Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 listopada 2012

The Beatles, Sherlock, HELP!.


Sounds of laughter, shades of life
Are ringing through my opened ears 
Inciting and inviting me.
Limitless undying love, which
Shines around me like a million suns,
It calls me on and on across the universe

(Czyli co czuje Sherlockista do Beatlesów w pigułce.)

***
Kto pamięta grę "Brians of Britain" z pierwszego odcinka "Cabin Pressure"? (Nawiasem, jeśli ktoś jeszcze nie słucha Cabin Pressure, niech przeczyta to i... i już będzie wiedział, co robić), Gra polegała na tym, żeby - słusznie podejrzewacie - wymieniać znanych brytyjskich Brianów, ale nikt w odcinku się nie skapnął, że wszyscy przegrali, bo nie padło nazwisko Briana Epsteina, zwanego czasem "piątym Beatlesem".
I pomyśleć, że Martin, czyli Benedykt Cumberbatch ma teraz Briana zagrać!

niedziela, 19 grudnia 2010

Ekspresik sherlockistyczny

(to taka forma pośrednia między minipostem a odcinkiem ekspresu :) , nie oznacza, że Sherlockista się świątecznie żegna, bo planuje jeszcze dłuższą recenzję-niespodziankę, ale oznacza, że w Sherlockistycznym świecie raczej duch compliments of the season i nikt nawet żadnego wielkiego błękitnego karbunkułu nie ukradł).

A zatem, doniesienie pierwsze to właściwie przypomnienie o tym, że wciąż toczy się walka o ocalenie domu Arthura Conan Doyle'a, w którym powstawały obiekty naszego uwielbienia. Bez domu, który znalazł się w ruinie i który planuje się podzielić na osiem mieszkań, być może nie byłoby ani Bretta ani Downeya ani Rathbone'a ani Gielguda ani Coulesa ani Merrisona ani nawet tego bloga i znacznej części życia tysięcy Sherlockistów na świecie. No, może ShK trochę przesadził, ale z całą pewnością posiadłość w Undershaw, w której, jak Sherlockista wspominał tu w poprzedniej notce na ten temat  (zainteresowanych odsyłam też do podlinkowanego bloga o tytule Help to Save Undershaw). W każdym razie, nie byłoby miejsca, w którym Doyle pielęgnował chorą żonę i przywracał życiu Holmesa po smutnym epizodzie nad wodospadem Reichenbach. Na blogu można poczytać o tym, ilu wspaniałych ludzi zaangażowało się w sprawę - w tym John Gibson, Sherlockiście jeszcze nieznany, choć autor pięciu książek w temacie i działacz Undershaw Preservation Trust, a także znany nam wszystkim Mark Gatiss, któremu zawdzięczamy Sherlocka BBC oraz przedstawiciele Warner Bros. Sherlockista nie mógł się powstrzymać od kradzieży pocztówki świątecznej, na której śnieg litościwie zakrywa wszystkie niedostatki starego domu Doyle'a, pozostawiając czysty urok:


A Sherlockista przypomina o całej sprawie dlatego, że dotarły do niego pogłoski o tym, jakoby obrońcy domu Doyle'a mieli się odwołać do sądu wyższej instancji (od decyzji stosownej jednostki samorządu terytorialnego, która wydała już zgodę na planowaną przebudowę).


Doniesienie drugie to właściwie żadne zaskoczenie, ale wszyscy z wyjątkiem ujawnionych już i znanych zapiekłych wrogów Sherlocka Ritchiego (a może nawet i oni :) ucieszą się, że Hans Zimmer zrobi muzykę również do drugiej części filmu (jak wspominał Sherlockista, efekty prac nad jedynką były zarówno w miarę, jak na Hollywood oryginalne i zostały uhonorowane nominacją do Oscara, choć nie samą statuetką).

Doniesienie trzecie to źródło potężnej, gigantycznej wręcz frustracji Sherlockisty. Ukazała się bowiem w zdecydowanie bardziej cywilizowanym sherlockistycznie świecie debiutancka powieść Grahama Moore'a pod tytułem The Sherlockian. 


