Jeśli znów przyjdzie mi kiedyś dyskutować o tym, że świat jest projekcją autorstwa złośliwych kosmitów z planety Alpha Centauri, to będę argumentować z historii Sherlocka Holmesa.
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ACD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ACD. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 lipca 2015
niedziela, 29 stycznia 2012
Pamiętajmy o Undershaw
Teraz, kiedy wszyscy czekamy, aż Moffat przywróci do życia Holmesa w trzeciej serii, to najlepszy moment, żeby przypomnieć sobie, jak - a zwłaszcza: gdzie! - zrobił to sam ACD.
Undershaw, dom ACD w latach 1897-1921 to zarówno miejsce narodzin HOUN, w którym Sherlock powrócił na łamy Strandu (chociaż historia ta była oficjalnie datowana przed FINA), jak i wreszcie samego zbioru Return of Sherlock Holmes, tego, któremu zawdzięczamy nie tylko EMPT i triumfalne zmartwychwstanie, ale też fantastyczne SIXN z niezapomnianym hołdem Lestrade'a, SECO (ach ten cudowny, przecudowny film z Brettem!), CHAS, które osobiście zaliczam do mojej piątki najukochańszych (Sherlock namawia Watsona na wspólny włam i zaręcza się z pokojówką...), DANC, to kultowe DANC, dzięki któremu niejedno szczęśliwe, karmione Holmesem dziecko, wymyślało swoje własne ludzikowe alfabety... Chyba już Was przekonałam?
Undershaw to nie jest tylko miejsce, w którym ACD przypadkiem mieszkał (od 1897 roku), ale dom zaprojektowany specjalnie dla niego, a także w znaczącym stopniu przez niego i dostosowany do potrzeb umierającej na gruźlicę Louise, jego pierwszej żony. Powietrze Surrey, piękny dom z czerwonej cegły i ogromne, rozsłonecznione okna, przez które widać było morze zieleni, przedłużyło Louise życie o prawie dziesięć lat.
Tu ACD przeżywał rozterki związane z miłością do Jean Leckie, którą poznał już w maju 1897 roku, a rycerski honor nie pozwolił mu rozwijać romansu przez całe dziewięć lat, aż do śmierci Louise - rok później Jean została jego drugą żoną. (Cały ten okres opisany jest niezwykle barwnie w recenzowanej kiedyś na Sherlockianach książce Barnesa Arthur & George). Z tego domu wyruszył na II Wojnę Burską. Tu wreszcie przyjmował wielkich swojej epoki, którzy byli dla niego kumplami i znajomymi - między innymi J. M. Barrie'ego, Brama Stokera, Virginię Woolf.
Na powyższym zdjęciu widać małego chłopca: to Kingsley, syn Doyle'a, który miał przejąć Undershaw po śmierci Louise. Niestety, chociaż Kingsley przeżył walkę na froncie pierwszej wojny światowej, padł ofiarą powojennej epidemii hiszpanki. W 1921 roku Doyle sprzedał Undershaw (wbrew oczekiwaniom- ze znaczną stratą), a już od roku 1924 aż do 2004, stary dom służył jako hotel i restauracja.
Kłopoty zaczęły się właśnie w roku 2004, kiedy dom przejął prywatny deweloper, a Waverley Borough Council odmówiła zakupu posiadłości. Odmówiła trochę dlatego, że fizycznie nie miała odpowiednich funduszy, ale przyznała też, że nie dość wysoko ceni historyczną i architektoniczną wartość domu. W końcu ACD, twórca jednej z największych ikon światowej kultury (nie lubię słowa popkultura), nie zasługuje na taką samą atencję, jak poważni pisarze. Sam Doyle byłby oczywiście zupełnie załamany taką diagnozą, bo całe życie wyrzucał sobie, że opowiadanka o Holmesie to nic godnego uwagi i pragnął wybić się przede wszystkim poważnymi powieściami historycznymi (bez sukcesu). Chwilowo nie ma więc niestety większych szans na to, by Undershaw zostało przeznaczone na muzeum.
W sprawie opisu wnętrza domu oddam głos komuś, kto robi to szczególnie wspaniale i z nieskrywanym wzruszeniem:
Save Undershaw from WetherbyPond on Vimeo.
A czemu to wszystko piszę? Bo to cenne miejsce ma zostać zniszczone - ale jest jeszcze czas, by zadziałać w jego obronie.
Jak pisałam tu niedawno, oficjalnie zaokrętowałam się na pokład The Undershaw Preservation Trust w roli tak zwanego ambasadora i moim zadaniem jest tłumaczyć, na czym polega niebezpieczeństwo, co chcemy osiągnąć i jak to można zrobić. Jest to potrzebne także dlatego, że wokół dwóch pierwszych punktów narosło trochę nieporozumień. Do dzieła!
NIEBEZPIECZEŃSTWO
Historię domu skończyłam na roku 2004, kiedy to został właściwie opuszczony i wpadł w ręce bezlitosnych developerów-kapitalistów ;)
Wbrew temu, co czasem można usłyszeć, nie planuje się zburzenia samego Undershaw. Na współczesnych zdjęciach i filmach widać, że do starego domu Doyle'a dołączono jeszcze coś - to budynek z 1920 roku. Ten właśnie fragment ma być wyburzony. Zamiast niego ma tam powstać aż 5 szeregowych domków, które będą większe niż wyjściowy budynek.
Największym problemem jest to, że dom Doyle'a ma zostać nieodwracalnie i nieusuwalnie podzielony na trzy podobne szeregówki. Zniszczony zostanie nie tylko zamysł architektoniczny (a, przypominam, autorem projektu był w dużej mierze sam ACD), ale i wartość zabytkowa obiektu.
CEL
The Undershaw Preservation Trust, także wbrew temu, co można czasem przeczytać, nie walczy już nawet o to, by Waverley Borough Council odnowiła dom i urządziła tam muzeum. Nie staram się nawet próbować wnikać w angielską terminologię prawniczą, ale w uproszczeniu: do odpowiedniej instancji sądu została zgłoszona skarga na działania WBC i odpowiednia instancja zgodziła się wysłuchać obu stron. Skarga dotyczy zgody WBC na podzielenie domu - a rozprawa ma się odbyć 23 maja 2012, dzień po urodzinach ACD.
Dodatkowym argumentem po naszej stronie jest fakt, że powstała droga ułatwiająca dostanie się do Undershaw, dzięki czemu bardziej realna stała się wizja, że w przyszłości mogliby tu przyjeżdżać liczni turyści.
POMOC
Największą rolę mają do odegrania oczywiście Ważne Osoby (na przykład duchowy przywódca Undershaw Preservation Trust, Mark Gatiss) i każdy, kto czuje w sobie moc przekonania WBC do tego, by zmieniła zdanie i zrobiła cokolwiek w sprawie ocalenia Undershaw. Na początek: niech chociaż obejmie dom ochroną przed nieodwracalnymi zmianami.
Nieliczni szczęśliwcy będą mogli wypełnić salę sądową i na żywo wspierać reprezentantów UPT.
Osoby związane z mediami mogą postarać się zadbać o odpowiednie nagłośnienie całej sprawy.
Wszyscy mamy za zadanie podpisać petycję (link na stałe w prawym górnym rogu bloga) i informować kogo się da (może przychodzą Wam do głowy różne znane osoby lub instytucje, które warto by zainteresować losami Undershaw?).
Warto reklamować akcję UPT - i petycję - na facebooku, twitterze, blogu.
Sherlock BBC zrobił furorę, Sherlock Ritchiego podbił box-office'y - czas zewrzeć szyki i pokazać, ile jest na świecie osób, dla których ocalenie domu Doyle'a to poważna sprawa.

Undershaw, dom ACD w latach 1897-1921 to zarówno miejsce narodzin HOUN, w którym Sherlock powrócił na łamy Strandu (chociaż historia ta była oficjalnie datowana przed FINA), jak i wreszcie samego zbioru Return of Sherlock Holmes, tego, któremu zawdzięczamy nie tylko EMPT i triumfalne zmartwychwstanie, ale też fantastyczne SIXN z niezapomnianym hołdem Lestrade'a, SECO (ach ten cudowny, przecudowny film z Brettem!), CHAS, które osobiście zaliczam do mojej piątki najukochańszych (Sherlock namawia Watsona na wspólny włam i zaręcza się z pokojówką...), DANC, to kultowe DANC, dzięki któremu niejedno szczęśliwe, karmione Holmesem dziecko, wymyślało swoje własne ludzikowe alfabety... Chyba już Was przekonałam?
Undershaw to nie jest tylko miejsce, w którym ACD przypadkiem mieszkał (od 1897 roku), ale dom zaprojektowany specjalnie dla niego, a także w znaczącym stopniu przez niego i dostosowany do potrzeb umierającej na gruźlicę Louise, jego pierwszej żony. Powietrze Surrey, piękny dom z czerwonej cegły i ogromne, rozsłonecznione okna, przez które widać było morze zieleni, przedłużyło Louise życie o prawie dziesięć lat.
Tu ACD przeżywał rozterki związane z miłością do Jean Leckie, którą poznał już w maju 1897 roku, a rycerski honor nie pozwolił mu rozwijać romansu przez całe dziewięć lat, aż do śmierci Louise - rok później Jean została jego drugą żoną. (Cały ten okres opisany jest niezwykle barwnie w recenzowanej kiedyś na Sherlockianach książce Barnesa Arthur & George). Z tego domu wyruszył na II Wojnę Burską. Tu wreszcie przyjmował wielkich swojej epoki, którzy byli dla niego kumplami i znajomymi - między innymi J. M. Barrie'ego, Brama Stokera, Virginię Woolf.
![]() |
Kłopoty zaczęły się właśnie w roku 2004, kiedy dom przejął prywatny deweloper, a Waverley Borough Council odmówiła zakupu posiadłości. Odmówiła trochę dlatego, że fizycznie nie miała odpowiednich funduszy, ale przyznała też, że nie dość wysoko ceni historyczną i architektoniczną wartość domu. W końcu ACD, twórca jednej z największych ikon światowej kultury (nie lubię słowa popkultura), nie zasługuje na taką samą atencję, jak poważni pisarze. Sam Doyle byłby oczywiście zupełnie załamany taką diagnozą, bo całe życie wyrzucał sobie, że opowiadanka o Holmesie to nic godnego uwagi i pragnął wybić się przede wszystkim poważnymi powieściami historycznymi (bez sukcesu). Chwilowo nie ma więc niestety większych szans na to, by Undershaw zostało przeznaczone na muzeum.
W sprawie opisu wnętrza domu oddam głos komuś, kto robi to szczególnie wspaniale i z nieskrywanym wzruszeniem:
Save Undershaw from WetherbyPond on Vimeo.
A czemu to wszystko piszę? Bo to cenne miejsce ma zostać zniszczone - ale jest jeszcze czas, by zadziałać w jego obronie.
Jak pisałam tu niedawno, oficjalnie zaokrętowałam się na pokład The Undershaw Preservation Trust w roli tak zwanego ambasadora i moim zadaniem jest tłumaczyć, na czym polega niebezpieczeństwo, co chcemy osiągnąć i jak to można zrobić. Jest to potrzebne także dlatego, że wokół dwóch pierwszych punktów narosło trochę nieporozumień. Do dzieła!
NIEBEZPIECZEŃSTWO
Historię domu skończyłam na roku 2004, kiedy to został właściwie opuszczony i wpadł w ręce bezlitosnych developerów-kapitalistów ;)
Wbrew temu, co czasem można usłyszeć, nie planuje się zburzenia samego Undershaw. Na współczesnych zdjęciach i filmach widać, że do starego domu Doyle'a dołączono jeszcze coś - to budynek z 1920 roku. Ten właśnie fragment ma być wyburzony. Zamiast niego ma tam powstać aż 5 szeregowych domków, które będą większe niż wyjściowy budynek.
Największym problemem jest to, że dom Doyle'a ma zostać nieodwracalnie i nieusuwalnie podzielony na trzy podobne szeregówki. Zniszczony zostanie nie tylko zamysł architektoniczny (a, przypominam, autorem projektu był w dużej mierze sam ACD), ale i wartość zabytkowa obiektu.
CEL
The Undershaw Preservation Trust, także wbrew temu, co można czasem przeczytać, nie walczy już nawet o to, by Waverley Borough Council odnowiła dom i urządziła tam muzeum. Nie staram się nawet próbować wnikać w angielską terminologię prawniczą, ale w uproszczeniu: do odpowiedniej instancji sądu została zgłoszona skarga na działania WBC i odpowiednia instancja zgodziła się wysłuchać obu stron. Skarga dotyczy zgody WBC na podzielenie domu - a rozprawa ma się odbyć 23 maja 2012, dzień po urodzinach ACD.
Dodatkowym argumentem po naszej stronie jest fakt, że powstała droga ułatwiająca dostanie się do Undershaw, dzięki czemu bardziej realna stała się wizja, że w przyszłości mogliby tu przyjeżdżać liczni turyści.
POMOC
Największą rolę mają do odegrania oczywiście Ważne Osoby (na przykład duchowy przywódca Undershaw Preservation Trust, Mark Gatiss) i każdy, kto czuje w sobie moc przekonania WBC do tego, by zmieniła zdanie i zrobiła cokolwiek w sprawie ocalenia Undershaw. Na początek: niech chociaż obejmie dom ochroną przed nieodwracalnymi zmianami.
Nieliczni szczęśliwcy będą mogli wypełnić salę sądową i na żywo wspierać reprezentantów UPT.
Osoby związane z mediami mogą postarać się zadbać o odpowiednie nagłośnienie całej sprawy.
Wszyscy mamy za zadanie podpisać petycję (link na stałe w prawym górnym rogu bloga) i informować kogo się da (może przychodzą Wam do głowy różne znane osoby lub instytucje, które warto by zainteresować losami Undershaw?).
Warto reklamować akcję UPT - i petycję - na facebooku, twitterze, blogu.
Sherlock BBC zrobił furorę, Sherlock Ritchiego podbił box-office'y - czas zewrzeć szyki i pokazać, ile jest na świecie osób, dla których ocalenie domu Doyle'a to poważna sprawa.

P.S. Nie bójcie się wyskakującego okienka po petycji :) Jest nachalne, ale nie trzeba żadnych darowizn, wystarczy podpis :)
czwartek, 29 września 2011
Dla odmiany o książkach. Plus szatan!
