"Sympatyczny" to takie pozytywne słowo. Przyjemne. Wesolutkie. Nieinwazyjne. No, takie sympatyczne. A teraz, czy wyobrażacie sobie, żeby komplement taki strzelić Sherlockowi Holmesowi?
No właśnie.
ShK bardzo się starał dać "Grze cieni" szansę. Do pierwszej części Sherlocka Ritchiego ma wręcz sentyment: była dla niego wielkim zaskoczeniem na plus, obejrzał ją w bardzo dramatycznych okolicznościach życiowych, a na dodatek, chociaż planował założenie sherlockistycznego bloga od dawna, to dopiero ten nowy, kinowy, masowo popularny Sherlock przekonał go, że w ogóle ktokolwiek będzie go kiedyś czytał. I tak oto entuzjastyczna wręcz recenzja z jedynki była pierwszym po powitaniu tekstem na Sherlockianach :)
Do końca miał ShK nadzieję, że dwójka, mimo zniechęcających trailerów i pogłosek, też go pozytywnie rozczaruje. No, niestety, nie tym razem.
Downey jest milutki, ma wielkie, sarnie oczy, bardzo jest nam przykro, kiedy go boli albo martwi się o Watsona, no a już zwłaszcza, gdy okazuje się, że taki wspaniały detektyw ma (bardzo liczne) słabostki i boi się wysokich koni. Ogromnie to jest wszystko sympatyczne, ale z postaci, która w pierwszej części miała sporo kanonicznych rysów (szczegóły w zlinkowanej recenzji) zostało skrzyżowanie Chucka Norrisa z klaunem. Niby twórcy podjęli jeszcze jakieś próby nawiązań do tekstów, była nawet garstka cytatów (wiadomość dla Watsona, skrawki dosłownie w dialogach z Moriarty'm), ale nie widać już żadnej spójności w tej postaci. Sherlockista napisałby, że wydaje się okropnie papierowa (aktorstwo Downeya też pozostawiło tym razem sporo do życzenia), ale momentami zastanawiał się, czy ekipa w ogóle zadała sobie trud, by spisywać jakieś scenariusze. Niby dzieje się sporo dramatycznych rzeczy, które powinny Sherlocka obejść osobiście - ale, no właśnie: niby. Niby na początku widzimy Sherlocka w manii, ale po chwili mu przechodzi i jest tym samym luzakiem, co zawsze. Niby rozwiązuje najważniejszą sprawę w karierze, ale dopytuje się co chwila, czy Watson dobrze się bawi, jak gdyby w gruncie rzeczy chodziło jednak o to, by wygrać w pojedynku na fajność z Mary...
Najgorsze jest chyba to, że tego Sherlocka nikt nie szanuje. Nawet pani Hudson pozwala sobie na pyskowanie. Wprawdzie Holmes potrafi wspaniale przywalić, i to dedukując precyzyjnie zachowanie przeciwnika, ale poza tym jest raczej zabawny. Hoduje w domu dżunglę, chodzi wiecznie wyśmodruchany i niedogolony, bez przerwy mu się coś myli, przymila się do opryskliwego Watsona, tańcuje z Cyganami... Amerykańskie nastolatki na pewno są zachwycone. Sherlockista mniej.
Teoretycznie niżej znajdzie się sporo spoilerów, ale ponieważ większość z tego była w trailerach a trudno spoilować film, który, jak już zostało powiedziane, ma tylko śladowe ilości scenariusza i właściwie żadnych specjalnie zaskakujących elementów, chyba można czytać spokojnie.
Poprzednia część ujęła Sherlockistę od razu - świetną muzyką - i była jak zaproszenie do dobrej zabawy, któremu nie dało się odmówić. Ta, z wszystkimi wybuchami, Irenami, Cyganami, terrorystami, oprychami, ślubami i naparzankami - jest zupełnie nijaka. To żadne zaskoczenie. Filmy są jakieś prawie zawsze dzięki wyrazistym głównym bohaterom, trzymającemu w napięciu konfliktowi lub tajemnicy. Prawie nigdy - z powodu bogatego wyboru płaskich zupełnie postaci, których nie mamy ani kiedy poznać ani się nimi przejąć oraz licznych wybuchających drzew.
Abstrahując od zepsutego zupełnie w sequelu Sherlocka Holmesa, główna wada filmu jest taka: między wszystkimi tymi burdami i strzelaninami nie ma kiedy zbudować spójnej fabuły, wciągającej zagadki, którą Holmes musiałby rozwiązać (inaczej niż pięścią), wielkiego konfliktu, który budziłby narastające emocje bohaterów i nasze (widać ślady po chaotycznych próbach dodania bohaterom rzeczywistych motywacji, ale tu też twórcy przesadzili: może Sherlockowi chodzi trochę o Adler, na pewno o, to, żeby przyimponować Watsonowi, przy okazji go chroniąc, ale też tak w ogóle o to, żeby wygrać pojedynek, no i w sumie warto by było uchronić społeczeństwo przed gadem, a i jeszcze przy okazji pomóc tej fajnej Cygance... - u ACD mamy proste starcie największego z detektywów z Napoleonem Zbrodni i wszyscy przejmują się tym o wiele bardziej).
Sherlockista nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że kręcąc kolejne sceny, twórcy zamiast klecić historię o Holmesie, zadawali sobie pytania w rodzaju: "a co by tu zrobić, żeby było z jajem? może niech Watson pobije się przy kartach? ekstra, nie? A może potańczą? E! Ze sobą potańczą, takie pikantne się zrobi! O, a w pociągu niech Sherlock przebierze się za kobietę, na tym zawsze się śmieją, rany no, Holmes w szmineczce, ale odjazd, popkornem będą prychać na odległość! Tylko Mycroft taki sztywny... może niech się rozbierze!!! Goły Mycroft! Czujecie? Goły! Buahaha!"
A potem naprawdę trudno powiedzieć, czemu właściwie Watson gra w karty zamiast pomagać Sherlockowi i czemu, na litość boską, Mycroft epatuje biedną Mary swoimi wdziękami. Czyżby był aż takim oryginałem i do tego stopnia odwykł od życia towarzyskiego, że nie przyszło mu do głowy włożyć szlafrok? Czemu w takim razie w innych scenach jest czarującym dyplomatą i duszą towarzystwa? Nie zrozumcie Sherlockisty źle, Stephen Fry akurat stanął na wysokości zadania i tak jak wszyscy oczekiwali, cudownie pasuje do swojej roli. Tylko że jego rolą jest bycie kolejnym comic relief, czyli zabawnym gościem dającym nam odpocząć od stresów, które rzekomo rodzi główna linia fabuły. Kto w tym filmie właściwie nie służy za comic relief?
Na szczęście: Moriarty, czyli Jared Harris. Oraz jedna z najbardziej udanych i kanonicznych postaci w Game of Shadows: supersnajper, pułkownik Moran (Paul Anderson). ShK musi przyznać, że czarne charaktery udały się w sequelu nadspodziewanie dobrze. Budzą autentyczną grozę i są bardzo blisko ACD. Spotkanie bohaterów - wprawdzie nie na Baker Street, ale uniwersytet jest do zaakceptowania - należy do lepszych fragmentów filmu, a ich finałowy pojedynek nad wodospadem to już wręcz kawał wspaniałego holmesowego kina. Serio serio. Pewnie także dlatego, że Ritchie pokornie skorzystał w tych akurat partiach z prozy ACD...
Świetnym oryginalnym pomysłem Ritchiego było też wysłanie Profesora do opery. Don Giovanni zawsze fenomenalnie wygląda w kinie i w "Grze cieni" także nie zawodzi.
Niestety, nawet Moriarty'emu przyszło też wystąpić w sekwencji zupełnie groteskowej, z rzeźnickim hakiem (jak wiadomo, scenom tortur musi towarzyszyć dla kontrastu sielska muzyka klasyczna) oraz długim, nużącym pościgiem, w którym burzy się kilka budynków i strzela ze sporych armat. Do ludzi w lesie. I na koniec, pokazuje się subtelnie, że Watson jest jednak przywiązany do Holmesa: robi mu się smutno, gdy przyjaciel prawie umiera.
Sam Watson zresztą jest bardzo dobrze zagrany, ale w tej części mocno już przerysowany. W relacji bohaterów zdecydowanie za dużo jest efektów specjalnych w postaci bójek, kłótni, rywalizacji nawet (!), łez, uwodzenia i przytulania się nago, a za mało esencji: czyli partnerstwa.
O Sim nie ma ShK zbyt wiele do powiedzenia. Ktoś uznał, że Cyganka będzie elementem cool - i jest, zwłaszcza w wydaniu utalentowanej Noomi Rapace. Co Simza robi poza tym dla rozwoju fabuły/akcji lub bohaterów, trudno powiedzieć. A, dobrze i sprytnie się bije.
Ktoś uznał też, że elementem cool będzie, jeśli Watsonowa Mary (Kelly Reilly) także przyczyni się do powalenia Moriarty'ego, co jest bardzo sympatycznym pomysłem z punktu widzenia ruchu na rzecz pokazywania w kinie kobiet jako ciekawych ludzi, a nie tylko laleczek w opałach. Niestety, jeśli obstawimy Holmesa nie tylko superinteligentną Adler, bitnym, sprytnym i momentami dominującym Watsonem, Cyganką-karateką, ale jeszcze na dodatek asertywną i oblataną w szpiegowskich technikach Mary, to przestaje go być widać. A pamiętajmy, że Downey sam z siebie jest niewysoki...
Podsumowując, ani zwykłym widzom ani sherlockistom nie grozi na tym filmie atak szału, rozpaczy lub śmiechu. W ogóle nic szczególnego się nie wydarzy. Zobaczycie takiego sobie hollywoodzkiego wycierucha z kilkoma błyskami czegoś lepszego. Sherlockista nie mógł się oprzeć wrażeniu, że pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.
Gdyby twórcy byli zainteresowani, jak to się robi, zawsze mogą obejrzeć z nami Sherlocka BBC: dziś Brytole dostaną "Hounds of Baskerville".