Okładka jest banalna do bólu zębów, ale fabuła już chyba mniej. Powieść składa się z dwóch równoległych wątków: sir Arthura Conan Doyle'a i współczesnego narratora, który jest specem od opowiadań o Holmesie. Obaj próbują rozwiązać zagadki "z prawdziwego życia" z pomocą Sherlockowych metod. Więcej (ale niewiele więcej) zdradzi Czytelnikom sam autor, Graham Moore, w promocyjnym klipie:





A skąd taka frustracja Sherlockisty? Stąd po prostu, że usiłował ściągnąć tę powieść już-teraz-zaraz-w formie audio z serwisu Audible i serwis Audible wcisnął mu jakiś crap na temat ograniczeń związanych z prawami autorskimi. Naprawdę, bardzo jest to wkurzające i nie pierwszy raz już się ShK naciął na ten fenomen, że jego polskie IP i polska karta płatnicza wykluczają go z grona szczęśliwców, dla których dostępne są różne sherlockistyczne cymesy. Świat nie jest taką znowu  globalną wioską, niestety. Może uda mu się ściągnąć wersję papierową i napisać recenzję (nie nie, to nie ta zapowiadana w nagłówku recenzja niespodzianka).
I jeszcze zapowiadana na początek nowego roku kolejna pozycja Moore'a:
...i Sherlockista żegna się na dziś, ale jeszcze tu wkrótce wróci. Przy okazji chciałby serdecznie pozdrowić nowych Czytelników, którzy ostatnio odezwali się w komentarzach :)

czwartek, 20 maja 2010

Sherlock intymnie - PLOSH

Tytułowy PLOSH to dla wielu Sherlockistów akronim niemal kanoniczny, jak FINA czy NAVA, a ShK zachęca do pogmerania w podlinkowanych wątkach, albowiem pochodzą one ze zdecydowanie najlepszego holmesologicznego forum i sama ich ilość wskazuje na to, jak ważną rolę odgrywa PLOSH wśród niezliczonych ekranizacji i apokryfów. Nic więc dziwnego, że The Private Life of Sherlock Holmes Billy'ego Wildera wielokrotnie już sam wpychał się do różnych notek Sherlockisty (zwłaszcza gdy dało się pod jakimś pretekstem napomknąć o Robercie Stephensie).
PLOSH to film-cud, film-szczęściarz i film-pechowiec zarazem. Film, który nie ma prawa się nikomu podobać, a jednak podoba się większości ortodoksów, tym samym, którzy nie trawią Downeya, uważają, że Brett był zbyt osobisty, Rathbone miał złego Watsona, Plummer był za stary, Wilmer zbyt wyniosły, Merrison zbyt piskliwy, Gielgud za drętwy a Cushing nijaki i chudy.

PLOSH to film o romansie Holmesa (!), Watson (nienajwspanialszy Colin Blakely) zachowuje się cokolwiek histerycznie (!), całość okrasza targająca za serce muzyka (obrosły już legendą koncert skrzypcowy Miklosa Rozsy) (!), która ponoć zainspirowała Wildera do napisania scenariusza, pełnego uprowadzonych karłów (!), martwych kanarków, potworów z Loch Ness, podstarzałych baletnic (!!), pięknych niemieckich szpiegiń (?) i sentymentalnych bredni.  Jednym słowem: wielki skandal. A jednak... na sam początek, zanim zdążycie się drodzy Czytelnicy zniechęcić i zaprzestać dalszej lektury, Sherlockista spróbuje Was zniewolić tą właśnie słynną muzyką z pomocą Jaschy Heifetza. (Dlaczego jeszcze film Wildera jest wielki, o tym za chwilę.)



Koncert ten miał w zamierzeniu wyrażać zawiłości duszy Sherlocka Holmesa i cel ten osiągnięty został z wielkim sukcesem, a Robert Stephens zagrał Sherlocka równie wspaniale jak Heifetz melodie Rozsy. Jest chłodny i kruchy, flegmatyczny i energiczny, zgorzkniały i romantyczny, pewny siebie i płochliwy, gdy wkracza na tereny, na których nie jest ekspertem (uwaga ta nie dotyczy, co ciekawe, romansów). Stephens, podobnie jak Brett, wygrywając Holmesowe melancholie i manie, grał trochę samego siebie. Nie miał szczęścia.  Gdy otrzymał rolę w filmie Billy'ego Wildera* - rolę, którą, co wierni Czytelnicy tego bloga pewnie pamiętają, miał grać sam Peter O'Toole, czuł się tak, jakby złapał przyjazne bóstwo za nogi. Bóstwo tymczasem okazało się Freddiem z Ulicy Wiązów. Metody Wildera, jak wspominał potem sam Stephens, były trudne do zniesienia i bardziej niż instruowanie aktorów przypominały torturowanie jeńców. Trzecia (z czterech) żona nieżyjącego już Stephensa, Dame Maggie Smith zdradziła w wywiadzie, że doprowadzony do ostateczności aktor usiłował nawet popełnić samobójstwo. Co gorsza, kariera Stephensa mimo tych wszystkich mąk nie nabrała oczekiwanego rozpędu, niedługo później aktor rozpił się i stoczył, a sam film czekał nielepszy los.