Sherlockista zorientował się ostatnio, że zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, podporządkował swój blog prawom wszechwładnej kultury obrazkowej i pisze jednak najczęściej o ekranizacjach, filmach, serialach, aktorach, zdjęciach i planach. Dysproporcja ta prawdopodobnie nie da się usunąć (bo po prostu na ekranach pojawiają się ostatnio znacznie lepsze sherlockistyczne rzeczy niż na papierze), ale ilekroć da się powiedzieć coś ciekawego o najbardziej tradycyjnym z holmesologicznych mediów (nie licząc może czasopism z powieściami w odcinkach ;)), to niewątpliwie warto to zrobić.
W tym tygodniu na przykład świat Sherlockistów obiegła ekscytująca wiadomość, że zgodnie z (wspominanymi tu niegdyś) zapowiedziami, British Library opublikowało kupioną za ciężkie pieniądze, "zaginioną" pierwszą powieść ACD, "The Narrative of John Smith". "Zaginioną" ujął Sherlockista w cudzysłów, ponieważ o ile pierwsza próba powieściowa Arthurowi faktycznie była się zapodziała, o tyle odtworzył ją potem z pamięci. I zadbał o to, by zaginęłą po raz drugi, tym razem na dłużej, bo na samą myśl o publikacji dzieła palił się ze wstydu... Dla literaturoznawców jednak zachowana w czarnych notesach Doyle'a i niedawno wywleczona na światło dzienne z pomroków dziejów opowieść Smitha to nieoceniony materiał badawczy. Ponoć jest to narracja mizogina i samotnika, w którym można rozpoznać pewne Holmesowe rysy, a także ślad klimatu fajek i dorożek, ale Sherlockista słyszał też bardziej złośliwe komentarze, także i takie, że ta pierwsza powieść Arthura pomaga nam zrozumieć, czemu karierę zrobił głównie jako autor opowiadań. Ponoć jedną z - drobnych rzecz jasna, ale mimo to jakoś tam zauważalnych - wad dzieła jest brak fabuły...
Wygląda tak:
W tym tygodniu na przykład świat Sherlockistów obiegła ekscytująca wiadomość, że zgodnie z (wspominanymi tu niegdyś) zapowiedziami, British Library opublikowało kupioną za ciężkie pieniądze, "zaginioną" pierwszą powieść ACD, "The Narrative of John Smith". "Zaginioną" ujął Sherlockista w cudzysłów, ponieważ o ile pierwsza próba powieściowa Arthurowi faktycznie była się zapodziała, o tyle odtworzył ją potem z pamięci. I zadbał o to, by zaginęłą po raz drugi, tym razem na dłużej, bo na samą myśl o publikacji dzieła palił się ze wstydu... Dla literaturoznawców jednak zachowana w czarnych notesach Doyle'a i niedawno wywleczona na światło dzienne z pomroków dziejów opowieść Smitha to nieoceniony materiał badawczy. Ponoć jest to narracja mizogina i samotnika, w którym można rozpoznać pewne Holmesowe rysy, a także ślad klimatu fajek i dorożek, ale Sherlockista słyszał też bardziej złośliwe komentarze, także i takie, że ta pierwsza powieść Arthura pomaga nam zrozumieć, czemu karierę zrobił głównie jako autor opowiadań. Ponoć jedną z - drobnych rzecz jasna, ale mimo to jakoś tam zauważalnych - wad dzieła jest brak fabuły...
Wygląda tak:
Kupić można m. in. tu, a jeśli ktoś chce zniżkę, to niech napisze do Sherlockisty (ShK dostał w którymś swoim newsletterze kod promocyjny dla takich freaków jak my:).
---
Drugą pozycję prezentuje Sherlockista, bo nie może wprost oprzeć się pokusie, by ulec panującej ostatnio modzie na okultystów, satanistów i mrok. Wielbiciele tematyki odnajdą łakomy kąsek w nowym, szatańskim apokryfie autorstwa Guya Adamsa ("The Breath of God"). Holmes musi się w nim zmierzyć z tak potężnymi siłami ciemności, że do pomocy zaprzęga demonologów, medium a także samego Aleistera Crowleya, słynnego okultystę z przełomu wieków (konkretnie z końca 19 i pierwszej połowy 20), przy którym taki nasz Nergal to niewinne naiwne kocię i nieszkodliwy awanturnik.
Kto ma ochotę zakosztować smaku tego dzieła (Sherlockista chyba nie ma na to nerwów, za bardzo go wkurzają takie mhrrroczne bzdety), ten może przeczytać fragment tu.
Okładka jest paskudna:
...ale za to mamy dobry pretekst, by spojrzeć w trącone nieco obłędem oczy Crowleya:
Gdyby ktoś z Czytelników wystraszył się na serio, na odtrutkę polecam jedną z licznych stron opisujących sławne ofiary "satanizmu", zwłaszcza zaś filozofii Crowleya (która w rzeczywistości nie ma wiele wspólnego z satanizmem rozumianym jako wycie, że Szatan jest naszym panem) - ale osoby o naprawdę słabym sercu Sherlockista ostrzega, że tam z kolei można zobaczyć Jimmy'ego Page'a postawionego obok Lindsay Lohan...
poniedziałek, 13 czerwca 2011
[minipost] Rękopisów nawet poczta nie potrafi zgubić na dobre!
Po pierwsze i najważniejsze, Sherlockista z pewnym opóźnieniem donosi, że wkrótce ukaże się niepublikowana wcześniej pierwsza powieść ACD, napisana w latach 1883-1884 The Narrative of John Smith, czyli "Opowieść Johna Smitha". Brzmi to zupełnie jak podrozdział z powieści o Holmesie, prawda? Ekscytację naszą studzić może fakt, że te podrozdziały przeważnie są najnudniejsze, po pierwsze dlatego, że nie zawierają Holmesa, a po drugie dlatego, że patrz punkt pierwszy. Ponadto, była to pierwsza długa powieść ACD, a z ostrożnych opinii znawców wynika, że nasz Ukochany Autor nie należał do tych olbrzymów literatury, którzy od pierwszej do ostatniej litery, od młodzieńczych wierszy po podpisy na wekslach, płonęli blaskiem Geniuszu Słowa, przeciwnie, zdaje się, że talent ACD najpełniej objawiał się jednak w krótszych opowiadaniach. Historia ta mimo wszystko godna jest uwagi, ponieważ jedyny rękopis powieści został zgubiony przez pocztę (niech będzie nam to pocieszeniem po wszystkich nigdy niedoręczonych paczkach i kartkach świątecznych). ACD odtworzył go potem częściowo z pamięci. Jeśli - zachowując propocje ;) - ACD równie mocno przeżywał utratę gotowego tekstu jak Sherlockista (o czym ShK ostatnio wspominał), to musiał mieć dobry powód, by zdobyć się na taki wysiłek. Dla nas powodem do przeczytania powieści może być fakt, że występuje w niej pani Rundle, gosposia, którą ponoć można uznać za pierwowzór Mrs Hudson.
Pracami redakcyjnymi kieruje Rachel Foss z British Library, a efekty jej starań mamy ujrzeć już jesienią.
---
Po drugie, Sherlockista najserdeczniej poleca najnowsze dzieło twórców BS-Bloga, czyli niezmiernie elegancką Sherlockistyczną gazetę.
---
Po trzecie i ostatnie, pragnie się trochę pochwalić a trochę usprawiedliwić: wprawdzie blogger zafundował nam ostatnio nowe szablony do przeglądania blogów w trybie mobilnym, to jednak od strony estetycznej pozostawiają one nieco do życzenia. Jednocześnie zatem Sherlockista zachęca do prób czytania Sherlockianów także z komórek (sam na własnej miewał spore problemy), a zarazem przeprasza, że tam w tle w wersji "mobile" widnieć będą jakieś standardowe, bloggerowe widoczki.
Pracami redakcyjnymi kieruje Rachel Foss z British Library, a efekty jej starań mamy ujrzeć już jesienią.
---
Po drugie, Sherlockista najserdeczniej poleca najnowsze dzieło twórców BS-Bloga, czyli niezmiernie elegancką Sherlockistyczną gazetę.
---
Po trzecie i ostatnie, pragnie się trochę pochwalić a trochę usprawiedliwić: wprawdzie blogger zafundował nam ostatnio nowe szablony do przeglądania blogów w trybie mobilnym, to jednak od strony estetycznej pozostawiają one nieco do życzenia. Jednocześnie zatem Sherlockista zachęca do prób czytania Sherlockianów także z komórek (sam na własnej miewał spore problemy), a zarazem przeprasza, że tam w tle w wersji "mobile" widnieć będą jakieś standardowe, bloggerowe widoczki.
środa, 8 czerwca 2011
Arthur & George
---
Sherlockista pragnie na wstępie zaznaczyć, że miał tę recenzję napisaną prawie w całości ponad tydzień temu... i wtedy zepsuł się blogger, a o ile rękopisy ponoć nie płoną, o tyle wirtualny papier puścić z dymem jest niezwykle łatwo. Zaznacza to ShK nie dlatego, by się usprawiedliwić z dłuższego milczenia, ale by podkreślić, że utrata gotowego tekstu zazwyczaj napełnia go taką wściekłością, że nigdy już nie pisze go od nowa. Tej recenzji jakoś nie potrafił sobie odmówić. A zatem: nareszcie na Sherlockianach znów poleca się coś dobrego!
---
Arthur to ACD, George to George Edalji, młody prawnik hinduskiego pochodzenia, który wylądował w więzieniu za przestępstwo, którego nie popełnił i który został uniewinniony dzięki autorowi Kanonu. "Arthur i George" to świetna książka Juliana Barnesa. Świetna po pierwsze dlatego, że to - w odróżnieniu od poprzedniej recenzowanej w tym blogu pozycji ;) - porządny kawałek literatury, w dodatku barwnie i potoczyście przetłumaczony przez Joannę Puchalską a po drugie dlatego, że opowiada zarazem fragment historii Anglii i angielskiego społeczeństwa i fragment z życia niezwykle złożonej osobowości człowieka, któremu zawdzięczamy Sherlocka Holmesa.
Za to ostatnie zdanie Sherlockista prawdopodobnie zostałby zastrzelony z rozpaczy przez co najmniej dwie osoby: samego ACD, którego do desperacji przywodził fakt, że w oczach szerokiej publiczności jego najważniejszym jeśli nie jedynym ważnym osiągnięciem były detektywistyczne historyjki ze Strandu oraz Barnesa, który dołożył wszelkich starań, by jego książka opowiadała w równej mierze o dwóch niebanalnych indywidualnościach, a w częściach poświęconych Arthurowi Holmes traktowany jest tak, jak widział go sam autor, czyli jak wielki garb, który czasem wprawdzie dostarcza satysfakcji, także finansowej, ale w gruncie rzeczy jest niechcianym balastem.
To, trzeba przyznać, po prostu irytuje. Są tacy czytelnicy, którzy szanują autonomię autora, nigdy nie utożsamiają go z żadnym z jego bohaterów, grzecznie przyjmują wszelkie jego wyroki, choćby brutalne, głupie i literacko wątpliwe, a gdy spiją już z jego warg wszystkie te słowa, które autor ten był łaskaw z siebie wydać nie pomyślą nawet o tym, by żądać więcej. Z pokorą a nawet radością przyjmują przy tym deklaracje, że historie, które tysiącom (a w wypadku ACD pewnie już teraz milionom) ludzi przyniosły wzruszenia, nieprzespane noce, radości i smutki, są dla autora tylko zabawką, która się znudziła, a znacznie bardziej fascynujące okazały się inne sprawy, jak na przykład wirujące stoliki i przywoływanie duchów, tudzież historyczne gniotowate powieścidła. Jak można się łatwo domyślić, Sherlockista do tej grupy czytelników nigdy się nie zaliczał. I dlatego przestrzega, że ktoś, kto nie jest w stanie odciąć się od ściśle fandomowej perspektywy i popatrzeć na Conan Doyle'a trochę w oderwaniu od głównego powodu, dla którego świat w ogóle o nim usłyszał, niewiele wyniesie z tej powieści radości. Każdy sherlockista uroni łezkę, czytając o tym, jak ustalało się Holmesa niebanalne imię i nazwisko, każdy westchnie słysząc o tym, jak wyglądała żałoba w Londynie po rzekomej śmierci detektywa. Ale pewnie nie każdy natychmiast pogodzi się z tym, że w życiu Arthura były to jednak zdarzenia marginalne w porównaniu ze śmiercią ojca, chorobą pierwszej żony Touie, romansem, a potem małżeństwem z Jean Leckie, czy nawet sprawą George'a Edalji.
To pogodzenie się ułatwia niewątpliwie fakt, że Barnes pokazuje nam Arthura z tak bliskiej perspektywy, że momentami możemy poczuć wręcz zażenowanie podglądacza. Czujemy się tak, jak gdybyśmy towarzyszyli mu w łazience i zaglądali w sny - chociaż autor nie ucieka się do chwytów w rodzaju pamiętnika czy listów i nigdy nie udaje nawet, że pisze językiem bohaterów. Czytelnicy pamiętają zapewne, jak zarówno Justeene, jak i wcześniej Sherlockista znęcali się nad Grahamem Moore'em za tandetny chwyt polegający na pisaniu o Conan Doyle'u po imieniu po to, by brzmieć nowocześnie i udawać, że udaje nam się wejść w buty bohatera. U Barnesa "Arthur" brzmi zupełnie naturalnie, za "Arthurem" stoi rzeczywisty wgląd w postać, który nie tylko usprawiedliwia, ale wręcz wymusza pisanie o niej po imieniu. Późnowiktoriańskiego pan doktor, który osiągnął pozycję w świecie i stara się znaleźć też trochę szczęścia w lawinie obowiązków, które nałożyło na niego angielskie społeczeństwo staje się dla nas namacalnie realna. Nieco mniej rzeczywisty wydaje się George - ale to dlatego, że jego niezłomny spokój zakorzeniony w odległej, nieeuropejskiej kulturze i niezrozumiałej już dziś dla wielu z nas tradycyjnej, chrześcijańskiej religijności jest zupełnie nieludzki i niewiarygodny. Zwłaszcza, że Barnes często wkłada w jego usta zdystansowane wywody społeczno-polityczne, które bardziej wiarygodnie brzmiałyby w felietonie pisarza z XXI wieku, a nie sponiewieranego przez system i prześladowanego człowieka, który doświadczył tego wszystkiego na własnej skórze.