Porównywania obu produkcji raczej Sherlockista nie przewiduje. Byłoby to zupełnie zbędne, a przy tym okrutne.
P.S. Dla śledzących Sherlockianowy spór o Irene (głównie w komentarzach): przeczytajcie głos Ninedin (na stałe podlinkowana z lewej strony ;).
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Downey Jr.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Downey Jr.. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 8 stycznia 2012
czwartek, 5 stycznia 2012
Na szybko! Moffat, kobiety, Pies, Duży Format, Game of Shadows i Alonzo!
Sherlocksita serdecznie zachęca, żeby kupić dziś Wyborczą, w której znajdziemy
- długą recenzję sequela Ritchiego, Game of Shadows (o dziwo, bardzo entuzjastyczną!)
(i w Dużym Formacie)
- długi artykuł o Downeyu
- przeglądowy artykuł o Holmesie w kinie z bardzo ładnymi i ciekawie dobranymi zdjęciami (ShK wzruszył się faktem, że Nicholas Rowe z Młodego Sherlocka i Piramidy także znalazł tam swoje miejsce :)
To raz.
Sam Sherlockista zrecenzuje Game of Shadows prawdopodobonie w sobotę, bo z przyczyn technicznych (boi się iść na to sam, a wsparcie moralne uzyska dopiero za 24 h) obejrzy go dopiero jutro. Stay tuned!
To dwa.
Moffat sam musiał się zmierzyć z częścią oskarżeń, które i Wy wobec niego wysunęliście - kto nie widział, niech koniecznie zajrzy do bardzo ciekawej dyskusji pod recenzją "Scandal in Belgravia". Czytelnicy zarzucają twórcom m. in., że:
uwaga SPOILERY!
Irene przegrywa, chociaż według Kanonu nie powinna, co gorsza: (jak wszystkie silne kobiety Moffata) przegrywa, bo ulega uczuciu, zadaje się z tą szumowiną, Jimem, jest mniej pozytywną postacią i zachowuje się chyba jednak zbyt, bo ja wiem, wulgarnie? (z tym ostatnim zarzutem ShK się akurat zgadza, przed pozostałymi raczej Moffa broni).
koniec SPOILERÓW!
Okazuje się, że i sam Moffat musiał zmierzyć się z podobną krytyką w tej sprawie. Na konferencji przy okazji pokazu kolejnego odcinka, "Psa..." (czy raczej: "Psów..."!), dziennikarze zarzucili mu, że jest seksistą i mizoginistą (!) i że jeśli w roku 2012 bohaterka jest w gorszej sytuacji niż w roku 1891 to znaczy, że coś jest nie tak (co do tego zarzutu, to Sherlockista nie zgadza się akurat tak zdecydowanie, że nawet nie uważa tego za spoiler: to po prostu jawny fałsz!).
Moff zareagował furią na oskarżenia pod własnym adresem i bronił również Sherlocka, chociaż nienajmądrzej. Powiedział, między innymi, że w Kanonie Holmes nie może znieść, gdy kobiety są krzywdzone i budzi to w nim oburzenie. To prawda, ale ShK osobiście bardzo nie lubi, gdy jacyś współcześni samozwańczy rycerze nieproszeni rzucają się, by go bronić (jako tej słabej niewinnej białogłowy w opresji)* i uważa to właśnie raczej za seksizm i objaw miłości do własnego, męskiego ego niż za cokolwiek innego. Ta więc akurat cecha spokojnie mogłaby w uwspółcześnionej ekranizacji ulecieć w kosmos.
uwaga, malutki SPOILER
Nie oznacza to, że ShK ma cokolwiek przeciwko scenom z panią Hudson, w której reakcja Holmesa jest ze wszech miar uzasadniona: brutale z Ameryki dopuścili się ataku na osobę ewidentnie starszą i słabszą, a przy tym Sherlockowi bliską.
koniec malutkiego SPOILERA
Więcej (spoilerowatych) szczegółów tu. Na tej samej konferencji po raz kolejny ciekawymi wypowiedziami popisał się Benedict, który trafnie zauważył, że chociaż Holmes dysponuje pewnymi supermocami, to jednak nie jest to nic takiego, co wymaga zostania bohaterem komiksu i noszenia majtek po zewnętrznej stronie spodni. Zazdrości swojemu bohaterowi umiejętności i to właśnie dlatego, że są one - co najmniej w pewnym stopniu - osiągalne dla każdego, kto zechce włożyć w trening odpowiednio wiele pracy. Cumberbatch powinien zacząć uważać. Kto zbyt mocno wchodzi w rolę Sherlocka, ten na ogół przypłaca to rozstrojem nerwowym (patrz: Stephens, patrz: Brett...)... Z drugiej strony, to właśnie tacy aktorzy ofiarowują nam te najgenialniejsze momenty holmesizmu ;)
To było długie trzy.
A na koniec, no co? Oczywiście trailer do "Hounds of Baskerville", które BBC emituje już w niedzielę!
Sherlockista przypomina tylko, że ten odcinek pisał Gatiss, że będzie to horror i że z pierwszych przecieków wynika, że różni się on mocno od SCAN, choć na pewno nie poziomem :)
A teraz do wszystkich whovistów przed monitorami: I rrraaaz, dwaaaa, trzyyyy...
Allons-y Alonso!!!**
---
*Pod żadnym pozorem nie należy mylić takich sytuacji z normalną pomocą od bliskich i znajomych płci męskiej (czy dowolnej).
** Inside joke: Henry'ego gra Russell Tovey, aktor, który wystąpił niegdyś w świątecznym Doktorze Who jako Midshipman Alonso Frame właśnie. Wówczas Doktor był jeszcze w swoim niezapomnianym i przez wielu ukochanym Dziesiątym wcieleniu i grał go najcudowniejszy pod słońcem David Tennant. Ten Dziesiąty Doktor lubił bardzo francuski zwrot "Allons-y!" (wym. w przybliżeniu "aląz-i", a znaczący tyle, co "chodźmy!" czy "ruszajmy!") i wyznał kiedyś, że marzy o tym, by chociaż raz w życiu wykrzyknąć "Allons-y, Alonso!". Wyobraźmy sobie radość - Doktora i milionów telewidzów - gdy przyszło Dziesiątemu zawołać tak do Midshipmana Frame'a :)
- długą recenzję sequela Ritchiego, Game of Shadows (o dziwo, bardzo entuzjastyczną!)
(i w Dużym Formacie)
- długi artykuł o Downeyu
- przeglądowy artykuł o Holmesie w kinie z bardzo ładnymi i ciekawie dobranymi zdjęciami (ShK wzruszył się faktem, że Nicholas Rowe z Młodego Sherlocka i Piramidy także znalazł tam swoje miejsce :)
To raz.
Sam Sherlockista zrecenzuje Game of Shadows prawdopodobonie w sobotę, bo z przyczyn technicznych (boi się iść na to sam, a wsparcie moralne uzyska dopiero za 24 h) obejrzy go dopiero jutro. Stay tuned!
To dwa.
Moffat sam musiał się zmierzyć z częścią oskarżeń, które i Wy wobec niego wysunęliście - kto nie widział, niech koniecznie zajrzy do bardzo ciekawej dyskusji pod recenzją "Scandal in Belgravia". Czytelnicy zarzucają twórcom m. in., że:
uwaga SPOILERY!
Irene przegrywa, chociaż według Kanonu nie powinna, co gorsza: (jak wszystkie silne kobiety Moffata) przegrywa, bo ulega uczuciu, zadaje się z tą szumowiną, Jimem, jest mniej pozytywną postacią i zachowuje się chyba jednak zbyt, bo ja wiem, wulgarnie? (z tym ostatnim zarzutem ShK się akurat zgadza, przed pozostałymi raczej Moffa broni).
koniec SPOILERÓW!
Okazuje się, że i sam Moffat musiał zmierzyć się z podobną krytyką w tej sprawie. Na konferencji przy okazji pokazu kolejnego odcinka, "Psa..." (czy raczej: "Psów..."!), dziennikarze zarzucili mu, że jest seksistą i mizoginistą (!) i że jeśli w roku 2012 bohaterka jest w gorszej sytuacji niż w roku 1891 to znaczy, że coś jest nie tak (co do tego zarzutu, to Sherlockista nie zgadza się akurat tak zdecydowanie, że nawet nie uważa tego za spoiler: to po prostu jawny fałsz!).
Moff zareagował furią na oskarżenia pod własnym adresem i bronił również Sherlocka, chociaż nienajmądrzej. Powiedział, między innymi, że w Kanonie Holmes nie może znieść, gdy kobiety są krzywdzone i budzi to w nim oburzenie. To prawda, ale ShK osobiście bardzo nie lubi, gdy jacyś współcześni samozwańczy rycerze nieproszeni rzucają się, by go bronić (jako tej słabej niewinnej białogłowy w opresji)* i uważa to właśnie raczej za seksizm i objaw miłości do własnego, męskiego ego niż za cokolwiek innego. Ta więc akurat cecha spokojnie mogłaby w uwspółcześnionej ekranizacji ulecieć w kosmos.
uwaga, malutki SPOILER
Nie oznacza to, że ShK ma cokolwiek przeciwko scenom z panią Hudson, w której reakcja Holmesa jest ze wszech miar uzasadniona: brutale z Ameryki dopuścili się ataku na osobę ewidentnie starszą i słabszą, a przy tym Sherlockowi bliską.
koniec malutkiego SPOILERA
Więcej (spoilerowatych) szczegółów tu. Na tej samej konferencji po raz kolejny ciekawymi wypowiedziami popisał się Benedict, który trafnie zauważył, że chociaż Holmes dysponuje pewnymi supermocami, to jednak nie jest to nic takiego, co wymaga zostania bohaterem komiksu i noszenia majtek po zewnętrznej stronie spodni. Zazdrości swojemu bohaterowi umiejętności i to właśnie dlatego, że są one - co najmniej w pewnym stopniu - osiągalne dla każdego, kto zechce włożyć w trening odpowiednio wiele pracy. Cumberbatch powinien zacząć uważać. Kto zbyt mocno wchodzi w rolę Sherlocka, ten na ogół przypłaca to rozstrojem nerwowym (patrz: Stephens, patrz: Brett...)... Z drugiej strony, to właśnie tacy aktorzy ofiarowują nam te najgenialniejsze momenty holmesizmu ;)
To było długie trzy.
