że widzimy, że kocha Holmesa a Holmes kocha jego. I podobnie jak Sherlockista, Moffat i Gatiss najwyraźniej uważają pytanie o fizyczne relacje między panami za czwartorzędne wobec tego, jak niesamowita więź łączy detektywa i jego kronikarza.
Ze wzruszeniem przeczytał ShK wyrazy uwielbienia dla Bretta oraz dla Wildera za PLOSH, ale chociaż zgadza się z M&G, że niezwykle ważne jest w ekranizacjach Holmesa odpowiednie poczucie humoru, to nie do końca podziela skłonność do potępiania wszystkich wersji "zbyt poważnych" - zwłaszcza, gdy do tych wersji zaliczane są niektóre Bretty... ;)
Na koniec, za autorem wywiadu, Sherlockista ogłasza konkurs: o co chodzi w wypowiedzi na temat jakiegoś Donalda, który został na powrót wprowadzony do "Sherlocka"? Możliwe, że wiąże się to jakoś z tym humorem, ale jak? Nie dopuszczajmy do siebie podejrzenia, że chodzi o Kaczora ;)... Sherlockista prosi o pomoc zwłaszcza Czytelników, którzy - w przeciwieństwie do niego - nie gubią się na twitterze i śledzą, co tam się dzieje ;)
---
Tymczasem wychwalany wyżej Benedykt otrzymał skomplikowaną rolę w londyńskim teatrze: przyjdzie mu grać w scenicznej wersji "Frankensteina". Większość z nas przynajmniej raz w życiu pomyliła postać doktora Frankensteina (czyli człowieka, genialnego naukowaca) z jego dzieckiem, potworem, którego stworzył i który wcale się Frankenstein nie nazywał. Cumberbatch będzie pogłębiał zamieszanie, grając na zmianię to jednego i drugiego bohatera. Sherlockista nie może doczekać się zdjęć... Adaptację dzieła Mary Shelley wystawi reżyser Danny Boyle, a Cumberbatchowi jako, odpowiednio, dr Frankenstein i potwór, partnerować będzie Johnny Lee Miller.
Uwaga, alter ego naszego ulubionego nowego Sherlocka wygląda tak:
Na koniec: zdecydowanie mniej przez Czytelników ceniony Downey może nie znaleźć czasu dla Alfonso Cuarona i jego Gravity. Z powodu jakichś niejasności związanych z obsadą roli żeńskiej (Angelina, ta od Brangeliny) doszło do opóźnienia, które może uniemożliwić Downeyowi pogodzenie wszystkich planów. Sherlockista mimo wszystko cieszy się, że Downey stawia raczej na Sherlocka 2 ;)
Labels:
BBC,
Benedict Cumberbatch,
Downey Jr.,
homoseksualizm,
humor,
Jeremy Brett,
Mark Gatiss,
Martin Freeman,
PLOSH,
Steven Moffat,
TV,
Twitter
piątek, 23 lipca 2010
The Secret of Sherlock Holmes - Holmes na scenie
Sherlockista z pewną melancholią odnotował, że ktoś ośmielił się wystawić sztukę Jeremy'ego Paula, w której występowali niegdyś Jeremy Brett i Edward Hardwicke. Konkretnie, wyreżyserował ją Robin Herford w londyńskim Duchess Theatre. Z recenzji, która dotarła do Sherlockisty, wynika, że nic dobrego z tego nie wynikło. Autor recenzji chwali głównie tępawego i poczciwego Watsona (Robert Daws), za co mało który sherlockista zechciałby zapewne pochwalić jakąkolwiek adaptację. Treść sztuki - o bardzo dziwacznym zakończeniu i tak pretensjonalnej teorii dotyczącej związków Moriarty'ego i Holmesa, że tylko genialni Brett i Hardwicke mogli byli przekonująco to zagrać - naturalnie również nie wzbudziła entuzjazmu. Sherlockista nie wie, co musiałby wyczyniać na scenie ktoś o dziadziowatej fizjonomii Petera Egana, żeby uzyskać chociaż odrobinę, krztynę wiarygodności jako Sherlock Holmes... ShK jest w ogóle wstrząśnięty trailerem tego spektaklu:
... w związku z czym trochę na pocieszenie, a trochę na wywołanie fontanny łez zamieszcza ShK bezcenne nagranie samej fonii tej samej sztuki we wspomnianym na początku legendarnym wykonaniu. Niewiele jest smutniejszych rzeczy niż takie okruchy wspaniałości, których nigdy się już nie zobaczy ani nie odtworzy (wszystko wskazuje na to, że nikt nigdy niestety nie nagrał żadnego przedstawienia). Proszę Państwa, oto Brett i Hardwicke na scenie:
... w związku z czym trochę na pocieszenie, a trochę na wywołanie fontanny łez zamieszcza ShK bezcenne nagranie samej fonii tej samej sztuki we wspomnianym na początku legendarnym wykonaniu. Niewiele jest smutniejszych rzeczy niż takie okruchy wspaniałości, których nigdy się już nie zobaczy ani nie odtworzy (wszystko wskazuje na to, że nikt nigdy niestety nie nagrał żadnego przedstawienia). Proszę Państwa, oto Brett i Hardwicke na scenie:
piątek, 16 lipca 2010
It is with a heavy heart... czyli Jeremy Brett czyli Bending the Willow czyli bankructwo...