Czuć odrobinę, że Barnes celowo starał się osiągnąć klasyczny efekt, który zapewnia autorom co najmniej piętnaście dodatkowych minut analiz, gdy spotyka ich to nieszczęście, że ich książki stają się lekturami w szkołach lub uczelniach: przedstawił tak zwaną "panoramę", czy też "przekrój" społeczeństwa x na przełomie y (w tym wypadku: społeczeństwa brytyjskiego na przełomie nie tyle wieków, co epok). Sherlockista, który ostatni raz panoramami społeczeństwa ekscytował się w liceum, kiedy to miał zresztą do literatury stosunek o wiele szlachetniejszy, wyzbyty był z tanich sentymentów i pełen gotowości do subtelnych analiz z użyciem narzędzi teoretycznych, musi wyznać, że teraz interesują go wyłącznie dobre historie, więc sam, nazwijmy to, "efekt panoramy" nie stanowił w jego oczach zalety książki Barnesa. Mimo to, nawet ShK docenił zabieg literacki polegający na zderzeniu dwóch zupełnie postaci, które mimo, że powinny właściwie stanąć na bardzo podobnych szczeblu drabiny społecznej (ACD to lekarz i pisarz, George to prawnik, pasjonat przepisów dotyczących kolei, a nawet autor książki poświęconej temu tematowi; obaj panowie charakteryzowani są przy tym jako niezwykle wręcz obowiązkowi, sumienni, pracowici i nawet, można powiedzieć, szlachetni), wylądowały na przeciwnych jej krańcach (odpowiedni: na pozycji sławnego autorytetu i w więzieniu). Docenił ten zabieg choćby dlatego, że dzięki temu historia u Barnesa jest całkiem niezła.
Nie jest to bowiem, na szczęście, wyłącznie seria wglądów w bohaterów oraz refleksji socjologiczno-historycznych, ale także dwie trzymające w napięciu niczym opowiadania samego doktora Watsona narracje. Jedna - o prześladowanym hinduskim prawniku, który przez całe życie od dzieciństwa aż po dojrzałość o zmroku kładł się grzecznie spać w jednej sypialni z ojcem, a tymczasem latami otrzymywał anonimy, w których oskarżano go o wszelkie możliwe występki. Druga - o latami niespełnionym romansie, pełnym rosnącego napięcia erotycznego, wahań, trudnych wyborów, kryzysów. Powoli, ale nieuchronnie zaciska się pętla na szyi prawnika, który do końca nie wierzy, że sprawiedliwość może nie zatriumfować a niewinny człowiek czasem traktowany jest jak kryminalista, tylko dlatego, że nie znaleźli się przed sądem lepsi kandydaci na winnych niż trochę zdziwaczały syn hinduskiego pastora. Równie powoli upływają Arthurowi lata choroby pierwszej żony, które, choćby za wszelką cenę nie chciał tego przyznać, przybliżają go do wyzwolenia.
I - to z pewnością nie każdego czytelnika zachwyci - trzeba powiedzieć, że nader powoli toczy się ta bogata w opisy, przywołane fakty i szczegółowe rozważania powieść. Nie jest to lektura do połknięcia w jedną noc, a nie jest też na tyle wielowarstwowa i bogata, by delektować się nią bez końca. Raczej w sam raz na trzy luźniejsze dni dla kogoś, kto potrafi znieść ACD w jego rzeczywistej postaci.
Jeśli ktoś ma podejrzenia, że ta i inne wady będą dla niego nie do przeskoczenia, niech zerknie jeszcze do recenzji z Guardiana, która momentami brzmi trochę tak, jak gdyby dotyczyła jakiejś innej książki ;) Kto czuje, że spodobają mu się takie zalety, które uwiodły Sherlockistę, niech śmiało da się Barnesowi zassać.
Sherlockista pragnie na wstępie zaznaczyć, że miał tę recenzję napisaną prawie w całości ponad tydzień temu... i wtedy zepsuł się blogger, a o ile rękopisy ponoć nie płoną, o tyle wirtualny papier puścić z dymem jest niezwykle łatwo. Zaznacza to ShK nie dlatego, by się usprawiedliwić z dłuższego milczenia, ale by podkreślić, że utrata gotowego tekstu zazwyczaj napełnia go taką wściekłością, że nigdy już nie pisze go od nowa. Tej recenzji jakoś nie potrafił sobie odmówić. A zatem: nareszcie na Sherlockianach znów poleca się coś dobrego!
---
Arthur to ACD, George to George Edalji, młody prawnik hinduskiego pochodzenia, który wylądował w więzieniu za przestępstwo, którego nie popełnił i który został uniewinniony dzięki autorowi Kanonu. "Arthur i George" to świetna książka Juliana Barnesa. Świetna po pierwsze dlatego, że to - w odróżnieniu od poprzedniej recenzowanej w tym blogu pozycji ;) - porządny kawałek literatury, w dodatku barwnie i potoczyście przetłumaczony przez Joannę Puchalską a po drugie dlatego, że opowiada zarazem fragment historii Anglii i angielskiego społeczeństwa i fragment z życia niezwykle złożonej osobowości człowieka, któremu zawdzięczamy Sherlocka Holmesa.
Za to ostatnie zdanie Sherlockista prawdopodobnie zostałby zastrzelony z rozpaczy przez co najmniej dwie osoby: samego ACD, którego do desperacji przywodził fakt, że w oczach szerokiej publiczności jego najważniejszym jeśli nie jedynym ważnym osiągnięciem były detektywistyczne historyjki ze Strandu oraz Barnesa, który dołożył wszelkich starań, by jego książka opowiadała w równej mierze o dwóch niebanalnych indywidualnościach, a w częściach poświęconych Arthurowi Holmes traktowany jest tak, jak widział go sam autor, czyli jak wielki garb, który czasem wprawdzie dostarcza satysfakcji, także finansowej, ale w gruncie rzeczy jest niechcianym balastem.
To, trzeba przyznać, po prostu irytuje. Są tacy czytelnicy, którzy szanują autonomię autora, nigdy nie utożsamiają go z żadnym z jego bohaterów, grzecznie przyjmują wszelkie jego wyroki, choćby brutalne, głupie i literacko wątpliwe, a gdy spiją już z jego warg wszystkie te słowa, które autor ten był łaskaw z siebie wydać nie pomyślą nawet o tym, by żądać więcej. Z pokorą a nawet radością przyjmują przy tym deklaracje, że historie, które tysiącom (a w wypadku ACD pewnie już teraz milionom) ludzi przyniosły wzruszenia, nieprzespane noce, radości i smutki, są dla autora tylko zabawką, która się znudziła, a znacznie bardziej fascynujące okazały się inne sprawy, jak na przykład wirujące stoliki i przywoływanie duchów, tudzież historyczne gniotowate powieścidła. Jak można się łatwo domyślić, Sherlockista do tej grupy czytelników nigdy się nie zaliczał. I dlatego przestrzega, że ktoś, kto nie jest w stanie odciąć się od ściśle fandomowej perspektywy i popatrzeć na Conan Doyle'a trochę w oderwaniu od głównego powodu, dla którego świat w ogóle o nim usłyszał, niewiele wyniesie z tej powieści radości. Każdy sherlockista uroni łezkę, czytając o tym, jak ustalało się Holmesa niebanalne imię i nazwisko, każdy westchnie słysząc o tym, jak wyglądała żałoba w Londynie po rzekomej śmierci detektywa. Ale pewnie nie każdy natychmiast pogodzi się z tym, że w życiu Arthura były to jednak zdarzenia marginalne w porównaniu ze śmiercią ojca, chorobą pierwszej żony Touie, romansem, a potem małżeństwem z Jean Leckie, czy nawet sprawą George'a Edalji.
To pogodzenie się ułatwia niewątpliwie fakt, że Barnes pokazuje nam Arthura z tak bliskiej perspektywy, że momentami możemy poczuć wręcz zażenowanie podglądacza. Czujemy się tak, jak gdybyśmy towarzyszyli mu w łazience i zaglądali w sny - chociaż autor nie ucieka się do chwytów w rodzaju pamiętnika czy listów i nigdy nie udaje nawet, że pisze językiem bohaterów. Czytelnicy pamiętają zapewne, jak zarówno Justeene, jak i wcześniej Sherlockista znęcali się nad Grahamem Moore'em za tandetny chwyt polegający na pisaniu o Conan Doyle'u po imieniu po to, by brzmieć nowocześnie i udawać, że udaje nam się wejść w buty bohatera. U Barnesa "Arthur" brzmi zupełnie naturalnie, za "Arthurem" stoi rzeczywisty wgląd w postać, który nie tylko usprawiedliwia, ale wręcz wymusza pisanie o niej po imieniu. Późnowiktoriańskiego pan doktor, który osiągnął pozycję w świecie i stara się znaleźć też trochę szczęścia w lawinie obowiązków, które nałożyło na niego angielskie społeczeństwo staje się dla nas namacalnie realna. Nieco mniej rzeczywisty wydaje się George - ale to dlatego, że jego niezłomny spokój zakorzeniony w odległej, nieeuropejskiej kulturze i niezrozumiałej już dziś dla wielu z nas tradycyjnej, chrześcijańskiej religijności jest zupełnie nieludzki i niewiarygodny. Zwłaszcza, że Barnes często wkłada w jego usta zdystansowane wywody społeczno-polityczne, które bardziej wiarygodnie brzmiałyby w felietonie pisarza z XXI wieku, a nie sponiewieranego przez system i prześladowanego człowieka, który doświadczył tego wszystkiego na własnej skórze.
Czuć odrobinę, że Barnes celowo starał się osiągnąć klasyczny efekt, który zapewnia autorom co najmniej piętnaście dodatkowych minut analiz, gdy spotyka ich to nieszczęście, że ich książki stają się lekturami w szkołach lub uczelniach: przedstawił tak zwaną "panoramę", czy też "przekrój" społeczeństwa x na przełomie y (w tym wypadku: społeczeństwa brytyjskiego na przełomie nie tyle wieków, co epok). Sherlockista, który ostatni raz panoramami społeczeństwa ekscytował się w liceum, kiedy to miał zresztą do literatury stosunek o wiele szlachetniejszy, wyzbyty był z tanich sentymentów i pełen gotowości do subtelnych analiz z użyciem narzędzi teoretycznych, musi wyznać, że teraz interesują go wyłącznie dobre historie, więc sam, nazwijmy to, "efekt panoramy" nie stanowił w jego oczach zalety książki Barnesa. Mimo to, nawet ShK docenił zabieg literacki polegający na zderzeniu dwóch zupełnie postaci, które mimo, że powinny właściwie stanąć na bardzo podobnych szczeblu drabiny społecznej (ACD to lekarz i pisarz, George to prawnik, pasjonat przepisów dotyczących kolei, a nawet autor książki poświęconej temu tematowi; obaj panowie charakteryzowani są przy tym jako niezwykle wręcz obowiązkowi, sumienni, pracowici i nawet, można powiedzieć, szlachetni), wylądowały na przeciwnych jej krańcach (odpowiedni: na pozycji sławnego autorytetu i w więzieniu). Docenił ten zabieg choćby dlatego, że dzięki temu historia u Barnesa jest całkiem niezła.
Nie jest to bowiem, na szczęście, wyłącznie seria wglądów w bohaterów oraz refleksji socjologiczno-historycznych, ale także dwie trzymające w napięciu niczym opowiadania samego doktora Watsona narracje. Jedna - o prześladowanym hinduskim prawniku, który przez całe życie od dzieciństwa aż po dojrzałość o zmroku kładł się grzecznie spać w jednej sypialni z ojcem, a tymczasem latami otrzymywał anonimy, w których oskarżano go o wszelkie możliwe występki. Druga - o latami niespełnionym romansie, pełnym rosnącego napięcia erotycznego, wahań, trudnych wyborów, kryzysów. Powoli, ale nieuchronnie zaciska się pętla na szyi prawnika, który do końca nie wierzy, że sprawiedliwość może nie zatriumfować a niewinny człowiek czasem traktowany jest jak kryminalista, tylko dlatego, że nie znaleźli się przed sądem lepsi kandydaci na winnych niż trochę zdziwaczały syn hinduskiego pastora. Równie powoli upływają Arthurowi lata choroby pierwszej żony, które, choćby za wszelką cenę nie chciał tego przyznać, przybliżają go do wyzwolenia.
I - to z pewnością nie każdego czytelnika zachwyci - trzeba powiedzieć, że nader powoli toczy się ta bogata w opisy, przywołane fakty i szczegółowe rozważania powieść. Nie jest to lektura do połknięcia w jedną noc, a nie jest też na tyle wielowarstwowa i bogata, by delektować się nią bez końca. Raczej w sam raz na trzy luźniejsze dni dla kogoś, kto potrafi znieść ACD w jego rzeczywistej postaci.
Jeśli ktoś ma podejrzenia, że ta i inne wady będą dla niego nie do przeskoczenia, niech zerknie jeszcze do recenzji z Guardiana, która momentami brzmi trochę tak, jak gdyby dotyczyła jakiejś innej książki ;) Kto czuje, że spodobają mu się takie zalety, które uwiodły Sherlockistę, niech śmiało da się Barnesowi zassać.
poniedziałek, 23 maja 2011
Dwie radosne informacje dla odmiany :)
Wczoraj, 22 maja, miała miejsce pierwsza wspaniała rocznica tego, jak Sherlockista przegapił ostatnie urodziny samego ACD. Dla uczczenia tego wydarzenia, ShK przegapił je po raz kolejny. Nasz największy dobroczyńca, bez którego być może nigdy nie poznalibyśmy Sherlocka Holmesa (i to niezależnie od tego, czy wierzymy, że faktycznie był autorem Kanonu czy też tylko agentem literackim Watsona), przyszedł na świat 152 lata i jeden dzień temu (22 maja 1859 roku) w Edynburgu.
Specjalnie dla ACD (o którym więcej ShK na razie nie pisze, bo napisze wkrótce przy okazji dawno obiecanej recenzji pewnej książki o nim) wiktoriańskie cytrynowe ciasteczko, które ukradł Sherlockista z fantastycznej strony Victoriana.com :
(na wspomnianej stronie można znaleźć przepis, pochodzący z książki kucharskiej z 1860 r.)
---
A druga radosna informacja to podwójny triumf "Sherlocka" BBC na rozdaniu nagród BAFTA. Od razu widać, że Czytelnicy - zgodnie z zapowiedziami - naprawdę kibicowali :)
Martin Freeman, nasz wspaniały Watson, wygrał nagrodę za drugoplanową rolę męską - tu można wysłuchać jego przemowy, w której ku zachwytowi widowni wyznaje, że niczego innego się nie spodziewał ;) a także późniejszego wywiadu (uwaga, na koniec Freeman skarży się, że nie ma jak świętować, bo następnego dnia - czyli dziś! - kręci w Walii kolejnego Sherlocka :) ).