A na koniec, no co? Oczywiście trailer do "Hounds of Baskerville", które BBC emituje już w niedzielę!
Sherlockista przypomina tylko, że ten odcinek pisał Gatiss, że będzie to horror i że z pierwszych przecieków wynika, że różni się on mocno od SCAN, choć na pewno nie poziomem :)
A teraz do wszystkich whovistów przed monitorami: I rrraaaz, dwaaaa, trzyyyy...
Allons-y Alonso!!!**
---
*Pod żadnym pozorem nie należy mylić takich sytuacji z normalną pomocą od bliskich i znajomych płci męskiej (czy dowolnej).
** Inside joke: Henry'ego gra Russell Tovey, aktor, który wystąpił niegdyś w świątecznym Doktorze Who jako Midshipman Alonso Frame właśnie. Wówczas Doktor był jeszcze w swoim niezapomnianym i przez wielu ukochanym Dziesiątym wcieleniu i grał go najcudowniejszy pod słońcem David Tennant. Ten Dziesiąty Doktor lubił bardzo francuski zwrot "Allons-y!" (wym. w przybliżeniu "aląz-i", a znaczący tyle, co "chodźmy!" czy "ruszajmy!") i wyznał kiedyś, że marzy o tym, by chociaż raz w życiu wykrzyknąć "Allons-y, Alonso!". Wyobraźmy sobie radość - Doktora i milionów telewidzów - gdy przyszło Dziesiątemu zawołać tak do Midshipmana Frame'a :)
sobota, 17 grudnia 2011
Game of Shadows - pierwsze recenzje, Sherlock 2 BBC, Cumberbatch contra Downey i inne ploteczki...
Dziś notka podsumowująca ploteczki i pierwsze refleksje krytyczne na temat dwóch wyczekiwanych Holmesowych produkcji.
Sherlock Holmes: A Game of Shadows, które u nas zawita dopiero w urodziny Sherlocka, 6 stycznia, na Zachodzie zbiera już pierwsze recenzje. Takie... takie średnie, ale nie w pejoratywnym sensie tego słowa. W zasadzie, Sherlockista w ogóle nie jest zaskoczony.
Na plus zapisują nowemu Sherlockowi Ritchiego tempo akcji, ale też coś, na co Sherlockista się szczerze cieszy, czyli radość, humor, polot i klimat chłopięcej wyprawy dwóch przyjaciół-awanturników. To może być całkiem sympatyczne i może nawet uratować ten film - przynajmniej w oczach ShK.
Wszyscy doceniają fakt, że Holmes i Watson, chociaż skandalicznie, zdaniem większości krytyków, różni od literackiego pierwowzoru, są przynajmniej wyraziści i koncentrują na sobie uwagę. To pewnie dobrze.
Na minus: to, czego od początku się obawialiśmy. Wybuchy, chaos, popisówy i afekciarstwo. Nie do końca składna fabuła, w której Moriarty'ego jest za dużo - a, jak trafnie zauważył jeden z recenzentów, nie przypadkiem sam Doyle chował go w cieniu, by pobudzić wyobraźnię - podczas gdy Sim, postać grana przez Noomi Rapace, jest trochę za mało. Sama Noomi wyraziła żal, że nie pozwolono jej więcej pobawić się nożami, co może sugerować, że nie jest to kreacja szczególnie złożona. Irene Adler pojawia się ponoć tylko po to, by była. Stephen Fry jakoś nie zasłużył na zbyt wiele wzmianek, co szczerze ShK zaniepokoiło. Ekipa nie pozostawia złudzeń, że film był realizowany według precyzyjnie zaplanowanego scenariusza - przeciwnie, wyznaje rozkosznie, że dialogi i sceny rodziły się w większości na planie. Nie brzmi to zachęcająco. Nie ma też żadnych jasnych pomysłów na przyszłość. Zupełnie bez żenady informuje się nas, że zależy to od ilości sprzedanych biletów. Sherlockista wolałby, żeby Ritchiemu chociaż chciało się kłamać, że obmyślił elegancki pomysł na trzy spójne filmy, na rozwój postaci, na intrygi...
W dodatku, okazuje się, że nawet wszystkie obiecane europejskie krajobrazy - Paryże i Alpy - zostały zrekonstruowane w samej Anglii, co jednak jest pewnym rozczarowaniem.
No i na koniec, nieuniknione: kompletna masakra z ACD, zarzut, który pojawił się już po pierwszej części, a teraz wypowiadany jest z jeszcze większą zjadliwością. Sherlockista bronił Downeya i Ritchiego dwa lata temu i chociaż boi się, że nie da rady sam przed sobą wybronić ich po sequelu, to jednak przypomina nieśmiało, że ludzi, którzy wylewają żółć na amerykańskich barbarzyńców, przeważnie płaczą po "Holmesie - kanapowym detektywie" i wyrażają zdziwienie, a nawet oburzenie faktem, że Downey żwawo biega i "nie mógłby mieć grama tłuszczu" (autentyk!). Jednym słowem: mylą Sherlocka z Mycroftem, ewentualnie z Poirotem Agathy Christie (z najwspanialszym pod słońcem Davidem Suchetem) - co bierze się z różnych niefortunnych ekranizacji ACD, w których Holmesa grali zasuszeni staruszkowie w rodzaju Christophera Lee pod koniec kariery czy późnego Cushinga, a Watsona dziadzio Bruce. Bierzmy więc na to poprawkę. Dla tych ludzi Brett przeskakujący przez kanapę byłby szokującym przeżyciem (i Sherlockista wie to z własnego doświadczenia - sam czuł się zupełnie wstrząśnięty, gdy nieopierzonym zupełnie jeszcze holmesolożęciem w kolebce będąc, po raz pierwszy zetknął się z Sherlockami prawdziwymi). Nie traćmy więc nadziei...
...zresztą, czym jest najstraszliwszy nawet Ritchie wobec powrotu Sherlocka BBC :)
Tu, dla odmiany, każda kolejna informacja jest coraz bardziej uspokajająca. W pierwszym odcinku, tym z Irene Adler, będzie wprawdzie miłość, ale nie będzie zakochanego Sherlocka (uff). W drugim będzie groza. W trzecim będzie mnóstwo emocji - i prawdę mówiąc, Sherlockista już je trochę odczuwa (no bo a jak go jednak zrzucą i nie zrobią kolejnej serii...). Wiadomo to z wywiadu z Benedictem Cumberbatchem (szczegółowych zapowiedzi BBC Sherlockista nie czytał, bo nastraszyli go, że są tam spoilery), który wyznał ponadto, że odkąd gra Sherlocka, stara się bawić w detektywa i dociekać w pociągu, skąd jego towarzysze podróży mają błoto na butach, albo kim mogą być z zawodu. Jest to tym bardziej urocze - i znaczące - że Downey w odpowiedzi na analogiczne pytanie odparł rozkosznie, że sam nie mógłby być detektywem i że woli być "twórczy". I to właściwie nam wystarczy, by wiedzieć o obu produkcjach wszystko, prawda?
ShK nie wyglądał końca grudnia z taką niecierpliwością odkąd skończył 7 lat...
P.S. Kto jeszcze nie był, temu przypomina Sherlockista, że można zobaczyć Benedicta na rozgrzewkę w "Szpiegu" (Tinker Tailor Soldier Spy). Sam film budzi mieszane uczucia, bo, z całym szacunkiem dla stylizacji, wypieszczenia, klasycznego ducha, etc., etc., jak bardzo refleksyjne, poetyckie i powolne może być kino w gruncie rzeczy jednak szpiegowskie?! Ale role Cumberbatcha i zwłaszcza jego filmowego zwierzchnika, Gary'ego Oldmana, są naprawdę wspaniałe i rozkosz przynosi widzowi samo oglądanie tak świetnej obsady (w tym także wspaniałego jak zawsze Colina Firtha i czarnego charakteru z poprzedniego Ritchiego, Marka Stronga), zgromadzonej w jednym miejscu.
Sherlock Holmes: A Game of Shadows, które u nas zawita dopiero w urodziny Sherlocka, 6 stycznia, na Zachodzie zbiera już pierwsze recenzje. Takie... takie średnie, ale nie w pejoratywnym sensie tego słowa. W zasadzie, Sherlockista w ogóle nie jest zaskoczony.
Na plus zapisują nowemu Sherlockowi Ritchiego tempo akcji, ale też coś, na co Sherlockista się szczerze cieszy, czyli radość, humor, polot i klimat chłopięcej wyprawy dwóch przyjaciół-awanturników. To może być całkiem sympatyczne i może nawet uratować ten film - przynajmniej w oczach ShK.
Wszyscy doceniają fakt, że Holmes i Watson, chociaż skandalicznie, zdaniem większości krytyków, różni od literackiego pierwowzoru, są przynajmniej wyraziści i koncentrują na sobie uwagę. To pewnie dobrze.
Na minus: to, czego od początku się obawialiśmy. Wybuchy, chaos, popisówy i afekciarstwo. Nie do końca składna fabuła, w której Moriarty'ego jest za dużo - a, jak trafnie zauważył jeden z recenzentów, nie przypadkiem sam Doyle chował go w cieniu, by pobudzić wyobraźnię - podczas gdy Sim, postać grana przez Noomi Rapace, jest trochę za mało. Sama Noomi wyraziła żal, że nie pozwolono jej więcej pobawić się nożami, co może sugerować, że nie jest to kreacja szczególnie złożona. Irene Adler pojawia się ponoć tylko po to, by była. Stephen Fry jakoś nie zasłużył na zbyt wiele wzmianek, co szczerze ShK zaniepokoiło. Ekipa nie pozostawia złudzeń, że film był realizowany według precyzyjnie zaplanowanego scenariusza - przeciwnie, wyznaje rozkosznie, że dialogi i sceny rodziły się w większości na planie. Nie brzmi to zachęcająco. Nie ma też żadnych jasnych pomysłów na przyszłość. Zupełnie bez żenady informuje się nas, że zależy to od ilości sprzedanych biletów. Sherlockista wolałby, żeby Ritchiemu chociaż chciało się kłamać, że obmyślił elegancki pomysł na trzy spójne filmy, na rozwój postaci, na intrygi...