Sherlockista zwlekał parę dni z zamieszczeniem informacji, która zarazem zelektryzowała go i zasmuciła. Zelektryzowała - bo- uwaga, uwaga, UWAGA! - nareszcie wydano ponownie wymarzoną książkę Sherlockisty, Bending the Willow, biografię Jeremy'ego Bretta autorstwa jedynego, wspaniałego, sherlockistycznego do kości i osobiście z Brettem zaprzyjaźnionego Davida Stuarta Daviesa.
To właśnie ta biografia, o której Sherlockista kiedyś wspominał - ta, która w swojej szczerości okazała się tak ponura, że wymagała zakończenia niezapomnianą anegdotą o tym, jak to Brett wysyłał do siebie listy.
Skarb ten do dziś chadza po Amazonie za jedyne kilkaset funtów/kilkaset więcej dolarów, więc możliwość sprowadzenia go za dolarów 35 (plus ok. 20 za transport) jest niewątpliwie bardzo cenna. Tym bardziej ubolewa więc Sherlockista, że stracił już zupełnie wiarę w możliwość sprowadzenia jakichkolwiek Sherlockistycznych książek do swojego grajdołu (ostatni transport, ten, którym tak się chwalił kilka miesięcy temu, zaginął i nigdy już nie dojdzie...). Kolejne wydanie również zawdzięczamy cudownemu, malutkiemu kanadyjskiemu wydawnictwu Calabash Press, które specjalizuje się w holmesologicznych pozycjach (tak, tak, można również proponować własne... i nie jest tak, że Sherlockista ani przez chwilę o tym nie pomyślał...).
Jeśli jednak ktoś z Czytelników ma jeszcze w sobie dość ducha (i środków), by zaryzykować, to Sherlockista niewiele pozycji poleca goręcej:
To właśnie ta biografia, o której Sherlockista kiedyś wspominał - ta, która w swojej szczerości okazała się tak ponura, że wymagała zakończenia niezapomnianą anegdotą o tym, jak to Brett wysyłał do siebie listy.
Skarb ten do dziś chadza po Amazonie za jedyne kilkaset funtów/kilkaset więcej dolarów, więc możliwość sprowadzenia go za dolarów 35 (plus ok. 20 za transport) jest niewątpliwie bardzo cenna. Tym bardziej ubolewa więc Sherlockista, że stracił już zupełnie wiarę w możliwość sprowadzenia jakichkolwiek Sherlockistycznych książek do swojego grajdołu (ostatni transport, ten, którym tak się chwalił kilka miesięcy temu, zaginął i nigdy już nie dojdzie...). Kolejne wydanie również zawdzięczamy cudownemu, malutkiemu kanadyjskiemu wydawnictwu Calabash Press, które specjalizuje się w holmesologicznych pozycjach (tak, tak, można również proponować własne... i nie jest tak, że Sherlockista ani przez chwilę o tym nie pomyślał...).
Jeśli jednak ktoś z Czytelników ma jeszcze w sobie dość ducha (i środków), by zaryzykować, to Sherlockista niewiele pozycji poleca goręcej:
P.S. Nie jest do końca jasne, jak to cudo zamówić - jedni twierdzą, że przez maila do Calabash Press (ashtree@ash-tree.bc.ca), inni, że pisze się bezpośrednio na bendingthewillow@gmail.com, jeszcze inni, że trzeba zapisać się na facebooka. Sherlockista zamelduje w komentarzach, jeśli coś zdziała i którą drogą mu się udało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