Sporo ciepłych słów poświęcił Freeman Cumberbatchowi, który niestety nagrody nie dostał, a także producentom, uhonorowanym całkiem zasłużoną BAFTĄ za całość. Króciutki wywiad z Gatissem, Moffatem i paniami Vertue można zobaczyć tu.
Gratulacje i chcemy więcej!
Specjalnie dla ACD (o którym więcej ShK na razie nie pisze, bo napisze wkrótce przy okazji dawno obiecanej recenzji pewnej książki o nim) wiktoriańskie cytrynowe ciasteczko, które ukradł Sherlockista z fantastycznej strony Victoriana.com :
(na wspomnianej stronie można znaleźć przepis, pochodzący z książki kucharskiej z 1860 r.)
---
A druga radosna informacja to podwójny triumf "Sherlocka" BBC na rozdaniu nagród BAFTA. Od razu widać, że Czytelnicy - zgodnie z zapowiedziami - naprawdę kibicowali :)
Martin Freeman, nasz wspaniały Watson, wygrał nagrodę za drugoplanową rolę męską - tu można wysłuchać jego przemowy, w której ku zachwytowi widowni wyznaje, że niczego innego się nie spodziewał ;) a także późniejszego wywiadu (uwaga, na koniec Freeman skarży się, że nie ma jak świętować, bo następnego dnia - czyli dziś! - kręci w Walii kolejnego Sherlocka :) ).
Sporo ciepłych słów poświęcił Freeman Cumberbatchowi, który niestety nagrody nie dostał, a także producentom, uhonorowanym całkiem zasłużoną BAFTĄ za całość. Króciutki wywiad z Gatissem, Moffatem i paniami Vertue można zobaczyć tu.
Gratulacje i chcemy więcej!
środa, 6 kwietnia 2011
Holmes i baritsu... [Sherlockistyczne mity]
W oczekiwaniu na... na... na jakiekolwiek ciekawe wiadomości o czymkolwiek (od założenia tego bloga Sherlockiście nie zdarzył się tak ogórkowy sezon, a gorąca pod każdym względem wiosna nie sprzyja długim recenzjom), mały sherlockistyczny micik. A właściwie to trzy różne miciki, z których każdy jest nieprawdziwy, ale wszystkie jakoś tam w Kanonie osadzone.
Po pierwsze zatem, mówi się, że "baritsu", o którym wspomina Holmes w EMPT nie istnieje. Przypomnijmy, że ta właśnie sztuka walki pozwoliła ponoć Sherlockowi pokonać Moriarty'ego i utrzymać równowagę na krawędzi wodospadu Reichenbach. W rzeczywistości, jest to najprawdopodobniej literówka ACD, i to literówka, którą powtórzył za gazetowym artykułem. W późnowiktoriańskiej Anglii rodziła się bowiem moda na sztukę walki zwaną bartitsu, o której będzie jeszcze za chwilę.
Skoro wiemy już, że Holmes uprawiał jakąś sztukę walki, to możemy rozprawić się z mitem drugim: że był to detektyw typowo kanapowy (consulting detective), który zagadki rozwiązuje paląc fajkę przy kominku i którego może zagrać nawet 150-letni Christopher Lee.
(kto nie wie, ten niech się dowie, że dwadzieścia parę lat po roli Mycrofta w PLOSH już wówczas dość wiekowy Christopher Lee dostał rolę Sherlocka w sympatycznej skądinąd telewizyjnej serii długometrażowych filmów u boku całkiem przyzwoitego ale równie podstarzałego Patricka Macnee, prawdopodobnie dlatego, że bez Christophera Lee nie ma żadnych przebojów kina, ani Drakuli ani Gwiezdnych Wojen ani Tolkiena ani Holmesa ;) )
Z tym mitem z kolei rozprawili się już dość skutecznie Ritchie i Downey Jr., pokazując... jak by to powiedzieć... pokazując TO:
Często zdarza się, że zbyt brutalne kwestionowanie pewnych mitów prowadzi do popadania w skrajności, które także z prawdą nie mają wiele wspólnego i goła klata Downeya to klasyczny wręcz przypadek takiej sytuacji. Wprawdzie Sherlockista ucieszył się bardzo, że nareszcie wydobywa się z Kanonu mniej znane wątki (Holmes naprawdę umiał boksować), jednak po filmie Ritchiego zaczęto na nie kłaść nieproporcjonalny nacisk, tworząc kolejny, ostatni już mit: Holmesa jako wiktoriańskiego Chucka Norrisa.
Przede wszystkim, w Kanonie nie ma aż tylu wzmianek o tych Holmesowych walkach, żeby przypuszczać, że miał do nich szczególne upodobanie i tak wybitny talent, jak bohater Ritchiego, powalający przeciwników z pomocą błyskotliwych dedukcji. Dżentelmen w każdej epoce i w każdym kraju powinien potrafić się obronić, zwłaszcza jeśli w dodatku na co dzień zajmuje się tropieniem przestępców. Wiemy, że Sherlock uprawia boks, ale wątpliwe jest, czy regularnie, bo nigdy nie dowiadujemy się nic na temat walk, które mógłby ewentualnie staczać. Brak podstaw, by sądzić, że uczęszczał do wiktoriańskich fight-clubów. Wiemy poza tym tylko tyle, że świetnie się bawił w czasie bójki w gospodzie w SOLI (ach ta cudowna scena z Jeremym Brettem i opatrującym go potem Davidem Burkiem... :). I wiemy wreszcie, że poznał owo tajemnicze baritsu/bartitsu. Bartitsu, czyli jiujitsu w wersji dla wiktoriańskich dżentelmenów (ale także dobra samoobrona dla pań), wymyślone przez Edwarda Bartona-Wrighta, który w 1899 roku założył w Londynie ośrodek treningowy dla panów zainteresowanych mieszaniną różnych technik walki wręcz (a także przy użyciu laski) oraz ćwiczeń. Szkoła działała zaledwie trzy lata, po czym została w niejasnych okolicznościach zamknięta, a Barton-Wright zniknął w odmętach historii.
Wypłynął, o ironio, właśnie dzięki Ritchiemu i Downeyowi. To ich popularny, nowoczesny i ostro reklamowany Sherlock zainspirował aktywistów do szerszego promowania zapomnianej postaci. Linkowany na Sherlockianach Will Thomas jest zresztą jednym z bardziej znanych popularyzatorów bartitsu, a słynna wzmianka z EMPT zainspirowała powstanie filmu dokumentalnego, którego trailer Sherlockista załącza:
Trzeba przyznać, że jest coś wzruszającego w potędze prozy ACD. Jedno zdanie i to jeszcze z błędem sprawia, że po ponad stu latach ludzie gromadzą się w klubach i na forach, by dyskutować o sztuce walki wiktoriańskich i edwardiańskich dżentelmenów.
Zainteresowanych filmem odsyła Sherlockista tu, gdzie można również znaleźć link do wywiadu z twórcą filmu, Tonym Wolfe'em i dowiedzieć się więcej o samym bartitsu, Bartonie-Wrighcie oraz o przepięknej wyprawie badawczej śladami Sherlocka do wodospadu Reichenbach, gdzie miał miejsce najsłynniejszy pojedynek w historii tej sztuki walki...
Po pierwsze zatem, mówi się, że "baritsu", o którym wspomina Holmes w EMPT nie istnieje. Przypomnijmy, że ta właśnie sztuka walki pozwoliła ponoć Sherlockowi pokonać Moriarty'ego i utrzymać równowagę na krawędzi wodospadu Reichenbach. W rzeczywistości, jest to najprawdopodobniej literówka ACD, i to literówka, którą powtórzył za gazetowym artykułem. W późnowiktoriańskiej Anglii rodziła się bowiem moda na sztukę walki zwaną bartitsu, o której będzie jeszcze za chwilę.
Skoro wiemy już, że Holmes uprawiał jakąś sztukę walki, to możemy rozprawić się z mitem drugim: że był to detektyw typowo kanapowy (consulting detective), który zagadki rozwiązuje paląc fajkę przy kominku i którego może zagrać nawet 150-letni Christopher Lee.
(kto nie wie, ten niech się dowie, że dwadzieścia parę lat po roli Mycrofta w PLOSH już wówczas dość wiekowy Christopher Lee dostał rolę Sherlocka w sympatycznej skądinąd telewizyjnej serii długometrażowych filmów u boku całkiem przyzwoitego ale równie podstarzałego Patricka Macnee, prawdopodobnie dlatego, że bez Christophera Lee nie ma żadnych przebojów kina, ani Drakuli ani Gwiezdnych Wojen ani Tolkiena ani Holmesa ;) )
Z tym mitem z kolei rozprawili się już dość skutecznie Ritchie i Downey Jr., pokazując... jak by to powiedzieć... pokazując TO:
Często zdarza się, że zbyt brutalne kwestionowanie pewnych mitów prowadzi do popadania w skrajności, które także z prawdą nie mają wiele wspólnego i goła klata Downeya to klasyczny wręcz przypadek takiej sytuacji. Wprawdzie Sherlockista ucieszył się bardzo, że nareszcie wydobywa się z Kanonu mniej znane wątki (Holmes naprawdę umiał boksować), jednak po filmie Ritchiego zaczęto na nie kłaść nieproporcjonalny nacisk, tworząc kolejny, ostatni już mit: Holmesa jako wiktoriańskiego Chucka Norrisa.
Przede wszystkim, w Kanonie nie ma aż tylu wzmianek o tych Holmesowych walkach, żeby przypuszczać, że miał do nich szczególne upodobanie i tak wybitny talent, jak bohater Ritchiego, powalający przeciwników z pomocą błyskotliwych dedukcji. Dżentelmen w każdej epoce i w każdym kraju powinien potrafić się obronić, zwłaszcza jeśli w dodatku na co dzień zajmuje się tropieniem przestępców. Wiemy, że Sherlock uprawia boks, ale wątpliwe jest, czy regularnie, bo nigdy nie dowiadujemy się nic na temat walk, które mógłby ewentualnie staczać. Brak podstaw, by sądzić, że uczęszczał do wiktoriańskich fight-clubów. Wiemy poza tym tylko tyle, że świetnie się bawił w czasie bójki w gospodzie w SOLI (ach ta cudowna scena z Jeremym Brettem i opatrującym go potem Davidem Burkiem... :). I wiemy wreszcie, że poznał owo tajemnicze baritsu/bartitsu. Bartitsu, czyli jiujitsu w wersji dla wiktoriańskich dżentelmenów (ale także dobra samoobrona dla pań), wymyślone przez Edwarda Bartona-Wrighta, który w 1899 roku założył w Londynie ośrodek treningowy dla panów zainteresowanych mieszaniną różnych technik walki wręcz (a także przy użyciu laski) oraz ćwiczeń. Szkoła działała zaledwie trzy lata, po czym została w niejasnych okolicznościach zamknięta, a Barton-Wright zniknął w odmętach historii.
Wypłynął, o ironio, właśnie dzięki Ritchiemu i Downeyowi. To ich popularny, nowoczesny i ostro reklamowany Sherlock zainspirował aktywistów do szerszego promowania zapomnianej postaci. Linkowany na Sherlockianach Will Thomas jest zresztą jednym z bardziej znanych popularyzatorów bartitsu, a słynna wzmianka z EMPT zainspirowała powstanie filmu dokumentalnego, którego trailer Sherlockista załącza:
Trzeba przyznać, że jest coś wzruszającego w potędze prozy ACD. Jedno zdanie i to jeszcze z błędem sprawia, że po ponad stu latach ludzie gromadzą się w klubach i na forach, by dyskutować o sztuce walki wiktoriańskich i edwardiańskich dżentelmenów.
Zainteresowanych filmem odsyła Sherlockista tu, gdzie można również znaleźć link do wywiadu z twórcą filmu, Tonym Wolfe'em i dowiedzieć się więcej o samym bartitsu, Bartonie-Wrighcie oraz o przepięknej wyprawie badawczej śladami Sherlocka do wodospadu Reichenbach, gdzie miał miejsce najsłynniejszy pojedynek w historii tej sztuki walki...
poniedziałek, 21 marca 2011
Pierwsza w dziejach bloga recenzja z połowy dzieła - The Sherlockian
Recenzja będzie tylko z (pierwszej) połowy książki, bowiem drugiej Sherlockista czytać nie zamierza. Wiosna idzie, rower trzeba odkurzyć, na chomiku mnóstwo dobrego Sherlocka, nie wspominając o zapasach w domu, czas bliskim poświęcić, wódki się napić, przeczytać co 3 słowo w "Badaniach logicznych" Husserla w poszukiwaniu tajnego kodu typu Dana Browna, posegregować skarpetki na kolory albo na długość albo na jedno i drugie, przekładając co 5 do oddzielnej szufladki na którą nakleimy ręcznie rzeźbiony drewniany szyld z napisem "Pewnik wyboru" - ważniejszych zadań przychodzi ShK do głowy cała masa.
Produkcja Grahama Moore'a, wydana w Ameryce jako The Sherlockian a w Wielkiej Brytanii jako The Holmes Affair* doczekała się całkiem niezłej recenzji w Timesie, a także odcinka bardzo wspaniałego podcastu I Hear of Sherlock Everywhere! Autor zafundował też swojemu dziełu stronę internetową, pardon, jak to się teraz mówi "oficjalnego bloga" powieści. I wszystko to jest dla Sherlockisty kompletnie niepojęte. To jest, da się zrozumieć, jak przebiegają marketingowe mechanizmy, dzięki którym takie idealnie dostosowane do wymogów współczesnego czytelnika produkty - bo o literaturze chyba nie może być mowy, przynajmniej w odniesieniu do pierwszych 200 stron - są recenzowane w poważnych gazetach. Da się nawet zrozumieć, jak to zostało zrobione. Sherlockista czytywał kiedyś z czymś w rodzaju toksycznej fascynacji amerykańskie podręczniki czytania powieści i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że autor - który wcześniej pisywał tylko scenariusze kinowe i telewizyjne - co najmniej starał się realizować zalecenia w rodzaju "staraj się zastępować przymiotniki czasownikami", "dbaj o to, żeby twoje zdania nie były dłuższe niż pięć słów", "wybierz narrację w trzeciej osobie ale z perspektywy" i "każdy rozdział zakończ czymś, co skłoni czytelnika do przeczytania następnego". Zwłaszcza przedostatni punkt, dotyczący narracji, odbił się szczególnie boleśnie na tonie opowieści, ale o tym jeszcze za chwilę.