W dodatku, okazuje się, że nawet wszystkie obiecane europejskie krajobrazy - Paryże i Alpy - zostały zrekonstruowane w samej Anglii, co jednak jest pewnym rozczarowaniem.
No i na koniec, nieuniknione: kompletna masakra z ACD, zarzut, który pojawił się już po pierwszej części, a teraz wypowiadany jest z jeszcze większą zjadliwością. Sherlockista bronił Downeya i Ritchiego dwa lata temu i chociaż boi się, że nie da rady sam przed sobą wybronić ich po sequelu, to jednak przypomina nieśmiało, że ludzi, którzy wylewają żółć na amerykańskich barbarzyńców, przeważnie płaczą po "Holmesie - kanapowym detektywie" i wyrażają zdziwienie, a nawet oburzenie faktem, że Downey żwawo biega i "nie mógłby mieć grama tłuszczu" (autentyk!). Jednym słowem: mylą Sherlocka z Mycroftem, ewentualnie z Poirotem Agathy Christie (z najwspanialszym pod słońcem Davidem Suchetem) - co bierze się z różnych niefortunnych ekranizacji ACD, w których Holmesa grali zasuszeni staruszkowie w rodzaju Christophera Lee pod koniec kariery czy późnego Cushinga, a Watsona dziadzio Bruce. Bierzmy więc na to poprawkę. Dla tych ludzi Brett przeskakujący przez kanapę byłby szokującym przeżyciem (i Sherlockista wie to z własnego doświadczenia - sam czuł się zupełnie wstrząśnięty, gdy nieopierzonym zupełnie jeszcze holmesolożęciem w kolebce będąc, po raz pierwszy zetknął się z Sherlockami prawdziwymi). Nie traćmy więc nadziei...
...zresztą, czym jest najstraszliwszy nawet Ritchie wobec powrotu Sherlocka BBC :)
Tu, dla odmiany, każda kolejna informacja jest coraz bardziej uspokajająca. W pierwszym odcinku, tym z Irene Adler, będzie wprawdzie miłość, ale nie będzie zakochanego Sherlocka (uff). W drugim będzie groza. W trzecim będzie mnóstwo emocji - i prawdę mówiąc, Sherlockista już je trochę odczuwa (no bo a jak go jednak zrzucą i nie zrobią kolejnej serii...). Wiadomo to z wywiadu z Benedictem Cumberbatchem (szczegółowych zapowiedzi BBC Sherlockista nie czytał, bo nastraszyli go, że są tam spoilery), który wyznał ponadto, że odkąd gra Sherlocka, stara się bawić w detektywa i dociekać w pociągu, skąd jego towarzysze podróży mają błoto na butach, albo kim mogą być z zawodu. Jest to tym bardziej urocze - i znaczące - że Downey w odpowiedzi na analogiczne pytanie odparł rozkosznie, że sam nie mógłby być detektywem i że woli być "twórczy". I to właściwie nam wystarczy, by wiedzieć o obu produkcjach wszystko, prawda?
ShK nie wyglądał końca grudnia z taką niecierpliwością odkąd skończył 7 lat...
P.S. Kto jeszcze nie był, temu przypomina Sherlockista, że można zobaczyć Benedicta na rozgrzewkę w "Szpiegu" (Tinker Tailor Soldier Spy). Sam film budzi mieszane uczucia, bo, z całym szacunkiem dla stylizacji, wypieszczenia, klasycznego ducha, etc., etc., jak bardzo refleksyjne, poetyckie i powolne może być kino w gruncie rzeczy jednak szpiegowskie?! Ale role Cumberbatcha i zwłaszcza jego filmowego zwierzchnika, Gary'ego Oldmana, są naprawdę wspaniałe i rozkosz przynosi widzowi samo oglądanie tak świetnej obsady (w tym także wspaniałego jak zawsze Colina Firtha i czarnego charakteru z poprzedniego Ritchiego, Marka Stronga), zgromadzonej w jednym miejscu.
piątek, 21 października 2011
Mieszany post, mieszane uczucia: bardzo fajna debata i bardzo mieszany trailer do Game of Shadows
Justeene miała, oczywiście, rację w swoim komentarzu do poprzedniego posta. Event, który Sherlockista chciałby z całego serca wszystkim polecić to Wielka Holmesologiczna Debata, która odbędzie się online, w czwartek, 10 listopada o 21 czasu polskiego (o ile ShK dobrze przekonwertował 20 GMT - ale jak był na stypendium w Edynburgu, to miał zawsze godzinę wcześniej niż rodacy, więc tak jakoś kalkuluje ;)).
Szczegółów można się dowiedzieć, lajkując fejsbukowego fanpejdża debaty. Wezmą w niej udział trzy drużyny: drużyna Sherlocka BBC, drużyna Sherlocka Ritchiego i, ku zachwytowi Sherlockisty, drużyna Klasycznych Adaptacji (tak, drodzy Bretciści). Ta ostatnia dołączyła do stawki na koniec, dzięki zaangażowaniu osób, które chciały z tych właśnie pozycji wystąpić. Uwaga! Jest też szansa dla nas. Przed końcem października ma się ponoć pojawić na zlinkowanej wyżej fanstronie Coś, co umożliwi nam zdobycie jednego z 80 bodaj miejsc dla publiczności. Publiczność będzie miała szansę również się wypowiedzieć/zadawać pytania. W ramach drużyn wystąpią eksperci (co Sherlockistę bardzo cieszy), a ich kapitanowie będą znani już w tym tygodniu.
Sherlockista jest zupełnie Debatą zachwycony i zachęca wszystkich, żeby czatowali na miejsca.
(P.S. Jeśli ktoś z Czytelników szczególnie nie lubi facebooka, to istnieje na temat debaty również strona wolna od Zuckerberga :)
No, to bezstresowo już w tym poście było, a teraz czas na Nieuchronne: nowy trailer Sherlocka Ritchiego. Sherlockista z góry powie, że - choć wie, że naraża się Tym spośród Czytelników, którzy z całą pewnością bardzo uważaliby na to, by przez pomyłkę nie zakwalifikować się do drużyny Ritchiego i Downeya ;) - widzi w tym trailerze bardzo dużo fajnych rzeczy. Coś o klątwie, jaką dla Holmesa jest widzenie tylu szczegółów i rozumienie wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Jakieś interakcje między nim a Watsonem w klimacie, który Shk właściwie odpowiada. Zdaje się, że Mary Morstan zostaje zrzucona z mostu (och tak, tak, tak!). Nieźle pokazywany Moriarty. Historia ma rozmach. Ale do tego... koszmarnie dużo strzałów, strzelanin wręcz, wybuchów i idiotycznych scen walki, z Cyganką Rapace w charakterze kung-fu pandy... No nie wie, nie wie Sherlockista co o tym myśleć i stąd wszystkie te mieszane uczucia wyrażone w tytule. A Czytelnicy niech osądzą sami:
Szczegółów można się dowiedzieć, lajkując fejsbukowego fanpejdża debaty. Wezmą w niej udział trzy drużyny: drużyna Sherlocka BBC, drużyna Sherlocka Ritchiego i, ku zachwytowi Sherlockisty, drużyna Klasycznych Adaptacji (tak, drodzy Bretciści). Ta ostatnia dołączyła do stawki na koniec, dzięki zaangażowaniu osób, które chciały z tych właśnie pozycji wystąpić. Uwaga! Jest też szansa dla nas. Przed końcem października ma się ponoć pojawić na zlinkowanej wyżej fanstronie Coś, co umożliwi nam zdobycie jednego z 80 bodaj miejsc dla publiczności. Publiczność będzie miała szansę również się wypowiedzieć/zadawać pytania. W ramach drużyn wystąpią eksperci (co Sherlockistę bardzo cieszy), a ich kapitanowie będą znani już w tym tygodniu.
Sherlockista jest zupełnie Debatą zachwycony i zachęca wszystkich, żeby czatowali na miejsca.
(P.S. Jeśli ktoś z Czytelników szczególnie nie lubi facebooka, to istnieje na temat debaty również strona wolna od Zuckerberga :)
No, to bezstresowo już w tym poście było, a teraz czas na Nieuchronne: nowy trailer Sherlocka Ritchiego. Sherlockista z góry powie, że - choć wie, że naraża się Tym spośród Czytelników, którzy z całą pewnością bardzo uważaliby na to, by przez pomyłkę nie zakwalifikować się do drużyny Ritchiego i Downeya ;) - widzi w tym trailerze bardzo dużo fajnych rzeczy. Coś o klątwie, jaką dla Holmesa jest widzenie tylu szczegółów i rozumienie wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Jakieś interakcje między nim a Watsonem w klimacie, który Shk właściwie odpowiada. Zdaje się, że Mary Morstan zostaje zrzucona z mostu (och tak, tak, tak!). Nieźle pokazywany Moriarty. Historia ma rozmach. Ale do tego... koszmarnie dużo strzałów, strzelanin wręcz, wybuchów i idiotycznych scen walki, z Cyganką Rapace w charakterze kung-fu pandy... No nie wie, nie wie Sherlockista co o tym myśleć i stąd wszystkie te mieszane uczucia wyrażone w tytule. A Czytelnicy niech osądzą sami:
sobota, 15 października 2011
Tym razem brzydkie obrazki, bo z Game of Shadows, ale za to kilka bardzo ciekawych lekcji z Sherlocka.