Prawie każdy fandom ma swoją legendę o Zaginionym Dziele - wielbiciele Schulza poszukują jego "Mesjasza", prawdziwi fani "Gwiezdnych Wojen" wciąż czekają na "prawdziwe" zakończenie (bo Epizod VI z miśkami rzekomo się nie liczy*), a holmesiści marzą o tym, by ktoś odnalazł powycinane sceny z The Private Life of Sherlock Holmes. Naturalnie każdy film chudnie w montażu i często wychodzi mu to na dobre, jednak PLOSH potraktowany został wyjątkowo okrutnie. Początkowo trwał bodaj trzy i pół godziny i zawierał cztery głóne wątki oraz flashbacki i flashforwardy (uniwersytecka kariera Holmesa i potomkowie Watsona). Zostały z niego dwie przeplecione historie, a i te są pocięte. Nawet scenariusz dostępny w sieci nie jest kompletny - ale można w nim przynajmniej znaleźć jedną cudowną scenę, w której Watson usiłuje się wyprowadzić oraz finał z Lestrade'em, który próbuje namówić Holmesa do podjęcia pewnej sprawy. Krążą pogłoski, jakoby jeszcze jedną scenę i trochę zdjęć z planu wraz ze ścieżką dźwiękową dodano do wydania DVD - Sherlockista nie miał jeszcze funduszy, by to zweryfikować.

To, jak bardzo bolejemy nad utratą zaginionych scen świadczy tylko o tym, jakie dobre jest to, co się ostało. Jak kłuje cierpki i absurdalny humor. Jak rozczula potęga podskórnych emocji, które w tak wzruszający sposób wychodzą z ukrycia w finale. Mimo szarżującego Blakely'ego, zachwyca w tym filmie dynamika relacji Holmesa z Watsonem, który jest - jak i w każdej dobrej ekranizacji być powinien - oparciem, lekarzem, przyjacielem, dostawcą kokainy ;), ale i pisarzem, artystą, człowiekiem z własnym życiem i własnymi wadami. Momentami wykończony ekscesami Holmesa, momentami wściekły, momentami pakujący manatki, choć zawsze niezawodny, wystarczająco inteligentny, żeby być pomocny i wystarczająco wrażliwy, żeby wyczuwać, jak to robić.
A sam Holmes... Wilder, jako holmesolog, chociaż poszalał przy tworzeniu intryg i wątków romansowych, umiał z bolesną celnością wydobyć wszystko, co w tej postaci ważne. Holmes Wildera jest zmanierowanym geniuszem i narkomanem, słabym, nieodpornym na załamania, zamkniętym w sobie ekstrawagantem, który tonie we własnej frustracji, bo ani przestępcy ani kobiety nie dorastają do jego potrzeb i wymagań. Dla Holmesa nie ma w społeczeństwie wiktoriańskim dobrego miejsca. To (uwaga, spojler!) człowiek, którego otacza taka aura absurdu, że starzejąca się rosyjska gwiazda baletu może go wybrać na ojca swoich dzieci, dyrektor cyrku bez żenady poprosi go o odnalezienie sześciu zbiegłych karłów, a Watson będzie na zmianę niańczył jak nieodpowidzialne dziecko i usiłował zamordować. Holmes Wildera jest bez wątpienia wspaniałym detektywem - ale zbyt dobrym, by zająć uwagę badaniem popiołów z fajek czy kradzieżami kanarków a zbyt słabym, by przeniknąć intrygi własnego brata (w roli szarej eminencji Wielkiej Brytanii, Mycrofta, znakomity Christopher Lee). Ma w sobie jakieś tragiczne piętno, które sprawia, że, trawestując słynny slogan Mefistofelesa, dobra pragnąc wiecznie zło czyni - ale to na niego samego spadają wszystkie zła tego owoce. Wszystko mu się udaje, wie wszystko, wszystko potrafi wydedukować i przewidzieć, a wtedy, gdy umiejętności te przydałyby się mu najbardziej, zawodzi, ponosząc sromotną klęskę. A pokazany jest ten Holmes, jak w tytule - intymnie, z nieskończoną czułością i ciepłem, którego Wilderowi zabrakło dla żywych ludzi na planie. Widać Sherlock bardziej potrzebował odrobiny delikatności.
Niewiele jest równie smutnych toposów, jak geniusz, który się myli - a te Holmesiana, które potrafiły Sherlocka pokazać w chwili jego upadku należą do najlepszych. Tak jak PLOSH.