Ponieważ na książkę składają się dwie równolegle przedstawiane historie, ma ona też dwóch "trzecioosobowych narratorów". Papierowy i nieciekawy Harold White, świeżo-mianowany członek Baker Street Irregulars ma ambicję rozwikłać morderstwo znanego Sherlockisty, który właśnie odnalazł bezcenny pamiętnik Doyle'a (wątek ten został zainspirowany sprawą zabójstwa Richarda Lancelyna Greena a, jak można się dowiedzieć z linkowanego wyżej podcastu, w jeszcze większym stopniu na poły zmyślonym esejem Davida Granna, o którym Sherlockista pisał tu). Równolegle, Doyle, który właśnie z wielką radością pozbył się ze swojego życia Holmesa stracając go w otchłań wodospadu Reichenbach, próbuje rozwiązać sprawę seryjnego mordercy sufrażystek, a także wysłanego mu listu z bombą. O ile miałka i blada narracja prowadzona przez "Harolda" jest tylko przeciętna i niewciągająca, o tyle równie nijako napisane części o Doyle'u, w których jest on konsekwentnie nazywany "Arthur" przyprawia o zgrzytanie zębów i płacz z irytacji. Moore tłumaczy się z tej idiotycznej decyzji w podcaście, bo jako osoba dobrze obeznana z realiami sherlockistycznego świata doskonale wie, że dla nas ACD to zawsze Conan Doyle i nawet Amerykanie nigdy nie mówią/piszą/myślą o nim per "Arthur". Moore sądzi jednak, że w nowoczesnej powieści wszystkie postaci muszą być nazywane po imieniu i gdyby zrobił inaczej w częściach umieszczonych w 19 wieku, to mógłby popaść w nieudolne naśladownictwo mistrzowskiej narracji Watsona. No cóż, faktycznie, jakichkolwiek prób naśladowania barwnej prozy Watsona nie sposób mu zarzucić, czytelnik natomiast może się rozkoszować "nowoczesnymi" stronicami na temat "Arthura" i "Brama" (Stokera, autora "Draculi" i znajomego Doyle'a w życiu i w książce Moore'a). W nowoczesnej powieści nie ma też ewidentnie miejsca na jakiekolwiek odważniejsze zabiegi literackie - zdania Moore'a są proste i rzeczowe jak wyjęte żywcem z serialowych didaskaliów.
Na temat intryg może Sherlockista powiedzieć tylko tyle, że 200 stron nie wciągnęło go w żaden wątek. Śledztwo White'a pełne jest nachalnych i naiwnych odwołań do Kanonu (wszystkie aluzje są na wszelki wypadek wypowiedziane i łopatologicznie wytłumaczone - autor powołał nawet do życia specjalną postać, wyjątkowo irytującą dziennikarkę "spoza sherlockistycznego świata", by mieć pretekst do pieczołowitego wskazywania źródeł cytatów i nawiązań). Bohater twierdzi, że zamierza się kierować metodami Holmesa, ale wychodzi to zupełnie nienaturalnie i mało imponująco. Zamiast realnych metod jest garstka cytatów. Zamiast genialnych, błyskotliwych dedukcji - nieśmiałe zgadywanki. Sherlockista doskonale wie, że w dwudziestym pierwszym wieku modne są postaci detektywów-przeciętniaków, ale on osobiście zatrzymał się na jakims innym etapie rozwoju gatunku roman policier i chyba szuka jednak w podobnych książkach momentów podziwu i ekscytacji. Lepiej i ciekawiej poczyna sobie Conan Doyle, ale mozolne, boleśnie nudno realistyczne opisy jego działań, łącznie z próbami politycznie poprawnego opisania myśli konserwatysty, który inwigiluje środowisko sufrażystek byłyby niestrawne nawet bez "Arthura" i "Brama".
Podsumowując, zamiast sięgać po książkę, lepiej posłuchać podcastu, a w nim długiego wywiadu z autorem. Pan Moore na żywo wciąż nie jest interesujacy - ale opowiada wiele ciekawych i sympatycznych anegdot o członkach BSI, którzy pomagali mu w pracy nad książką, w tym o niezastąpionym Lesliem Klingerze i Danielu Stashowerze (specjaliście od biografii ACD). Sherlockista musi tu zaznaczyć, że z rozmowy nie wynika, by BSI krytykowało tę powieść - wręcz przeciwnie, przytoczone reakcje są pozytywne, podobnie jak linkowane wcześniej recenzje. ShK zaczął się nawet zastanawiać, czy nie sprawdzić, co jest na końcu, bo może ostatnie strony rzutem na taśmę ratują tę książkę. Po namyśle jednak postanowił pozostawić to wyzwanie...komuś innemu :) Kiedy Moore wspomina, jak to długo bał się, że nie da rady napisać dobrej książki i życzył sobie, by tematem zajął się ktoś obdarzony lepszym piórem, można tylko przez grzeczność zamilczeć.
---
*Sherlockista, niestety, dał się nabrać, kupił przez pomyłkę obie i tę amerykańską, niemacaną i nietkniętą zamierza wkrótce sprzedać na Allegro za jakieś 40 zł plus wysyłka, ew. odbiór osobisty połączony z sherlockistyczną kawą w Krakowie :) Jak widać z recenzji, nie jest to pozycja, którą szczerze poleci, jednak jeśli ktoś z Czytelników jest zainteresowany i chce sobie wyrobić własne zdanie, to ShK zachęca do kontaktu jeszcze przed aukcją (książka kosztowała go oryginalnie bodaj 13 funtów plus przesyłka).
poniedziałek, 7 marca 2011
Człowiek, który zamordował Sherlocka Holmesa
... czyli o paradokumentalnej produkcji The Electric Theatre Company poświęconej ACD i jego stworzeniu.
The Man who murdered Sherlock Holmes to jeden z tych straszliwych drama-documents, które ogląda się na kanałach Discovery. Oglądanie go na DVD miało taką zaletę, że nie trzeba co kwadrans filmu oglądać 20-minutowych bloków zapowiedzi innych programów. Miało też taką wadę, że nie było tych przerw.
Pewnie są gdzieś na świecie ludzie, którzy lubią, kiedy każde słowo opowieści jest odpowiednio ilustrowane, na przykład słyszymy, że ACD coś napisał i pokazuje nam się dla ułatwienia ucharakteryzowanego aktora z dłonią uwalaną atramentem, smarującego coś wiecznym piórem na pożółkłym papierze. Sherlockista niestety do nich nie należy, przez co cała konwencja podobnych dokumentów trochę go bawi, nie zamierza jednak, oczywiście, skreślać filmu za samą przynależność gatunkową i na tych kilku drwiących zdaniach recenzji zakończyć.
Film ten miał towarzyszyć premierze najbardziej jak dotąd kontrowersyjnej wśród Czytelników tego bloga produkcji (o świecie, świecie, flame'y na sherlockistycznych portalach zawsze dotyczyły kiedyś Brettów!) i... poza tym przeznaczenie jego nie jest do końca jasne. Jedni twierdzą, że wpisuje się w serię dokumentów o brytyjskich miastach (tu mamy historię osadzoną, oczywiście, w Londynie, ale także czegoś dowiadujemy się o Edynburgu), inni że to dokument o typowo sherlockistycznym charakterze. Pewne jest, że pojawiają się specjaliści od holmesologii, przepytywani przez prowadzących narrację Richarda Jonesa i Marka Ubsdella. Ci, oczywiście, jak to specjaliści od holmesologii, mówią dorzecznie i ciekawie.
Gorzej ze wspomnianymi narratorami, którzy za wszelką cenę usiłują z banalnej opowieści o (arcyciekawej skądinąd) biografii ACD zrobić historię kryminalną. Przez 3/4 filmu sugerują, na przykład, że w postaci Holmesa kryje się coś "szalenie mrocznego" a fakt, że wykończony popularnością swojego stworzenia Doyle postanowił się go pozbyć interpretują jak "morderstwo" a może nawet próbę zamordowania swojej własnej ciemnej strony osobowości (jak w historii o doktorze Jekyllu i panu Hydzie).
Nie można odmówić filmowi wartości informacyjnej - sporo jest o młodości Doyle'a, kłopotach ze zdrowiem i uzależnieniach jego ojca, Charlesa Altamonta Doyle'a (o którym ShK prawdopodobnie już wspominał jako o grafiku, autorze pierwszych ilustracji do opowiadań ACD a także niepokojących dzieł tworzonych już w zakładzie odosobnienia), karierze uczelnianej i wielorybniczej (o tak, Sherlockista nigdy nie był ekspertem od Doyle'a, ale właśnie się dokształca i może już wkrótce zacznie poświęcać jego naprawdę barwnej biografii więcej uwagi), a także osobom, które wpłynęły na konstrukcję postaci Holmesa. Niestety, przy przedstawianiu tych ostatnich, autorzy uderzają znów w szalenie demoniczne tony i ze szczególną lubością eksponują "mroczne" cechy osobowości Holmesa, łącząc je z współlokatorem a potem dobrowolnym opiekunem matki Doyle'a, drem Brianem Wallerem. Co gorsza, w komiksowy sposób tłumaczą widzom, dlaczego smutne doświadczenie dzieciństwa z ojcem alkoholikiem mogło wpłynąć na treść opowieści Doyle'a, w których często siedliskiem przemoc jest właśnie rodzinny dom.
ShK docenił natomiast nacisk położony na to, że chociaż nie ma po tym oczywistego śladu w Kanonie, niewątpliwie Edynburg - miasto Doyle'a był miastem Holmesa w równym stopniu, co Londyn - miasto, którego Doyle na początku kariery literackiej prawie nie znał z osobistego doświadczenia! Sherlockista miał okazję pomieszkać kiedyś właśnie w Edynburgu i ręczy, że oprócz może charakterystycznej, dziewiętnastowiecznej żółtej mgły, wszystkie inne cechy ponurego brytyjskiego miasta, jak depresyjny nastrój, wyjący wiatr i ponure, kręte uliczki istotnie mógł ACD wziąć równie dobrze z krainy swojej młodości. Oczywiście nie znaczy to, że twórcy filmu nie odwiedzili Londynu - przeciwnie, pokazują nam obecne muzeum Sherlocka (pod niegdyś fikcyjnym adresem) i dociekają, skąd Doyle'owi w ogóle przyszło do głowy, by wprowadzić Holmesa na Baker Street (jako dziecko odwiedził muzeum figur woskowych Madame Tussaud, które mieściło się przy tej ulicy).
Rzetelnie pokazane są dwie rzeczy: po pierwsze, fazy trudnego i toksycznego związku między Doyle'em- stworzycielem a jego stworzeniem. Od satysfakcji z debiutu, poprzez rosnące zdziwienie powszechnym entuzjazmem aż po znużenie, narastającą irytację i potrzebę uwolnienia się, wreszcie moment kryzysu... i wymuszony powrót po latach i uspokojenie relacji, przyzwyczajenie, wreszcie ostatnie i tym razem przyjacielskie rozstanie. Gdyby nie natrętne sugestie, że za "morderstwem Holmesa" kryło się "coś więcej" "coś mrocznego" "uaaaaaabuuuuuaaaaasthasznego", to uznałby to Sherlockista za bardzo wierne przedstawienie sprawy. A po drugie, z wyczuciem pokazane zostały reakcje londyńskich czytelników i przyczyny, dla których - między innymi! - tak bardzo pokochali Holmesa. Detektyw z epoki gazowych latarni (prawie) zawsze potrafił dojść do prawdy i znaleźć sens w coraz bardziej komplikującym się świecie. No i poza tym, wtedy właśnie narodziło się dojeżdżanie do pracy - a czy można wyobrazić sobie wspanialszą lekturę do pociągu niż Strand ze świeżutkim Holmesem? Gdyby nie natrętne przetykanie tych refleksji scenami mającymi przedstawiać Kubę Rozpruwacza oraz jakimiś zupełnie już koszmarnymi wstawkami, które jak się zdaje miały pokazywać samego Holmesa i Watsona ale casting pozostawia naprawdę bardzo, bardzo wiele do życzenia - to byłby to niewątpliwie lepszy, krótszy i ciekawszy dokument.
W zaistniałej sytuacji był jednak Sherlockista trochę tym dziełem poirytowany, chociaż docenił inteligentną promocję pierwszego Ritchiego na sam koniec - eksperci zwracają uwagę na młodość i sprawność fizyczną kanonicznych Holmesa i Watsona.
ShK trochę żałuje, że w tym czasie nie poczytał porządnej książki o ACD i liczy na to, że powyższy tekst może oszczędzi podobnych doświadczeń Czytelnikom. Na zakończenie mała próbka filmu:
The Man who murdered Sherlock Holmes to jeden z tych straszliwych drama-documents, które ogląda się na kanałach Discovery. Oglądanie go na DVD miało taką zaletę, że nie trzeba co kwadrans filmu oglądać 20-minutowych bloków zapowiedzi innych programów. Miało też taką wadę, że nie było tych przerw.
Pewnie są gdzieś na świecie ludzie, którzy lubią, kiedy każde słowo opowieści jest odpowiednio ilustrowane, na przykład słyszymy, że ACD coś napisał i pokazuje nam się dla ułatwienia ucharakteryzowanego aktora z dłonią uwalaną atramentem, smarującego coś wiecznym piórem na pożółkłym papierze. Sherlockista niestety do nich nie należy, przez co cała konwencja podobnych dokumentów trochę go bawi, nie zamierza jednak, oczywiście, skreślać filmu za samą przynależność gatunkową i na tych kilku drwiących zdaniach recenzji zakończyć.
Film ten miał towarzyszyć premierze najbardziej jak dotąd kontrowersyjnej wśród Czytelników tego bloga produkcji (o świecie, świecie, flame'y na sherlockistycznych portalach zawsze dotyczyły kiedyś Brettów!) i... poza tym przeznaczenie jego nie jest do końca jasne. Jedni twierdzą, że wpisuje się w serię dokumentów o brytyjskich miastach (tu mamy historię osadzoną, oczywiście, w Londynie, ale także czegoś dowiadujemy się o Edynburgu), inni że to dokument o typowo sherlockistycznym charakterze. Pewne jest, że pojawiają się specjaliści od holmesologii, przepytywani przez prowadzących narrację Richarda Jonesa i Marka Ubsdella. Ci, oczywiście, jak to specjaliści od holmesologii, mówią dorzecznie i ciekawie.