Brzydkie obrazki będą na koniec, bo jeszcze podwyższą Czytelnikom tętno i nici ze skupienia na lekcjach. A zaczniemy od przywoływanej tu już kiedyś na marginesie serii "Lessons from Sherlock Holmes" Marii Konnikovej, publikowanych nie byle gdzie bo w samym "Scientific American" na zaproszenie redakcji. Sherlockista już kiedyś serię tę polecał, ale od tamtego czasu lekcji zrobiło się sporo, więc zasługują na więcej uwagi.
Autorka lekcji, oprócz tego, że ewidentnie lubi i ceni Sherlocka, jest specjalistką od teorii decyzji - i dlatego pewnie jej teksty koncentrują się wokół idei, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu rad Holmesa możemy na co dzień unikać wielu błędów. Wiele opisywanych przez nią technik jest skuteczne przy rozwiązywaniu wszelkiego rodzaju problemów, wiele też ma ogólny charakter - jak na przykład zalecenie, by zawsze gromadzić wiedzę z różnych obszarów, nawet tych, co do których nie mamy pewności, że może się przydać. To, mówiąc po prostu, ułatwia nam potem osiągania błyskotliwych wglądów w rozwiązanie problemów z innych dziedzin. Im więcej różnych rzeczy wiemy, tym lepiej i sprawniej kojarzymy i tym bardziej wyrabiamy w sobie intuicje co do możliwych dróg rozwikłania zagadki (dla zainteresowanych szczegółami: lekcja dostępna tu). Sherlockistę szczególnie ucieszyło to, że Konnikova wyszła poza bardzo słynne fragmenty STUD, w których Watson podsumowuje umiejętności Holmesa i jak Czytelnicy pamiętają, nasz detektyw okazuje się specjalistą o dość wąskich horyzontach, a w dodatku sam Sherlock zaleca wszystkim, by wyrzucali z umysłu niepotrzebne graty w rodzaju wiedzy o Układzie Słonecznym. Sięgnęła po VALL i spór Holmesa z inspektorem MacDonaldem o to, że czasem warto nawet czytać różne pozornie niezwiązane ze sprawą rzeczy - bo nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Jednocześnie, nie zaniedbuje nauki Holmesa o tym, że umysłu nie wolno zaśmiecać - nauki szczególnie wręcz istotnej, kiedy wszyscy poddajemy się bezustannemu bombardowaniu sieciowym spamem i chłamem (o czyszczeniu umysłowego strychu: tu).
Chociaż niektóre wywody są dość banalne (jak na przykład ten o zagrożeniach płynących z nadmiernej pewności siebie i jak można się przed nimi ustrzec, czy ten, będący pochwałą wyobraźni), wszystkie cechują dwie zalety: niestereotypowe i wnikliwe wykorzystanie opowieści o Holmesie oraz przytaczane w nich empiryczne badania na poparcie tez autorki.
Pewne uwagi są wręcz bezcenne i to szczególnie dlatego, że obalają część rzadko bardzo wywlekanych na światło dzienne i analizowanych mitów na temat Holmesowego myślenia. Większość z nas kojarzy pewnie metodę Holmesa z obsesyjnym niemal skupieniem na faktach - I cannot make bricks without clay - It is a capital mistake to theorize before one has data etc. - i unikaniem przedwczesnego teoretyzowania. Konnikova nie narusza takiej wizji Sherlockowego rozumowania, ale podkreśla bardzo istotny element: fakty podlegają selekcji. Aby zobaczyć, które z nich są istotne, a które błahe - bez tego nie da się rozwiązać żadnej zagadki! - należy najpierw zyskać odpowiednią perspektywę. Jednym z najlepszych sposobów na to jest zaś nie uporczywe międlenie danych, a odmiana, koncert skrzypcowy w towarzystwie Watsona, zajęcie uwagi innym drobnym problemem. O Holmesie i perspektywie można poczytać tu.
Sherlockista wyróżniłby też grupę tekstów poświęconych problemowi pochopnie przyjmowanych założeń, czy też nieświadomych nastawień, przez które nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że podejmujemy przemyślane decyzje, w istocie kierujemy się nie do końca uświadamianymi przesądami i przewidywaniami.
Tu dopiero pojawiają się niezwykle rozsądnie zinterpretowane uwagi Holmesa ze STUD o tym, by nie przywiązywać się pochopnie do hipotez, zanim nie pozna się faktów. Sherlock może nie uświadamiał sobie w pełni tego, co podkreślają często filozofowie nauki (i nie tylko nauki), że bez hipotezy, czy choćby wstępnej teorii nie ma w ogóle żadnych "faktów" - po prostu nie potrafimy interpretować zdarzeń - ale z pewnością nie był tak naiwny, jak czasem mogłoby to wynikać z niezbyt dogłębnie przestudiowanych cytatów. Na temat nie podejmowania decyzji zanim rozpocznie się właściwa analiza sytuacji więcej znajdą Czytelnicy tu. W tym kontekście łatwo uznać tekst o tym, by zawierzyć faktom, a nie naszym wersjom faktów, za dowód niekonsekwencji autorki (lub/i Holmesa). Pozornie wydawałoby się, że Konnikova nawołuje - i to podpierając się argumentacją Sherlocka - że powinniśmy "czyścić fakty z naszych interpretacji". Nic bardziej błędnego. Żadnych "nagich faktów" nigdy nie zobaczymy. Szklanka po winie na stole zawsze będzie dla nas elementem jakiegoś łańcucha dociekań, sama w sobie jest tylko niezwykle wręcz skomplikowanym zbiorem atomów - a pojęcie atomu także nie jest wolne od potężnego teoretycznego bagażu. Należy jednak dążyć do tego, by w maksymalnym stopniu uświadamiać sobie, jakie teorie, a związku z tym jakie założenia przyjęliśmy. Czy aby nie postrzegamy jej automatycznie jako śladu po zbrodniarzu i nawet zapomnieliśmy zadać sobie pytanie, czemu nie miałaby należeć do ofiary? Tak zinterpretowana porada Holmesa/Konnikovej jest, zdaniem Sherlockisty, niezwykle wręcz cenna.
Najnowsza lekcja, z 11 października wpisuje się w ten ostatni nurt. Poświęcona została nieświadomym kategoryzacjom i kłopotom, w jakie wpadamy wówczas, gdy niedostatecznie kontrolujemy efekty owych kategoryzacji. Mówiąc prościej: mamy mnóstwo stereotypowych pojęć, przekonań i oczekiwań, które nie w pełni świadomie wykorzystujemy w postrzeganiu świata. Konnikova przytacza badania, których uczestnicy - mówiąc w wielkim skrócie i uproszczeniu - zupełnie bezwiednie uznawali, że kobieta, którą widzieli w nerwach, po prostu jest nerwowa. Nie brali pod uwagę tego, że akurat rozmawiała na bardzo ekscytujący temat i że w innych okolicznościach mogłaby być oazą spokoju. Wniosek z tej lekcji jest bardzo prosty: nie oceniajmy książki po okładce, weźmy pod uwagę możliwe okoliczności łagodzące...
... i dopiero po tym przygotowaniu zaatakuje Sherlockista swoich drogich Czytelników tym :) :
Czy Czytelnicy widzieli kiedyś coś bardziej wyfotoszopowanego? I kogoś, kto bardziej udawałby wiktoriańskich rewolwerowców?
Pytanie retoryczne... do zobaczenia jutro, będzie wspaniała wiadomość o naprawdę świetnym przedsięwzięciu ;)
Autorka lekcji, oprócz tego, że ewidentnie lubi i ceni Sherlocka, jest specjalistką od teorii decyzji - i dlatego pewnie jej teksty koncentrują się wokół idei, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu rad Holmesa możemy na co dzień unikać wielu błędów. Wiele opisywanych przez nią technik jest skuteczne przy rozwiązywaniu wszelkiego rodzaju problemów, wiele też ma ogólny charakter - jak na przykład zalecenie, by zawsze gromadzić wiedzę z różnych obszarów, nawet tych, co do których nie mamy pewności, że może się przydać. To, mówiąc po prostu, ułatwia nam potem osiągania błyskotliwych wglądów w rozwiązanie problemów z innych dziedzin. Im więcej różnych rzeczy wiemy, tym lepiej i sprawniej kojarzymy i tym bardziej wyrabiamy w sobie intuicje co do możliwych dróg rozwikłania zagadki (dla zainteresowanych szczegółami: lekcja dostępna tu). Sherlockistę szczególnie ucieszyło to, że Konnikova wyszła poza bardzo słynne fragmenty STUD, w których Watson podsumowuje umiejętności Holmesa i jak Czytelnicy pamiętają, nasz detektyw okazuje się specjalistą o dość wąskich horyzontach, a w dodatku sam Sherlock zaleca wszystkim, by wyrzucali z umysłu niepotrzebne graty w rodzaju wiedzy o Układzie Słonecznym. Sięgnęła po VALL i spór Holmesa z inspektorem MacDonaldem o to, że czasem warto nawet czytać różne pozornie niezwiązane ze sprawą rzeczy - bo nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Jednocześnie, nie zaniedbuje nauki Holmesa o tym, że umysłu nie wolno zaśmiecać - nauki szczególnie wręcz istotnej, kiedy wszyscy poddajemy się bezustannemu bombardowaniu sieciowym spamem i chłamem (o czyszczeniu umysłowego strychu: tu).
Chociaż niektóre wywody są dość banalne (jak na przykład ten o zagrożeniach płynących z nadmiernej pewności siebie i jak można się przed nimi ustrzec, czy ten, będący pochwałą wyobraźni), wszystkie cechują dwie zalety: niestereotypowe i wnikliwe wykorzystanie opowieści o Holmesie oraz przytaczane w nich empiryczne badania na poparcie tez autorki.