Na koniec wreszcie, chociaż Sherlockista nie poleca oglądania tego poranionego filmu w wersji rozczłonkowanej jeszcze przez youtube'a, lepsze to niż nic :)





---
* Dla Czytelników ceniących źródła ;) - można to wyczytać m. in. tu.
* Disclaimer offtopic: Sherlockista stanowczo NIE należy do osób, które mają jakikolwiek problem z miśkami z szóstki ;)

piątek, 5 marca 2010

Z cyklu: Sherlockista poleca

Wywiad Jima Svejdy z Hansem Zimmerem w formie podcastu. Tematem jest naturalnie muzyka z filmu Sherlock Holmes 2009 - tu Sherlockista przypomina, że muzyka ta jest nominowana do Oscara i że w niedzielę trzeba trzymać kciuki ;)

Zimmer opisuje, rzecz jasna, jak wyglądała jego współpraca z Guyem Ritchie, wyjaśnia, skąd wzięły się charakterystyczne egzotyczne motywy i rozstrojone pianina (Guy też lubi irlandzką muzykę ludową i banjo ;) i chciał, żeby muzyka była jednym z bohaterów filmu ), a także podaje kilka ciekawostek warsztatowych. Na przykład, że motyw lorda Blackwooda to po prostu muzyka dzwonów Big Bena w wersji moll  - albo jak zrobić, żeby ostinato nie było nudne.
Cały wywiad jest naturalnie znakomicie zilustrowany fragmentami muzyki.

Zimmer wspomina także o tym, jak postrzega samą postać Holmesa - a postrzega detektywa jako wielkiego oryginała, geniusza, który na zmianę to wpada w depresję, to w stan manii. Teorii o tym, jaką chorobę daje się zdiagnozować u Holmesa jest sporo. Leslie Klinger, słynny holmesolog i autor nowego bezcennego wydania krytycznego broni tezy, że Holmes był chory na chorobę afektywną dwubiegunową, istnieją jednak inne hipotezy - na przykład, że był to zespół Aspergera. Do tej sprawy Sherlockista jeszcze z pewnością wróci.

Zimmer zaprasza także na stronę poświęconą muzykom Sherlocka Holmesa 2009.

sobota, 27 lutego 2010

Na początek: prawdziwa muzyka z Baker Street

Na koniec dzisiejszych postów jeszcze jedna notka na rozgrzewkę przed obiecaną odpowiedzią na pytanie o to, jak zrobić naprawdę dobrą ekranizację Holmesa.

Poniżej filmowy przewodnik po mieszkaniu-muzeum Sherlocka Holmesa.
Kto oglądał choć jeden odcinków Holmesa z Brettem, ten natychmiast rozpozna muzykę Patricka Gowersa, która tak bardzo kojarzy się z Baker Street, że Sherlockista będzie osobiście niezmiernie rozczarowany, gdy kiedyś w końcu dotrze pod najsławniejszy nieistniejący adres świata i jej tam nie usłyszy.
Znakomitą recenzję płyty z muzyką z serii Granady można przeczytać tu

Sherlockista wyzna tylko, że skrzypcowa wersja motywu Granady z FINA, o którym będzie w owej obiecywanej notce nieodmiennie go rozczula, choć ustępuje jeszcze wspanialszym motywom z wersji radiowych - z Gielgudem i BBC z Merrisonem (o tej ostatniej serii będą tu tony).
W filmiku natomiast po głównym, otwierającym każdy odcinek motywie usłyszycie wersję "uroczystą", wiązaną w serii Granady szczególnie z pracą Holmesa na rzecz jego ojczyzny (SECO).

piątek, 26 lutego 2010

Muzyka z filmu Ritchiego i 2 komunikaty organizacyjne

Po pierwsze zatem, muzyka z filmu Ritchiego (recenzowanego niedawno w tym blogu) jest autorstwa Hansa Zimmera i została nominowana do Oscara, więc przystoi za nią trzymać kciuki. Prawdopodobnie z tej właśnie okazji WB wypuścił promocyjny filmik, który można zobaczyć m. in. na tej stronie:

http://www.slashfilm.com/2010/02/26/votd-meet-the-musicians-behind-sherlock-holmes/

Pała za synchronizację dźwięku i obrazu (to jest za jej brak), ale miło popatrzeć na beztroskie wygłupy muzyków z Ritchiem i Downeyem. Trochę krzyczą, jaki mają wdzięczny, pastiszowaty i śmieszny film, ale trochę naprawdę się dobrze bawią. Duży plus za łódkę, zawsze to powiew Kanonu ;)

Po drugie, Sherlockista uprzejmie przeprasza za kłopoty graficzno-techniczne (zwłaszcza zaś za bladość i mizerność niektórych literek), z szablonem tym wciąż walczy, wszelkie porady dotyczące robienia 3-kolumnowych szablonów dla nowego bloggera przyjmie z radością i obiecuje poprawę.

A po trzecie od dziś będzie się starał wpisy z krótkimi wiadomościami czy linkami jakoś tematycznie grupować, żeby tak nie kapać po kilka linijek. Ale tu nic nie obiecuje, bo niektóre niusy wołają, żeby się nimi podzielić od razu ;)

Do usłyszenia wkrótce, już szykuje się w blogowej kuchni dłuższy wpis z obiecanej długiej serii o tym, jak się robi Holmesa ekranizacje naprawdę dobre.