Gorzej ze wspomnianymi narratorami, którzy za wszelką cenę usiłują z banalnej opowieści o (arcyciekawej skądinąd) biografii ACD zrobić historię kryminalną. Przez 3/4 filmu sugerują, na przykład, że w postaci Holmesa kryje się coś "szalenie mrocznego" a fakt, że wykończony popularnością swojego stworzenia Doyle postanowił się go pozbyć interpretują jak "morderstwo" a może nawet próbę zamordowania swojej własnej ciemnej strony osobowości (jak w historii o doktorze Jekyllu i panu Hydzie).
Nie można odmówić filmowi wartości informacyjnej - sporo jest o młodości Doyle'a, kłopotach ze zdrowiem i uzależnieniach jego ojca, Charlesa Altamonta Doyle'a (o którym ShK prawdopodobnie już wspominał jako o grafiku, autorze pierwszych ilustracji do opowiadań ACD a także niepokojących dzieł tworzonych już w zakładzie odosobnienia), karierze uczelnianej i wielorybniczej (o tak, Sherlockista nigdy nie był ekspertem od Doyle'a, ale właśnie się dokształca i może już wkrótce zacznie poświęcać jego naprawdę barwnej biografii więcej uwagi), a także osobom, które wpłynęły na konstrukcję postaci Holmesa. Niestety, przy przedstawianiu tych ostatnich, autorzy uderzają znów w szalenie demoniczne tony i ze szczególną lubością eksponują "mroczne" cechy osobowości Holmesa, łącząc je z współlokatorem a potem dobrowolnym opiekunem matki Doyle'a, drem Brianem Wallerem. Co gorsza, w komiksowy sposób tłumaczą widzom, dlaczego smutne doświadczenie dzieciństwa z ojcem alkoholikiem mogło wpłynąć na treść opowieści Doyle'a, w których często siedliskiem przemoc jest właśnie rodzinny dom.
ShK docenił natomiast nacisk położony na to, że chociaż nie ma po tym oczywistego śladu w Kanonie, niewątpliwie Edynburg - miasto Doyle'a był miastem Holmesa w równym stopniu, co Londyn - miasto, którego Doyle na początku kariery literackiej prawie nie znał z osobistego doświadczenia! Sherlockista miał okazję pomieszkać kiedyś właśnie w Edynburgu i ręczy, że oprócz może charakterystycznej, dziewiętnastowiecznej żółtej mgły, wszystkie inne cechy ponurego brytyjskiego miasta, jak depresyjny nastrój, wyjący wiatr i ponure, kręte uliczki istotnie mógł ACD wziąć równie dobrze z krainy swojej młodości. Oczywiście nie znaczy to, że twórcy filmu nie odwiedzili Londynu - przeciwnie, pokazują nam obecne muzeum Sherlocka (pod niegdyś fikcyjnym adresem) i dociekają, skąd Doyle'owi w ogóle przyszło do głowy, by wprowadzić Holmesa na Baker Street (jako dziecko odwiedził muzeum figur woskowych Madame Tussaud, które mieściło się przy tej ulicy).
Rzetelnie pokazane są dwie rzeczy: po pierwsze, fazy trudnego i toksycznego związku między Doyle'em- stworzycielem a jego stworzeniem. Od satysfakcji z debiutu, poprzez rosnące zdziwienie powszechnym entuzjazmem aż po znużenie, narastającą irytację i potrzebę uwolnienia się, wreszcie moment kryzysu... i wymuszony powrót po latach i uspokojenie relacji, przyzwyczajenie, wreszcie ostatnie i tym razem przyjacielskie rozstanie. Gdyby nie natrętne sugestie, że za "morderstwem Holmesa" kryło się "coś więcej" "coś mrocznego" "uaaaaaabuuuuuaaaaasthasznego", to uznałby to Sherlockista za bardzo wierne przedstawienie sprawy. A po drugie, z wyczuciem pokazane zostały reakcje londyńskich czytelników i przyczyny, dla których - między innymi! - tak bardzo pokochali Holmesa. Detektyw z epoki gazowych latarni (prawie) zawsze potrafił dojść do prawdy i znaleźć sens w coraz bardziej komplikującym się świecie. No i poza tym, wtedy właśnie narodziło się dojeżdżanie do pracy - a czy można wyobrazić sobie wspanialszą lekturę do pociągu niż Strand ze świeżutkim Holmesem? Gdyby nie natrętne przetykanie tych refleksji scenami mającymi przedstawiać Kubę Rozpruwacza oraz jakimiś zupełnie już koszmarnymi wstawkami, które jak się zdaje miały pokazywać samego Holmesa i Watsona ale casting pozostawia naprawdę bardzo, bardzo wiele do życzenia - to byłby to niewątpliwie lepszy, krótszy i ciekawszy dokument.
W zaistniałej sytuacji był jednak Sherlockista trochę tym dziełem poirytowany, chociaż docenił inteligentną promocję pierwszego Ritchiego na sam koniec - eksperci zwracają uwagę na młodość i sprawność fizyczną kanonicznych Holmesa i Watsona.
ShK trochę żałuje, że w tym czasie nie poczytał porządnej książki o ACD i liczy na to, że powyższy tekst może oszczędzi podobnych doświadczeń Czytelnikom. Na zakończenie mała próbka filmu:
czwartek, 10 lutego 2011
Postu ciąg dalszy... Houdini, wybuch w katedrze i Portsmouth...
Sherlockista co prawda dał się trochę pochłonąć ostatnio pozasherlockistycznym aktywnościom, ale gdyby docierały do niego wieści ciekawsze niż kolejne rozstanie Jude'a Lawa i Sieny Miller, to pewnie odezwałby się wcześniej...
Dziś na początek garstka doniesień na temat nowego Sherlocka Ritchiego. Po pierwsze na planie widziano - a przynajmniej widział Perez Hilton - Rachel McAdams, czyli Irene Adler z "jedynki". Nie wiadomo, niestety, co tam robiła, bo, jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, w "dwójce" najważniejszą kobietą nie będzie wcale "The Woman" tylko Noomi Rapace...

Rachel McAdams ma się ponoć pojawić na chwilkę w początkowych ujęciach filmu, kręconych właśnie w Strasburgu. Być może będzie miała jakiś związek z wybuchem w strasburskiej katedrze, który został ponoć nakręcony bez oszczędzania i będzie wyglądał niezwykle realistycznie... (zainteresowanych odsyła Sherlockista do artykułu w Daily Mail)
Tradycjonaliści pewnie z większą przyjemnością obejrzą nowy film wytwórni DreamWorks, która kupiła prawa do scenariusza J. Michaela Straczynskiego pod tytułem Voices From the Dead. O ile ShK wiadomo, żaden reżyser nie podjął się jeszcze realizacji dzieła, ale historia niewątpliwie wzbudzi zainteresowanie sherlockistów. Scenariusz opowiada bowiem o sławnej przyjaźni ACD z legendarnym prestidigitatorem Harrym Houdinim - a konkretnie o ich wspólnych śledztwach w sprawie morderstw w Nowym Jorku.
W rzeczywistości Panowie faktycznie spotykali się w Ameryce, ale ich znajomość w gruncie rzeczy koncentrowała się wokół wielkiego sporu o duchy, nadprzyrodzone moce i możliwość kontaktu ze zmarłymi. Houdini pasjonował się tym tematem jako wielki demaskator wszystkiego, co nadprzyrodzone - sam jako iluzjonista wiedział najlepiej, jak łatwo jest nabrać ufną publiczność. Doyle z biegiem lat coraz bardziej angażował się w różne spirytystyczne ruchy, prowadził liczne seanse i wierzył praktycznie w większość bzdur, którymi żyła szeroka publiczność, w tym fotografie wróżek i tym podobne. Jeden z takich seansów, w którym rolę medium odegrała sama Lady Doyle, doprowadził praktycznie do zerwania przyjaźni naszego ulubionego autora z Houdinim... To zresztą nie mogło się udać: Houdini chodził na seanse Doyle'a, słuchał, jak przyjaciel opowiada mu o duchach i innych cudach niewidach i zamiast dać mu wiarę pisał bardzo sceptyczne artykuły, w których zwalczał wszelkie podobne praktyki. Doyle śledził karierę Houdiniego, słuchał, jak przyjaciel z pomocą zupełnie ludzkich przemyślnych środków uwalniał się z różnych pułapek, po czym usiłował mu wmawiać, że nie jest wcale iluzjonistą tylko prawdziwym magikiem...
Szczegółową historię przyjaźni obu panów można przeczytać między innymi tu.
A wielbicielom postaci ACD i zainteresowanych jego losami może Sherlockista polecić wycieczkę do Porstmouth, gdzie Doyle spędził około dziesięciu lat życia i gdzie od dawna mieściło się jedno z jego muzeów (więcej informacji tu). Perłą muzeum jest kolekcja pozostawiona przez Sir Richarda Lancelyna Greena, jedną z najbardziej fascynujących postaci wśród współczesnych Sherlockistów. Ten wybitny specjalista od Doyle'a i Holmesa zmarł w tajemniczych okolicznościach w 2004 roku (o tej sprawie bardziej szczegółowo pisał ShK w kontekście książki Davida Granna), co już stało się tematem licznych publikacji, w tym książki wymienionej w nawiasie i kryminału Grahama Moore'a (o którym wspominał ShK tu i który już wkrótce zrecenzuje, bo właśnie czeka u niego na półce). 21 lutego rozpoczyna się w Portsmouth wspaniała impreza, na którą wciąż jeszcze można się wybrać...
...a Sherlockista postanowił właśnie wykorzystać sezon ogórkowy, by napisać jakieś zaległe recenzje, więc na tym na razie zakończy.
Dziś na początek garstka doniesień na temat nowego Sherlocka Ritchiego. Po pierwsze na planie widziano - a przynajmniej widział Perez Hilton - Rachel McAdams, czyli Irene Adler z "jedynki". Nie wiadomo, niestety, co tam robiła, bo, jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, w "dwójce" najważniejszą kobietą nie będzie wcale "The Woman" tylko Noomi Rapace...
Rachel McAdams ma się ponoć pojawić na chwilkę w początkowych ujęciach filmu, kręconych właśnie w Strasburgu. Być może będzie miała jakiś związek z wybuchem w strasburskiej katedrze, który został ponoć nakręcony bez oszczędzania i będzie wyglądał niezwykle realistycznie... (zainteresowanych odsyła Sherlockista do artykułu w Daily Mail)
Tradycjonaliści pewnie z większą przyjemnością obejrzą nowy film wytwórni DreamWorks, która kupiła prawa do scenariusza J. Michaela Straczynskiego pod tytułem Voices From the Dead. O ile ShK wiadomo, żaden reżyser nie podjął się jeszcze realizacji dzieła, ale historia niewątpliwie wzbudzi zainteresowanie sherlockistów. Scenariusz opowiada bowiem o sławnej przyjaźni ACD z legendarnym prestidigitatorem Harrym Houdinim - a konkretnie o ich wspólnych śledztwach w sprawie morderstw w Nowym Jorku.
W rzeczywistości Panowie faktycznie spotykali się w Ameryce, ale ich znajomość w gruncie rzeczy koncentrowała się wokół wielkiego sporu o duchy, nadprzyrodzone moce i możliwość kontaktu ze zmarłymi. Houdini pasjonował się tym tematem jako wielki demaskator wszystkiego, co nadprzyrodzone - sam jako iluzjonista wiedział najlepiej, jak łatwo jest nabrać ufną publiczność. Doyle z biegiem lat coraz bardziej angażował się w różne spirytystyczne ruchy, prowadził liczne seanse i wierzył praktycznie w większość bzdur, którymi żyła szeroka publiczność, w tym fotografie wróżek i tym podobne. Jeden z takich seansów, w którym rolę medium odegrała sama Lady Doyle, doprowadził praktycznie do zerwania przyjaźni naszego ulubionego autora z Houdinim... To zresztą nie mogło się udać: Houdini chodził na seanse Doyle'a, słuchał, jak przyjaciel opowiada mu o duchach i innych cudach niewidach i zamiast dać mu wiarę pisał bardzo sceptyczne artykuły, w których zwalczał wszelkie podobne praktyki. Doyle śledził karierę Houdiniego, słuchał, jak przyjaciel z pomocą zupełnie ludzkich przemyślnych środków uwalniał się z różnych pułapek, po czym usiłował mu wmawiać, że nie jest wcale iluzjonistą tylko prawdziwym magikiem...
Szczegółową historię przyjaźni obu panów można przeczytać między innymi tu.
A wielbicielom postaci ACD i zainteresowanych jego losami może Sherlockista polecić wycieczkę do Porstmouth, gdzie Doyle spędził około dziesięciu lat życia i gdzie od dawna mieściło się jedno z jego muzeów (więcej informacji tu). Perłą muzeum jest kolekcja pozostawiona przez Sir Richarda Lancelyna Greena, jedną z najbardziej fascynujących postaci wśród współczesnych Sherlockistów. Ten wybitny specjalista od Doyle'a i Holmesa zmarł w tajemniczych okolicznościach w 2004 roku (o tej sprawie bardziej szczegółowo pisał ShK w kontekście książki Davida Granna), co już stało się tematem licznych publikacji, w tym książki wymienionej w nawiasie i kryminału Grahama Moore'a (o którym wspominał ShK tu i który już wkrótce zrecenzuje, bo właśnie czeka u niego na półce). 21 lutego rozpoczyna się w Portsmouth wspaniała impreza, na którą wciąż jeszcze można się wybrać...
...a Sherlockista postanowił właśnie wykorzystać sezon ogórkowy, by napisać jakieś zaległe recenzje, więc na tym na razie zakończy.
niedziela, 19 grudnia 2010
Ekspresik sherlockistyczny
(to taka forma pośrednia między minipostem a odcinkiem ekspresu :) , nie oznacza, że Sherlockista się świątecznie żegna, bo planuje jeszcze dłuższą recenzję-niespodziankę, ale oznacza, że w Sherlockistycznym świecie raczej duch compliments of the season i nikt nawet żadnego wielkiego błękitnego karbunkułu nie ukradł).