Pewne uwagi są wręcz bezcenne i to szczególnie dlatego, że obalają część rzadko bardzo wywlekanych na światło dzienne i analizowanych mitów na temat Holmesowego myślenia. Większość z nas kojarzy pewnie metodę Holmesa z obsesyjnym niemal skupieniem na faktach - I cannot make bricks without clay - It is a capital mistake to theorize before one has data etc. - i unikaniem przedwczesnego teoretyzowania. Konnikova nie narusza takiej wizji Sherlockowego rozumowania, ale podkreśla bardzo istotny element: fakty podlegają selekcji. Aby zobaczyć, które z nich są istotne, a które błahe - bez tego nie da się rozwiązać żadnej zagadki! - należy najpierw zyskać odpowiednią perspektywę. Jednym z najlepszych sposobów na to jest zaś nie uporczywe międlenie danych, a odmiana, koncert skrzypcowy w towarzystwie Watsona, zajęcie uwagi innym drobnym problemem. O Holmesie i perspektywie można poczytać tu.
Sherlockista wyróżniłby też grupę tekstów poświęconych problemowi pochopnie przyjmowanych założeń, czy też nieświadomych nastawień, przez które nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że podejmujemy przemyślane decyzje, w istocie kierujemy się nie do końca uświadamianymi przesądami i przewidywaniami.
Tu dopiero pojawiają się niezwykle rozsądnie zinterpretowane uwagi Holmesa ze STUD o tym, by nie przywiązywać się pochopnie do hipotez, zanim nie pozna się faktów. Sherlock może nie uświadamiał sobie w pełni tego, co podkreślają często filozofowie nauki (i nie tylko nauki), że bez hipotezy, czy choćby wstępnej teorii nie ma w ogóle żadnych "faktów" - po prostu nie potrafimy interpretować zdarzeń - ale z pewnością nie był tak naiwny, jak czasem mogłoby to wynikać z niezbyt dogłębnie przestudiowanych cytatów. Na temat nie podejmowania decyzji zanim rozpocznie się właściwa analiza sytuacji więcej znajdą Czytelnicy tu. W tym kontekście łatwo uznać tekst o tym, by zawierzyć faktom, a nie naszym wersjom faktów, za dowód niekonsekwencji autorki (lub/i Holmesa). Pozornie wydawałoby się, że Konnikova nawołuje - i to podpierając się argumentacją Sherlocka - że powinniśmy "czyścić fakty z naszych interpretacji". Nic bardziej błędnego. Żadnych "nagich faktów" nigdy nie zobaczymy. Szklanka po winie na stole zawsze będzie dla nas elementem jakiegoś łańcucha dociekań, sama w sobie jest tylko niezwykle wręcz skomplikowanym zbiorem atomów - a pojęcie atomu także nie jest wolne od potężnego teoretycznego bagażu. Należy jednak dążyć do tego, by w maksymalnym stopniu uświadamiać sobie, jakie teorie, a związku z tym jakie założenia przyjęliśmy. Czy aby nie postrzegamy jej automatycznie jako śladu po zbrodniarzu i nawet zapomnieliśmy zadać sobie pytanie, czemu nie miałaby należeć do ofiary? Tak zinterpretowana porada Holmesa/Konnikovej jest, zdaniem Sherlockisty, niezwykle wręcz cenna.
Najnowsza lekcja, z 11 października wpisuje się w ten ostatni nurt. Poświęcona została nieświadomym kategoryzacjom i kłopotom, w jakie wpadamy wówczas, gdy niedostatecznie kontrolujemy efekty owych kategoryzacji. Mówiąc prościej: mamy mnóstwo stereotypowych pojęć, przekonań i oczekiwań, które nie w pełni świadomie wykorzystujemy w postrzeganiu świata. Konnikova przytacza badania, których uczestnicy - mówiąc w wielkim skrócie i uproszczeniu - zupełnie bezwiednie uznawali, że kobieta, którą widzieli w nerwach, po prostu jest nerwowa. Nie brali pod uwagę tego, że akurat rozmawiała na bardzo ekscytujący temat i że w innych okolicznościach mogłaby być oazą spokoju. Wniosek z tej lekcji jest bardzo prosty: nie oceniajmy książki po okładce, weźmy pod uwagę możliwe okoliczności łagodzące...
... i dopiero po tym przygotowaniu zaatakuje Sherlockista swoich drogich Czytelników tym :) :
Czy Czytelnicy widzieli kiedyś coś bardziej wyfotoszopowanego? I kogoś, kto bardziej udawałby wiktoriańskich rewolwerowców?
Pytanie retoryczne... do zobaczenia jutro, będzie wspaniała wiadomość o naprawdę świetnym przedsięwzięciu ;)
sobota, 24 września 2011
[minipost] Sherlock po chińsku.
I nie, nie chodzi o modną parę lat temu serię powieści o chińskim detektywie... ee... no... w takich czarnych okładkach z krzaczkiem, innym w każdym tomie, bardzo sympatyczne.
Oto Downey na planie Game of Shadows, w towarzystwie Rachel McAdams (czyli Irene Adler znanej nam z pierwszej części). Dla tych, którzy wciąż nie są pewni, o kim mówię: to ten Chińczyk w czapce nergalówce. Trudno powiedzieć, czy nieodłączne okularki Downeya również stanowią część kostiumu, ale całokształt robi dobre wrażenie - pewnie Kanoniczny pierwowzór podobnego pomysłu by się nie powstydził. Przebieranki muszą zaaprobować nawet najzawziętsi wrogowie Ritchie-Sherlocków ;)
Oto Downey na planie Game of Shadows, w towarzystwie Rachel McAdams (czyli Irene Adler znanej nam z pierwszej części). Dla tych, którzy wciąż nie są pewni, o kim mówię: to ten Chińczyk w czapce nergalówce. Trudno powiedzieć, czy nieodłączne okularki Downeya również stanowią część kostiumu, ale całokształt robi dobre wrażenie - pewnie Kanoniczny pierwowzór podobnego pomysłu by się nie powstydził. Przebieranki muszą zaaprobować nawet najzawziętsi wrogowie Ritchie-Sherlocków ;)
sobota, 3 września 2011
Wrzesień na Sherlockianach
...nastał, a Sherlockista wyzna, że chociaż obijał się w sierpniu skandalicznie, to wyrzutów sumienia większych nie ma, bo, po prostu, nic się specjalnego nie działo i można było z czystym sumieniem korzystać ze słońca oraz, jak by powiedział przytłoczony kondycją młodzieży polskiej prof. Hartman, piwa, muzy i plaży. Kto żyje życiem Akademii mógł rozkoszować się wraz z Sherlockistą błogą świadomością, że to sam środek wakacji, a kto jeszcze w szkole lub już w pracy, ten tym bardziej czuł presję, by mijający bezpowrotnie miesiąc wykorzystywać gdzieś z dala od komputera.
Sherlockista zapewnia jednak, że po prostu stęsknił się za Sherlockianami jako takimi, za Waszymi komentarzami i za tym cudownym poczuciem, że rok 1895 jest żywy jeszcze wieczniej niż towarzysz Lenin, w związku z czym we wrześniu będzie coś pisał, choćby w materiałach miał kilka ploteczek z planu i informacje w rodzaju "ach jej, lament w Ameryce, przesuwają premierę Tinker Tailor Soldier Spy, w której gra Cumberbatch".
Jakie ogórki tymczasem zakwitły nam w tych ostatnich tygodniach sezonu?
Po pierwsze, ShK uzbierał dwie dobre informacje na temat Sherlocka 2 Ritchiego (Game of Shadows - dla polskich guglatorów, "Gra cieni").
Pierwsza z tych informacji to taka, że Downey był niepocieszony, bo, uwaga, w przeciwieństwie do tego, jak przebiegały prace nad pierwszym filmem, tym razem sceny akcji kręcono na samym końcu. Można stąd wywnioskować taki - pocieszający! - wniosek, że w nowym Sherlocku będą jakieś sceny, które nie są scenami akcji i które nakręcono na początku. Na potwierdzenie tych jutrzenkę nadziei niosących z sobą słów wypłynęło na serwisy filmowe zdjęcie Moriarty'ego-Harrisa oraz Holmesa-Downeya, którzy oddają się rozrywce w powszechnej wyobraźni jak najdalszej od wszelkiej akcji, czyli grze w szachy.
Oto i ono:
Co prawda jest to najprawdopodobniej ujęcie "zza kulis", na którym Moriarty i jakaś tajemnicza siwa postać z boku chyba podczytują jeszcze scenariusz, ale można optymistycznie założyć, że szachownica nie została tam przywleczona tylko przez znudzonych oczekiwaniem na swoje wejście kaskaderów.
Informacja, którą Sherlockista najchętniej by zignorował, ale jakaś sadystyczna potrzeba zrzucenia cierpienia na innych mu nie pozwala, jest taka, że Amerykanie szykują się już na ekscytujący pojedynek. Trzeba tu zaznaczyć, że dla nich z jakichś bardzo smutnych przyczyn każda premiera kinowa to pojedynek, bo zazwyczaj w ten sam weekend wychodzi więcej niż jeden "duży" film. Sherlock i "Game of Shadows" na przykład zmierzy się w bitwie o widza z sequelem "Alvina i wiewiórek" i Sherlockista... z całym szacunkiem dla wiewiórek... wolałby nie poznać nigdy wyników tej rywalizacji...
Sam Ritchie ponoć wierzy w swojego drugiego Sherlocka, więc i my wierzmy.
Aby zadośćuczynić Czytelnikom za długą przerwę, od razu dorzuci też Sherlockista garść wiadomości na temat drugiego Sherlocka, którego wyglądamy chyba jeszcze bardziej, i który nadejdzie od strony BBC.
Sherlockista zapewnia jednak, że po prostu stęsknił się za Sherlockianami jako takimi, za Waszymi komentarzami i za tym cudownym poczuciem, że rok 1895 jest żywy jeszcze wieczniej niż towarzysz Lenin, w związku z czym we wrześniu będzie coś pisał, choćby w materiałach miał kilka ploteczek z planu i informacje w rodzaju "ach jej, lament w Ameryce, przesuwają premierę Tinker Tailor Soldier Spy, w której gra Cumberbatch".