A zatem, doniesienie pierwsze to właściwie przypomnienie o tym, że wciąż toczy się walka o ocalenie domu Arthura Conan Doyle'a, w którym powstawały obiekty naszego uwielbienia. Bez domu, który znalazł się w ruinie i który planuje się podzielić na osiem mieszkań, być może nie byłoby ani Bretta ani Downeya ani Rathbone'a ani Gielguda ani Coulesa ani Merrisona ani nawet tego bloga i znacznej części życia tysięcy Sherlockistów na świecie. No, może ShK trochę przesadził, ale z całą pewnością posiadłość w Undershaw, w której, jak Sherlockista wspominał tu w poprzedniej notce na ten temat (zainteresowanych odsyłam też do podlinkowanego bloga o tytule Help to Save Undershaw). W każdym razie, nie byłoby miejsca, w którym Doyle pielęgnował chorą żonę i przywracał życiu Holmesa po smutnym epizodzie nad wodospadem Reichenbach. Na blogu można poczytać o tym, ilu wspaniałych ludzi zaangażowało się w sprawę - w tym John Gibson, Sherlockiście jeszcze nieznany, choć autor pięciu książek w temacie i działacz Undershaw Preservation Trust, a także znany nam wszystkim Mark Gatiss, któremu zawdzięczamy Sherlocka BBC oraz przedstawiciele Warner Bros. Sherlockista nie mógł się powstrzymać od kradzieży pocztówki świątecznej, na której śnieg litościwie zakrywa wszystkie niedostatki starego domu Doyle'a, pozostawiając czysty urok:
A skąd taka frustracja Sherlockisty? Stąd po prostu, że usiłował ściągnąć tę powieść już-teraz-zaraz-w formie audio z serwisu Audible i serwis Audible wcisnął mu jakiś crap na temat ograniczeń związanych z prawami autorskimi. Naprawdę, bardzo jest to wkurzające i nie pierwszy raz już się ShK naciął na ten fenomen, że jego polskie IP i polska karta płatnicza wykluczają go z grona szczęśliwców, dla których dostępne są różne sherlockistyczne cymesy. Świat nie jest taką znowu globalną wioską, niestety. Może uda mu się ściągnąć wersję papierową i napisać recenzję (nie nie, to nie ta zapowiadana w nagłówku recenzja niespodzianka).
I jeszcze zapowiadana na początek nowego roku kolejna pozycja Moore'a:
...i Sherlockista żegna się na dziś, ale jeszcze tu wkrótce wróci. Przy okazji chciałby serdecznie pozdrowić nowych Czytelników, którzy ostatnio odezwali się w komentarzach :)
A zatem, doniesienie pierwsze to właściwie przypomnienie o tym, że wciąż toczy się walka o ocalenie domu Arthura Conan Doyle'a, w którym powstawały obiekty naszego uwielbienia. Bez domu, który znalazł się w ruinie i który planuje się podzielić na osiem mieszkań, być może nie byłoby ani Bretta ani Downeya ani Rathbone'a ani Gielguda ani Coulesa ani Merrisona ani nawet tego bloga i znacznej części życia tysięcy Sherlockistów na świecie. No, może ShK trochę przesadził, ale z całą pewnością posiadłość w Undershaw, w której, jak Sherlockista wspominał tu w poprzedniej notce na ten temat (zainteresowanych odsyłam też do podlinkowanego bloga o tytule Help to Save Undershaw). W każdym razie, nie byłoby miejsca, w którym Doyle pielęgnował chorą żonę i przywracał życiu Holmesa po smutnym epizodzie nad wodospadem Reichenbach. Na blogu można poczytać o tym, ilu wspaniałych ludzi zaangażowało się w sprawę - w tym John Gibson, Sherlockiście jeszcze nieznany, choć autor pięciu książek w temacie i działacz Undershaw Preservation Trust, a także znany nam wszystkim Mark Gatiss, któremu zawdzięczamy Sherlocka BBC oraz przedstawiciele Warner Bros. Sherlockista nie mógł się powstrzymać od kradzieży pocztówki świątecznej, na której śnieg litościwie zakrywa wszystkie niedostatki starego domu Doyle'a, pozostawiając czysty urok:
A Sherlockista przypomina o całej sprawie dlatego, że dotarły do niego pogłoski o tym, jakoby obrońcy domu Doyle'a mieli się odwołać do sądu wyższej instancji (od decyzji stosownej jednostki samorządu terytorialnego, która wydała już zgodę na planowaną przebudowę).
Doniesienie drugie to właściwie żadne zaskoczenie, ale wszyscy z wyjątkiem ujawnionych już i znanych zapiekłych wrogów Sherlocka Ritchiego (a może nawet i oni :) ucieszą się, że Hans Zimmer zrobi muzykę również do drugiej części filmu (jak wspominał Sherlockista, efekty prac nad jedynką były zarówno w miarę, jak na Hollywood oryginalne i zostały uhonorowane nominacją do Oscara, choć nie samą statuetką).
Doniesienie trzecie to źródło potężnej, gigantycznej wręcz frustracji Sherlockisty. Ukazała się bowiem w zdecydowanie bardziej cywilizowanym sherlockistycznie świecie debiutancka powieść Grahama Moore'a pod tytułem The Sherlockian.
Okładka jest banalna do bólu zębów, ale fabuła już chyba mniej. Powieść składa się z dwóch równoległych wątków: sir Arthura Conan Doyle'a i współczesnego narratora, który jest specem od opowiadań o Holmesie. Obaj próbują rozwiązać zagadki "z prawdziwego życia" z pomocą Sherlockowych metod. Więcej (ale niewiele więcej) zdradzi Czytelnikom sam autor, Graham Moore, w promocyjnym klipie:
A skąd taka frustracja Sherlockisty? Stąd po prostu, że usiłował ściągnąć tę powieść już-teraz-zaraz-w formie audio z serwisu Audible i serwis Audible wcisnął mu jakiś crap na temat ograniczeń związanych z prawami autorskimi. Naprawdę, bardzo jest to wkurzające i nie pierwszy raz już się ShK naciął na ten fenomen, że jego polskie IP i polska karta płatnicza wykluczają go z grona szczęśliwców, dla których dostępne są różne sherlockistyczne cymesy. Świat nie jest taką znowu globalną wioską, niestety. Może uda mu się ściągnąć wersję papierową i napisać recenzję (nie nie, to nie ta zapowiadana w nagłówku recenzja niespodzianka).
I jeszcze zapowiadana na początek nowego roku kolejna pozycja Moore'a:
...i Sherlockista żegna się na dziś, ale jeszcze tu wkrótce wróci. Przy okazji chciałby serdecznie pozdrowić nowych Czytelników, którzy ostatnio odezwali się w komentarzach :)
wtorek, 25 maja 2010
Jeśli ktoś z Czytelników nie wie co ma zrobić...
...z wolnymi 400.000 funtów szterlingów, to Sherlockista ma dla niego wspaniałą propozycję. Jak donoszą m. in. Scotsman i Telegraph, 15 lipca w domu aukcyjnym Sotheby's (aukcja z kategorii English Literature, History, Childrens' Books and Illustrations) zostanie wystawiony egzemplarz "A Study in Scarlet" z inskrypcją i autografem samego ACD. "Moja pierwsza samodzielna książka", jak głosi dumny wpis Doyle'a, pierwsza powieść o Holmesie, ta, w której padają słowa "You come from Afghanistan I perceive", ta, w której Watson zostaje biografem detektywa, ta, w której...
... w każdym razie Powieść, która po wielu niepowodzeniach u wydawców i zmianie tytułu z "A Tangled Skein" po raz pierwszy ukazała się w 1887 roku w Beeton's Christmas Annual (piśmie znanym dziś głównie z faktu, że miało ten zaszczyt ;) ), a w całości, oddzielnie w 1888 roku (dzięki wydawnictwu Ward Lock&Co., z ilustracjami autorstwa ojca Doyle'a, Charlesa).
Sherlockista długo nie mógł dojść, które z tych wydań zostanie wystawione na aukcji, bo zapewnieniom o tym, że ksiażka pochodzi z 1887 roku nie ufał ;), jednak ta strona wskazuje jednoznacznie, że chodzi o egzemplarz Beeton's. A tak wygląda owa inskrypcja:
Jeśli w najbliższym czasie ktoś napadnie na bank, przekopując się od spodu i ukradnie "250 do 400" tysięcy funtów, to Sherlockista będzie wiedział, że to Wy. Ale nikomu nie doniesie, sam jeszcze nie wie, do czego się posunie by wziąć w tej aukcji udział... ;)
... w każdym razie Powieść, która po wielu niepowodzeniach u wydawców i zmianie tytułu z "A Tangled Skein" po raz pierwszy ukazała się w 1887 roku w Beeton's Christmas Annual (piśmie znanym dziś głównie z faktu, że miało ten zaszczyt ;) ), a w całości, oddzielnie w 1888 roku (dzięki wydawnictwu Ward Lock&Co., z ilustracjami autorstwa ojca Doyle'a, Charlesa).
Sherlockista długo nie mógł dojść, które z tych wydań zostanie wystawione na aukcji, bo zapewnieniom o tym, że ksiażka pochodzi z 1887 roku nie ufał ;), jednak ta strona wskazuje jednoznacznie, że chodzi o egzemplarz Beeton's. A tak wygląda owa inskrypcja:
Jeśli w najbliższym czasie ktoś napadnie na bank, przekopując się od spodu i ukradnie "250 do 400" tysięcy funtów, to Sherlockista będzie wiedział, że to Wy. Ale nikomu nie doniesie, sam jeszcze nie wie, do czego się posunie by wziąć w tej aukcji udział... ;)
niedziela, 23 maja 2010
Sherlockista nie wie, jak to się mogło stać...
... ale przegapił wczorajsze 151 urodziny sir Arthura Conan Doyle'a!
22 maja 1859 roku przyszedł na świat w Edynburgu Brytyjczyk o irlandzkich korzeniach, który, um, jak to dyplomatycznie ująć ;)... miał wiele wspólnego z opowiadaniami Watsona. Ci z Czytelników, którzy wierzą, że był tylko jego agentem literackim, ci, którzy wierzą, że sam to wszystko napisał, ci, którzy nienawidzą go, za niechęć, z którą przywrócił Holmesa życiu po zabiciu go w odmętach wodospadu Reichenbach, ci, którzy kochają go za wszystkie te chwile, które dzięki niemu spędzili w fotelach z książką czy przed ekranem, a nawet przed głośnikiem radia, wszystkim wypadało szarpnąć się wczoraj chociaż na torcik wedlowski.
Sir Arthur ani nie przewidział ani nigdy nie chciał, żeby jego historie komercyjne przyćmiły powieści historyczne, przeraziłby się pewnie sławą, jaką się okrył i popularnością swojego bohatera, która jeszcze za jego życia zaczynała być ogromna (Doyle umarł w roku 1930, już wkrótce, 7 czerwca będziemy obchodzić smutną rocznicę), Holmes pojawiał się w teatrze i w pierwszych filmach z Ellie Norwoodem (1912!) i Arhturem Wontnerem (i jeszcze paroma innymi aktorami). Co się działo w wieku XX - i co nas czeka w XXI - o tym Sherlockista pisze tego bloga, chociaż same książki na temat fenomenu Holmesa i historii jego kolejnych wcieleń we wszlekich możliwych mediach, a także dociekań naukowych i życia Holmeoswej spoleczności mogłyby wypełnić bibliotekę.
Niech żyje dziecko sir Arthura! Dwieście lat (na początek :) ).
P.S. A Sherlockista zamierza wprowadzić kroki, by podobnych zaniedbań nigdy się nie dopuścić - oraz w przyszłości poświęcić ACD nieco więcej uwagi.
22 maja 1859 roku przyszedł na świat w Edynburgu Brytyjczyk o irlandzkich korzeniach, który, um, jak to dyplomatycznie ująć ;)... miał wiele wspólnego z opowiadaniami Watsona. Ci z Czytelników, którzy wierzą, że był tylko jego agentem literackim, ci, którzy wierzą, że sam to wszystko napisał, ci, którzy nienawidzą go, za niechęć, z którą przywrócił Holmesa życiu po zabiciu go w odmętach wodospadu Reichenbach, ci, którzy kochają go za wszystkie te chwile, które dzięki niemu spędzili w fotelach z książką czy przed ekranem, a nawet przed głośnikiem radia, wszystkim wypadało szarpnąć się wczoraj chociaż na torcik wedlowski.
Sir Arthur ani nie przewidział ani nigdy nie chciał, żeby jego historie komercyjne przyćmiły powieści historyczne, przeraziłby się pewnie sławą, jaką się okrył i popularnością swojego bohatera, która jeszcze za jego życia zaczynała być ogromna (Doyle umarł w roku 1930, już wkrótce, 7 czerwca będziemy obchodzić smutną rocznicę), Holmes pojawiał się w teatrze i w pierwszych filmach z Ellie Norwoodem (1912!) i Arhturem Wontnerem (i jeszcze paroma innymi aktorami). Co się działo w wieku XX - i co nas czeka w XXI - o tym Sherlockista pisze tego bloga, chociaż same książki na temat fenomenu Holmesa i historii jego kolejnych wcieleń we wszlekich możliwych mediach, a także dociekań naukowych i życia Holmeoswej spoleczności mogłyby wypełnić bibliotekę.
Niech żyje dziecko sir Arthura! Dwieście lat (na początek :) ).
P.S. A Sherlockista zamierza wprowadzić kroki, by podobnych zaniedbań nigdy się nie dopuścić - oraz w przyszłości poświęcić ACD nieco więcej uwagi.
piątek, 19 marca 2010
Kto ma prawo do Sherlocka?
Jest taka tajemnica dotycząca Kanonu, która wydaje się Sherlockiście bardziej nieprzenikniona niż to, co robił Holmes w czasie 3 lat The Great Hiatus oraz czemu Mary woła na Johna "James" razem wzięte.
Tajemnica ta wiąże się z prawami autorskimi. Już kiedy Sherlockista beztrosko dość określił Andreę Plunket chlubnym mianem dysponentki owymi prawami, miał świadomość, że dotyka jakiejś sprawy smutnej i trudnej, ale postanowił się wówczas w to nie wdawać. Najkrócej rzecz ujmując, opinia, jakoby pani Plunket, miała cokolwiek do powiedzenia w kwestii postaci sir Arthura Conan Doyle'a nie jest opinią powszechną. Głównym kontrkandydatem jest Jon Lellenberg, tytułujący się zarządcą majątku Dame Jean Conan Doyle, związany z potomkami Conan Doyle'a i sam zaangażowany w opracowywanie spuścizny ACD (redagował m. in. wybór listów ACD). Na dowód okładka poniżej:
Zazwyczaj w takich wypadkach o tym, co ma się stać opinią powszechną decyduje sąd. Tu jednak mamy do czynienia z ciekawą sytuacją, w której mimo licznych procesów - i wyroków - żadna ze stron nie wydaje się przekonana. Andrea Plunket bardzo stanowczo twierdzi, że Lellenberg jest oszustem i wylicza wszystkie uchybienia formalne, których - rzekomo? - się dopuścił. Lellenberg raczej stara się udawać, że ją lekceważy, handluje prawami jak gdyby nigdy nic, ale podkreśla, że gdyby ktoś zapłacił za owe prawa jednak Andrei Plunket, to on, Lellenberg, się wkurzy.