Jakie ogórki tymczasem zakwitły nam w tych ostatnich tygodniach sezonu?
Po pierwsze, ShK uzbierał dwie dobre informacje na temat Sherlocka 2 Ritchiego (Game of Shadows - dla polskich guglatorów, "Gra cieni").
Pierwsza z tych informacji to taka, że Downey był niepocieszony, bo, uwaga, w przeciwieństwie do tego, jak przebiegały prace nad pierwszym filmem, tym razem sceny akcji kręcono na samym końcu. Można stąd wywnioskować taki - pocieszający! - wniosek, że w nowym Sherlocku będą jakieś sceny, które nie są scenami akcji i które nakręcono na początku. Na potwierdzenie tych jutrzenkę nadziei niosących z sobą słów wypłynęło na serwisy filmowe zdjęcie Moriarty'ego-Harrisa oraz Holmesa-Downeya, którzy oddają się rozrywce w powszechnej wyobraźni jak najdalszej od wszelkiej akcji, czyli grze w szachy.
Oto i ono:
Co prawda jest to najprawdopodobniej ujęcie "zza kulis", na którym Moriarty i jakaś tajemnicza siwa postać z boku chyba podczytują jeszcze scenariusz, ale można optymistycznie założyć, że szachownica nie została tam przywleczona tylko przez znudzonych oczekiwaniem na swoje wejście kaskaderów.
Informacja, którą Sherlockista najchętniej by zignorował, ale jakaś sadystyczna potrzeba zrzucenia cierpienia na innych mu nie pozwala, jest taka, że Amerykanie szykują się już na ekscytujący pojedynek. Trzeba tu zaznaczyć, że dla nich z jakichś bardzo smutnych przyczyn każda premiera kinowa to pojedynek, bo zazwyczaj w ten sam weekend wychodzi więcej niż jeden "duży" film. Sherlock i "Game of Shadows" na przykład zmierzy się w bitwie o widza z sequelem "Alvina i wiewiórek" i Sherlockista... z całym szacunkiem dla wiewiórek... wolałby nie poznać nigdy wyników tej rywalizacji...
![]() |
| źródło: imdb |
Aby zadośćuczynić Czytelnikom za długą przerwę, od razu dorzuci też Sherlockista garść wiadomości na temat drugiego Sherlocka, którego wyglądamy chyba jeszcze bardziej, i który nadejdzie od strony BBC.
Na pierwszą odsłonę BBC-Sherlocka spłynęła kolejna ważna nagroda, tym razem na festiwalu w Edynburgu.
O Cumberbatchu wiemy już, że wkrótce ujawni talenty szpiegowskie w Tinker Tailor Soldier Spy i na plakacie wyszedł tak:
Można też w tym miejscu dodać, że bardzo dzielnie sprawił się w plebiscycie BBC America na ulubieńców płci męskiej. Odpadł dopiero w półfinałach, gdy przyszło mu się zmierzyć z późniejszym triumfatorem imprezy, Alanem Rickmanem. (Sherlockista wyzna z pewnym zażenowaniem, że osobiście kibicował jeszcze bodaj bardziej drugiej "nodze" półfinałów, gdzie jego najukochańszy Doktor (Who) David Tennant poległ w boju z wielkim Colinem Firthem).
O Gatissie, a zwłaszcza o Stevenie Moffatcie dowiedział się natomiast Sherlockista w ten leniwy sierpień, że są jeszcze bardziej utalentowani niż kiedykolwiek mu się wydawało. Niniejszym zachęca i gorąco namawia wszystkich Sherlockistów, żeby dali się wkręcić w nowego Doktora Who (reaktywowanego w roku 2005). Pełnię władzy pisarskiej przejął Moffat dopiero wraz z nadejściem Doktora 11, czyli od piątego sezonu, w roku 2010 - i zupełnie niesamowite jest to, o ileż bardziej dorosłe, skomplikowane i wciągające są teraz scenariusze. Sherlockista nie jest nawet pewien, czy go za bardzo aby nie męczy ten nowy, zupełnie nie rozhisteryzowany Doktor i jego wielowątkowa historia budowana spójnie od dwóch już sezonów i czy nie tęskni jednak nade wszystko za dziecięcą rozkoszą, jaką dawał Tennant uganiając się z krzykiem za wielkimi, zielonymi potworami. Wystarczy jednak zobaczyć kilka epizodów Moffata, żeby widzieć jasno, że scenariusze trzech pierwszych Sherlocków nieprzypadkowo były tak dobre, inteligentne, trzymające w napięciu i pełne zagadek. Ten facet (ci faceci) mają naprawdę ogromny talent do budowania intryg i jasnego opowiadania zawiłych opowieści, który to talent w dodatku rozwija się z każdym nowym filmem. O ile tylko Moffat kompletnie się nie wypali (a w wywiadach trochę jednak narzeka na zmęczenie - pisanie na raz dwóch najważniejszych seriali Wielkiej Brytanii to nie przelewki), to sądząc po nowym Doktorze, druga seria Sherlocków powinna być naprawdę wciągająca.
Ma Sherlockista jeszcze jeden ładny niusik o autorach BBC-Sherlocka, ale ponieważ domaga się dłuższego komentarza, a w tej notce by utonął, to zaprezentuje go jutro :) Nie ma już wiele zaległego Doktora do oglądania, więc można mu wierzyć, że wróci.
środa, 20 lipca 2011
Szczegóły Sherlocka 2 Ritchiego...
... nie brzmią tak źle jak trailer. Jak wynika ze streszczeń, które pojawiły się już w Sieci, film zacznie się od śmierci austriackiego księcia. Oczywiście, poczciwy Lestrade oraz opinia publiczna uznają tę śmierć za samobójstwo - ale Sherlock zwietrzy morderstwo. Co więcej, nabierze podejrzeń, że jest to tylko element wielkiej układanki autorstwa profesora Moriarty'ego. Wprowadzenie postaci Napoleona Zbrodni zostało nieźle przygotowane w pierwszej części Sherlocka, więc tu, nie licząc może trochę niepojętego dla Sherlockisty owłosienia odtwórcy tej roli, Jareda Harrisa:
...powinno wypaść całkiem naturalnie i zrozumiale. Akcja filmu zacznie się od wieczoru kawalerskiego Watsona. Przy okazji, to tam mamy poznać starszego i mądrzejszego z braci Holmesów: Stephena Fry'a ;)
To wtedy też Downey-Holmes spotka Cygankę Sim-Rapace, która odegrała jakąś rolę w planach Moriarty'ego, ale nie do końca zdaje sobie sprawę z powagi swojej sytuacji. Tymczasem jest następna na liście ofiar Profesora.
Holmesowi nie będzie łatwo uratować Sim i powstrzymać Moriarty'ego od realizacji, nazwijmy to ogólnikowo, "demonicznych planów" (mimo całej sympatii do pierwszej części nie można oczekiwać jakiejś składnej koncepcji w tej mierze), ponieważ nie potrafi się zdobyć na taką samą bezwzględność. I tak Moriarty i Holmes będą się uganiać za sobą przez Francję, Niemcy i, na koniec, uwaga, Szwajcarię...
No, trzeba powiedzieć, że mimo różnych zastrzeżeń, brzmi to jak całkiem przyzwoity - choć nieco amerykańsko-młodzieżowy - Sherlock ;) Pamiętajmy, że Holmesy nieco bardziej przygodowe i naiwne, takie w stylu "Młodego SH" czy nawet Indiany Jonesa to też Holmesy, często zabawne i dostarczające sporo dobrej rozrywki - mimo głupawych intryg i nadmiernej ilości gonitw - a te smętnawe, nastawione na bardziej melancholijne dedukcje oraz poważne refleksje potrafią być zupełnie kichowate, jak "Murder by Decree", z superpoważnym, miejscami wręcz łkającym Christopherem Plummerem...
![]() |
| Moriarty |
![]() |
| Mycroft |
Holmesowi nie będzie łatwo uratować Sim i powstrzymać Moriarty'ego od realizacji, nazwijmy to ogólnikowo, "demonicznych planów" (mimo całej sympatii do pierwszej części nie można oczekiwać jakiejś składnej koncepcji w tej mierze), ponieważ nie potrafi się zdobyć na taką samą bezwzględność. I tak Moriarty i Holmes będą się uganiać za sobą przez Francję, Niemcy i, na koniec, uwaga, Szwajcarię...
No, trzeba powiedzieć, że mimo różnych zastrzeżeń, brzmi to jak całkiem przyzwoity - choć nieco amerykańsko-młodzieżowy - Sherlock ;) Pamiętajmy, że Holmesy nieco bardziej przygodowe i naiwne, takie w stylu "Młodego SH" czy nawet Indiany Jonesa to też Holmesy, często zabawne i dostarczające sporo dobrej rozrywki - mimo głupawych intryg i nadmiernej ilości gonitw - a te smętnawe, nastawione na bardziej melancholijne dedukcje oraz poważne refleksje potrafią być zupełnie kichowate, jak "Murder by Decree", z superpoważnym, miejscami wręcz łkającym Christopherem Plummerem...
czwartek, 14 lipca 2011
Małe pocieszki
Po poprzednim poście - pełnym grozy, płaczu i zgrzytania zębami - coś na lepszy sen.
Pierwsza malutka sympatyczna wiadomość jest taka, że w sondzie dotyczącej naszego ukochanego odtwórcy Holmesa, wiszącej na www.facebook.com/Sherlockiana, czyli naszej fan-stronie na fejsie prowadzi Jeremy Brett i to przed Benedictem Cumberbatchem. Oczywiście głosów na razie jest tylko troszkę - Sherlockista zachęca do wypowiedzenia się, żebyśmy osiągnęli jakąś bardziej imponującą istotność statystyczną ;) - ale ShK postanowił potraktować te wyniki symbolicznie. Od wielu już lat wydawało się, że po końcówce 80/początku 90 i śmierci Bretta przed ukończeniem ekranizacji całego Kanonu poziom Sherlockianów wszelkiej maści już tylko boleśnie się obniżał. Że już nie będzie tak wiernych ekranizacji, tak wspaniałego i charyzmatycznego Sherlocka, że już zawsze będziemy truć się Freemanami i, za przeproszeniem, Roxburghami (Rupertów Everettów w ogóle przez litość pomińmy). Cumberbatch i serial BBC to wspaniały i kompletnie niespodziewany powrót Sherlocków naprawdę wielkich, który nastąpił wtedy, gdy zaczęliśmy już tracić nadzieje i to uczcijmy gromkim... hm, co by Holmesa ucieszyło... long live the Queen :) ?