Sherlockista w ogóle pomija tu taką subtelność, że w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes w ogóle nie jest już chroniony prawem autorskim, w związku z czym ani Plunket ani Lellenberg nic do gadania nie mają. Skoncentrujmy się na Zaoceanie.
W obliczu ciężkich pieniędzy do zgarnięcia w związku z wyglądanym przez Sherlockistę sequelem Warner Bros., sprawa jest jednak boleśnie aktualna i można tylko mieć nadzieję, że przepychanki nie opóźnią filmowania. Przedstawiciele WB, jak podkreślają autorzy równie asekurancko bezstronnych doniesień, starają się na razie nie zająć żadnej pozycji.
Dlatego zatem, kiedy Sherlockista trafił na styczniowy artykuł w Timesie poświęcony tej zawikładnej sprawie, odetchnął z ulgą, pewny, że teraz w końcu zrozumie, o co tu chodzi.
Artykuł - nareszcie! - dość jednoznacznie opowiada się po stronie Lellenberga, najcenniejsze jednak jest precyzyjne odtworzenie dziejów owego sporu.
Po śmierci Conan Doyle'a - rok 1930 - prawa do jego dzieł przejąła kolejno trójka dzieci, które miał z drugą żoną, Jean: Denis, Adrian (skądinąd autor bardzo sympatycznych apokryfów, takich jak ten) i wreszcie, od roku 1970, najmłodsza córka, po mamie nazwana również Jean, która w chwili śmierci ojca miała 17 lat. Wdowa po Denisie, Nina zdołała jednak wywalczyć prawo do praw dla siebie, ufundowała spółkę o nader stosownej nazwie Baskervilles Investments Ltd. - i popadła w długi. W 1976 roku prawa do dzieł Conan Doyle'a zostały sprzedane amerykańskiemu producentowi Sheldonowi Reynoldsowi, który w 1954 roku nakręcił uroczą skądinąd serię telewizyjnych Sherlocków z Ronaldem Howardem (Sherlockista ma nadzieję jeszcze o tej serii tu napisać - w kontekście może tylko napomknąć, że mimo wszelkich zalet owej serii trudno ją nazwać ściśle kanoniczną ;).
W 1980 roku w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes wszedł do "public domain", natomiast w 1981 Jean Conan Doyle udało się "odbić" prawa do Sherlocków. A przynajmniej tak twierdzi Times i Lellenberg. Dame Jean umarła w roku 1997, przekazując owe prawa Royal National Institute of Blind People, od którego odkupili je młodsi Doyle'owie.
Plunket twierdzi jednak, że to ona, a nie Reynolds, odkupiła prawa do Sherlocka Holmesa po bankructwie spółki Niny i tytułuje się zarządczynią majątku Conan Doyle'a. Na linkowanej już stronie wskazuje na szereg uchybień formalnych, których dopuścili się Dame Jean i Jon Lellenberg (problem polega na tym, że aby przejęcie praw było ważne należało jej przesłać w odpowiedni sposób "Notice of Termination", czego nie dopełniono - skądinąd Plunket poczyniła wszelkie kroki, by to uniemożliwić).
Plunket wskazuje, nie bez racji, że powiązania między Lellenbergiem a osobami, które wprawdzie nie są potomkami wielkiego ACD w linii prostej, ale noszą to samo nazwisko, sprawiają, że brzmi wiarygodniej.
Lellenberg dość beztrosko opowiada o planach do roku 2023 i Plunket traktuje z lekceważeniem i irytacją.
A Sherlockista może tylko powiedzieć, że skoro Plunket nie pozwala Downeyowi grać Holmesa-geja, to może niech te prawa lepiej ma ten Lellenberg ;)
Swoją drogą, Sherlockista może sobie tylko wyobrazić, jak wściekły jest Lellenberg, gdy czyta podobne doniesienia, które zupełnie nieświadomie i jednoznacznie wskazują Plunket jako właścicielkę praw autorskich...
Tajemnica ta wiąże się z prawami autorskimi. Już kiedy Sherlockista beztrosko dość określił Andreę Plunket chlubnym mianem dysponentki owymi prawami, miał świadomość, że dotyka jakiejś sprawy smutnej i trudnej, ale postanowił się wówczas w to nie wdawać. Najkrócej rzecz ujmując, opinia, jakoby pani Plunket, miała cokolwiek do powiedzenia w kwestii postaci sir Arthura Conan Doyle'a nie jest opinią powszechną. Głównym kontrkandydatem jest Jon Lellenberg, tytułujący się zarządcą majątku Dame Jean Conan Doyle, związany z potomkami Conan Doyle'a i sam zaangażowany w opracowywanie spuścizny ACD (redagował m. in. wybór listów ACD). Na dowód okładka poniżej:
Zazwyczaj w takich wypadkach o tym, co ma się stać opinią powszechną decyduje sąd. Tu jednak mamy do czynienia z ciekawą sytuacją, w której mimo licznych procesów - i wyroków - żadna ze stron nie wydaje się przekonana. Andrea Plunket bardzo stanowczo twierdzi, że Lellenberg jest oszustem i wylicza wszystkie uchybienia formalne, których - rzekomo? - się dopuścił. Lellenberg raczej stara się udawać, że ją lekceważy, handluje prawami jak gdyby nigdy nic, ale podkreśla, że gdyby ktoś zapłacił za owe prawa jednak Andrei Plunket, to on, Lellenberg, się wkurzy.
Sherlockista w ogóle pomija tu taką subtelność, że w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes w ogóle nie jest już chroniony prawem autorskim, w związku z czym ani Plunket ani Lellenberg nic do gadania nie mają. Skoncentrujmy się na Zaoceanie.
W obliczu ciężkich pieniędzy do zgarnięcia w związku z wyglądanym przez Sherlockistę sequelem Warner Bros., sprawa jest jednak boleśnie aktualna i można tylko mieć nadzieję, że przepychanki nie opóźnią filmowania. Przedstawiciele WB, jak podkreślają autorzy równie asekurancko bezstronnych doniesień, starają się na razie nie zająć żadnej pozycji.
Dlatego zatem, kiedy Sherlockista trafił na styczniowy artykuł w Timesie poświęcony tej zawikładnej sprawie, odetchnął z ulgą, pewny, że teraz w końcu zrozumie, o co tu chodzi.
Artykuł - nareszcie! - dość jednoznacznie opowiada się po stronie Lellenberga, najcenniejsze jednak jest precyzyjne odtworzenie dziejów owego sporu.
Po śmierci Conan Doyle'a - rok 1930 - prawa do jego dzieł przejąła kolejno trójka dzieci, które miał z drugą żoną, Jean: Denis, Adrian (skądinąd autor bardzo sympatycznych apokryfów, takich jak ten) i wreszcie, od roku 1970, najmłodsza córka, po mamie nazwana również Jean, która w chwili śmierci ojca miała 17 lat. Wdowa po Denisie, Nina zdołała jednak wywalczyć prawo do praw dla siebie, ufundowała spółkę o nader stosownej nazwie Baskervilles Investments Ltd. - i popadła w długi. W 1976 roku prawa do dzieł Conan Doyle'a zostały sprzedane amerykańskiemu producentowi Sheldonowi Reynoldsowi, który w 1954 roku nakręcił uroczą skądinąd serię telewizyjnych Sherlocków z Ronaldem Howardem (Sherlockista ma nadzieję jeszcze o tej serii tu napisać - w kontekście może tylko napomknąć, że mimo wszelkich zalet owej serii trudno ją nazwać ściśle kanoniczną ;).
W 1980 roku w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes wszedł do "public domain", natomiast w 1981 Jean Conan Doyle udało się "odbić" prawa do Sherlocków. A przynajmniej tak twierdzi Times i Lellenberg. Dame Jean umarła w roku 1997, przekazując owe prawa Royal National Institute of Blind People, od którego odkupili je młodsi Doyle'owie.
Plunket twierdzi jednak, że to ona, a nie Reynolds, odkupiła prawa do Sherlocka Holmesa po bankructwie spółki Niny i tytułuje się zarządczynią majątku Conan Doyle'a. Na linkowanej już stronie wskazuje na szereg uchybień formalnych, których dopuścili się Dame Jean i Jon Lellenberg (problem polega na tym, że aby przejęcie praw było ważne należało jej przesłać w odpowiedni sposób "Notice of Termination", czego nie dopełniono - skądinąd Plunket poczyniła wszelkie kroki, by to uniemożliwić).
Plunket wskazuje, nie bez racji, że powiązania między Lellenbergiem a osobami, które wprawdzie nie są potomkami wielkiego ACD w linii prostej, ale noszą to samo nazwisko, sprawiają, że brzmi wiarygodniej.
Lellenberg dość beztrosko opowiada o planach do roku 2023 i Plunket traktuje z lekceważeniem i irytacją.
A Sherlockista może tylko powiedzieć, że skoro Plunket nie pozwala Downeyowi grać Holmesa-geja, to może niech te prawa lepiej ma ten Lellenberg ;)
Swoją drogą, Sherlockista może sobie tylko wyobrazić, jak wściekły jest Lellenberg, gdy czyta podobne doniesienia, które zupełnie nieświadomie i jednoznacznie wskazują Plunket jako właścicielkę praw autorskich...
sobota, 13 marca 2010
Spotkanie sir Arthura Conan Doyle'a z Oscarem Wilde'em...
...odbyło się już jakiś czas temu, bo 30 sierpnia 1889 w hotelu Langham w Londynie, ale teraz dopiero (a konkretnie 19 marca) zostanie upamiętnione specjalną tabliczką. Sherlockista dowiedział się tego z pierwszej ręki, bo od jednego z inicjatorów owego wydarzenia, Sherlock Holmes Society of London (pozostali to Oscar Wilde Society i City of Westminster).
Spotkanie Wilde'a i Doyle'a zorganizował natomiast J M Stoddart, który przypłynął do Londynu z Filadelfii, by zamówić u dwóch utalentowanych autorów opowiadania do czasopisma Lippincott's. To w wyniku tamtej właśnie kolacji, Oscar Wilde napisał "Portret Doriana Graya", a ACD został przekonany, by nie przejmować się umiarkowanym jedynie sukcesem swojej pierwszej powieści o dziwacznym detektywie i jego przyjacielu doktorze, tylko spróbować pociągnąć jakoś ten wątek.
Czy spotkanie, któremu zawdzięczamy SIGN - a może i całą resztę Kanonu także - nie jest warte zielonej tabliczki przed hotelem? ;)
Sherlockista najserdeczniej poleca wywiad ze Stephenem Fryem, który jest nie tylko najmłodszym w historii członkiem Sherlock Holmes Society of London ale również, o czym napomknięte było w recenzji filmu z Lawem, grał kiedyś i to grał wspaniale samego Oscara Wilde'a.
Spotkanie Wilde'a i Doyle'a zorganizował natomiast J M Stoddart, który przypłynął do Londynu z Filadelfii, by zamówić u dwóch utalentowanych autorów opowiadania do czasopisma Lippincott's. To w wyniku tamtej właśnie kolacji, Oscar Wilde napisał "Portret Doriana Graya", a ACD został przekonany, by nie przejmować się umiarkowanym jedynie sukcesem swojej pierwszej powieści o dziwacznym detektywie i jego przyjacielu doktorze, tylko spróbować pociągnąć jakoś ten wątek.
Czy spotkanie, któremu zawdzięczamy SIGN - a może i całą resztę Kanonu także - nie jest warte zielonej tabliczki przed hotelem? ;)
Sherlockista najserdeczniej poleca wywiad ze Stephenem Fryem, który jest nie tylko najmłodszym w historii członkiem Sherlock Holmes Society of London ale również, o czym napomknięte było w recenzji filmu z Lawem, grał kiedyś i to grał wspaniale samego Oscara Wilde'a.
wtorek, 9 marca 2010
Fani sir Arthura Conan Doyle'a chcą ratować jego dom...
Trzeba przyznać, że najlepiej nie wygląda:
Jak Sherlockista dowiedział się z artykułu na stronach BBC, odkąd w byłym domu Doyle'a w Surrey zamknięto hotel, grozi mu rozbicie na trzy posesje. Jak można orzec nawet z zewnątrz, dom wymaga potężnych remontów instalacji. Fani Doyle'a napomykają coś o zrobieniu tam muzeum, co Sherlockiście się wybitnie nie podoba, bo o ileż fajniej jest spać w hotelu zrobionym w domu Doyle'a niż oglądać przez szybki jego pantalony?
Ponoć Doyle mieszkał tam między 37 a 47 rokiem życia, co oznaczałoby, jeśli Sherlockista dobrze liczy, lata 1859+37=1896-1906 a to są lata, gdy albo Doyle zajmował się bardzo bliskimi naszemu sercu tekstami Watsona (teoria agenta literackiego) - HOUN i zbiorem The Return of Sherlock Holmes albo też, zgodnie z innymi teoriami, sam je pisał przywracając życiu Sherlocka Holmesa po upadku z wodospadu Reichenbach.
Jak Sherlockista dowiedział się z artykułu na stronach BBC, odkąd w byłym domu Doyle'a w Surrey zamknięto hotel, grozi mu rozbicie na trzy posesje. Jak można orzec nawet z zewnątrz, dom wymaga potężnych remontów instalacji. Fani Doyle'a napomykają coś o zrobieniu tam muzeum, co Sherlockiście się wybitnie nie podoba, bo o ileż fajniej jest spać w hotelu zrobionym w domu Doyle'a niż oglądać przez szybki jego pantalony?
Ponoć Doyle mieszkał tam między 37 a 47 rokiem życia, co oznaczałoby, jeśli Sherlockista dobrze liczy, lata 1859+37=1896-1906 a to są lata, gdy albo Doyle zajmował się bardzo bliskimi naszemu sercu tekstami Watsona (teoria agenta literackiego) - HOUN i zbiorem The Return of Sherlock Holmes albo też, zgodnie z innymi teoriami, sam je pisał przywracając życiu Sherlocka Holmesa po upadku z wodospadu Reichenbach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