Druga malutka sympatyczna wiadomość dotyczy właśnie Sherlocka Cumberbatcha. Otóż mamy dwa szczególiki dotyczące drugiej prawdopodobnie części nowego planowanego tryptyku: Hounds of Baskerville (tak tak, to nie literówki!): po pierwsze, pojawi się w nim jakiś Henry, który ma za sobą jakieś traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa i zwróci się do Sherlocka po pomoc, a po drugie, zagra go przesympatyczny Russell Toovey, znany brytyjskiej i może także części polskiej publiczności jako Alonso z doktora Who.
A trzecia naprawdę malutka i może mniej w kontekście ostatniego posta sympatyczna wiadomość jest taka, że plakat z nowego Sherlocka - ten przedstawiający Downeya-Holmesa - jest całkiem ładny... może dlatego, że nic na nim nie wybucha...
W tej sytuacji pozostaje Sherlockiście życzyć wszystkim miłych snów o Sherlocku BBC i liczyć na to, że już jutro przyniesie Czytelnikom nowe i lepsze wiadomości!
Jest źle.
Po pierwsze, panuje sezon już nie ogórkowy - bo ogórek to warzywo występujące w wielu odmianach i znakomite pod polskie tradycyjne napitki - ale chyba kalafiorowy. A może kartoflany? Czy Czytelnicy znają jakąś nudniejszą roślinę niż kartofel? Bo Sherlockista nie i nie pamięta też, żeby tak kompletnie nic się w świecie sherlockistycznym nie działo, i to w dodatku również pod względem jego indywidualnego rozwoju. Nie jest bowiem tak, że ogarnęło go wakacyjne rozleniwienie: przeciwnie raczej z braku palących doniesień, które domagałyby się natychmiastowego rozpowszechnienia postanowił ponadrabiać trochę inne przedsięwzięcia.
Po drugie, niestety... Po drugie, kiedy w końcu objawiło się coś, co komentarza z całą pewnością wymaga, to jest to... a zresztą...
Niedogolony Holmes przebrany za panią Doubtfire... Jared Harris Moriarty z ryżą brodą i spojrzeniem czarnego charakteru z powieści dla dziesięciolatków... Muzyczka jak z... nie wiadomo czego. "Speed 4"? Wiecznie naburmuszony i nieprzyjemny Watson, strzelaniny, pościgi pociągowe, wybuchy, gonitwy, mordobicia... żadnych dedukcji, zero upragnionego Stephena Frya i na dodatek straszliwie, straszliwie prymitywny dowcipas na koniec... Tak, mili Czytelnicy. Wyszedł trailer do nowego Sherlocka Ritchiego.
I jest zły. Bardzo zły. Jeszcze gorszy. W ogóle na pewno zdecydowanie gorszy niż Sherlockista oczekiwał. Właściwie optymistycznie w trailerze prezentuje się tylko Noomi Rapace w roli Cyganki (Sherlockista szczerze zachwycił się faktem, że jeszcze nigdy nie przyszło mu do głowy, że Holmes z tym swoim wróżeniem z umiejętnie wypatrzonych szczegółów wyglądu i zachowania jest zupełnie jak Cyganka właśnie, która zawsze dla zdobycia zaufania zgaduje trafnie kilka faktów z życiorysu, na przykład na podstawie podkradzionego uprzednio ofierze portfela). Jakieś resztki cieplejszych uczuć może budzić Downey - w osobach, które polubiły pierwszą część (a Sherlockista owszem, polubił). Na szczęście nie jesteśmy uświadczani dłuższymi ujęciami ze ślubu Watsona.
Tak szczerze, to gdyby nie fakt, że trailer do poprzedniego filmu też był tragiczny i odstraszał na kilometr, to by Sherlockista poszedł jednak po te ogórki i coś do nich. A tak, to... A tak to pewnie opłakiwanie Sherlocka czeka go w grudniu. I nas wszystkich.
I pomyśleć, że kiedy niedawno pokazywali mu skecz kabaretu LIMO, to pomyślał, że przydługi i taki jakiś przesadzony...
W tej sytuacji na tym może zakończy Sherlockista swój komentarz i okruch sympatycznej informacji, którym jeszcze zamierzał się dziś podzielić, zamieści w nowej, czystej notce ;)
Po drugie, niestety... Po drugie, kiedy w końcu objawiło się coś, co komentarza z całą pewnością wymaga, to jest to... a zresztą...
Niedogolony Holmes przebrany za panią Doubtfire... Jared Harris Moriarty z ryżą brodą i spojrzeniem czarnego charakteru z powieści dla dziesięciolatków... Muzyczka jak z... nie wiadomo czego. "Speed 4"? Wiecznie naburmuszony i nieprzyjemny Watson, strzelaniny, pościgi pociągowe, wybuchy, gonitwy, mordobicia... żadnych dedukcji, zero upragnionego Stephena Frya i na dodatek straszliwie, straszliwie prymitywny dowcipas na koniec... Tak, mili Czytelnicy. Wyszedł trailer do nowego Sherlocka Ritchiego.
I jest zły. Bardzo zły. Jeszcze gorszy. W ogóle na pewno zdecydowanie gorszy niż Sherlockista oczekiwał. Właściwie optymistycznie w trailerze prezentuje się tylko Noomi Rapace w roli Cyganki (Sherlockista szczerze zachwycił się faktem, że jeszcze nigdy nie przyszło mu do głowy, że Holmes z tym swoim wróżeniem z umiejętnie wypatrzonych szczegółów wyglądu i zachowania jest zupełnie jak Cyganka właśnie, która zawsze dla zdobycia zaufania zgaduje trafnie kilka faktów z życiorysu, na przykład na podstawie podkradzionego uprzednio ofierze portfela). Jakieś resztki cieplejszych uczuć może budzić Downey - w osobach, które polubiły pierwszą część (a Sherlockista owszem, polubił). Na szczęście nie jesteśmy uświadczani dłuższymi ujęciami ze ślubu Watsona.
Tak szczerze, to gdyby nie fakt, że trailer do poprzedniego filmu też był tragiczny i odstraszał na kilometr, to by Sherlockista poszedł jednak po te ogórki i coś do nich. A tak, to... A tak to pewnie opłakiwanie Sherlocka czeka go w grudniu. I nas wszystkich.
I pomyśleć, że kiedy niedawno pokazywali mu skecz kabaretu LIMO, to pomyślał, że przydługi i taki jakiś przesadzony...
W tej sytuacji na tym może zakończy Sherlockista swój komentarz i okruch sympatycznej informacji, którym jeszcze zamierzał się dziś podzielić, zamieści w nowej, czystej notce ;)
czwartek, 23 czerwca 2011
[minipost] Nowe okularki Sherlocka i inne drobiazgi...
Sherlockista wprawdzie w czerwcu, miesiącu różnych straszliwych zakończeń, tradycyjnie z największą trudnością znajduje czas na śledzenie doniesień - co o tyle dobrze się składa, że trudno powiedzieć, by takowe zalewały media i skrzynki pocztowe - ale pragnie zasygnalizować od czasu do czasu, że Holmesowy świat wciąż istnieje. Dziś zatem nowe zdjęcie z wyczekiwanej przez wielu Czytelników z niecierpliwością, choć nie zawsze z entuzjazmem produkcji Ritchiego:
Holmes i Watson najwyraźniej coś tam sobie w okularkach ochronnych spawają, a tymczasem Moriarty knuje i to knuje, jak twierdzi Jared Harris, nie dlatego, że jest wredny, ale bo nie pasuje do naszego świata. Aktor poświęcił trochę uwagi swojej postaci i doszedł do wniosku, że Napoleon zbrodni w istocie nie jest zły - po prostu wspiął się ponad poziom ferowania ocen moralnych i nie lęka się piekła i nieba. Taki z niego indywidualista, który myśli nieco inaczej niż większość. Sherlockista musi przyznać, że męczy go takie naiwne silenie się na oryginalność. Niech Harrisowi będzie, że amoralny, chociaż może barwniejszy byłby wtedy, gdyby po prostu lubił czynić zło z pełną tego świadomością.
Poza tym, co z pewnością bardzo wszystkich zaskoczy, aktor chwali atmosferę na planie, postęp prac i to, jaki Downey jest sympatyczny i kontaktowy. Aw, cute...
---
A ponadto dowiedzieliśmy się, kogo zagra nasz bardziej kochany Sherlock, Benedict Cumberbatch: Smauga :D Dla tych, z Czytelników, którzy nie pamiętają dobrze Hobbita, Smaug to ten wielki smok, który na co dzień głównie chrapał oraz strzegł skarbów i którego trzeba było na koniec pokonać. Trzeba powiedzieć, że tak z twarzy to nawet, trochę...
...jakiejś przesadnej charakteryzacji w każdym razie Benedykt nie potrzebuje.
Przy okazji, Sherlockista chciałby zapytać, czy może on coś źle pamięta, ale skąd w filmowym "Hobbicie" Legolas? Czyżby ukłon w stronę wielbicielek, um, talentu aktorskiego Orlando Blooma?
Holmes i Watson najwyraźniej coś tam sobie w okularkach ochronnych spawają, a tymczasem Moriarty knuje i to knuje, jak twierdzi Jared Harris, nie dlatego, że jest wredny, ale bo nie pasuje do naszego świata. Aktor poświęcił trochę uwagi swojej postaci i doszedł do wniosku, że Napoleon zbrodni w istocie nie jest zły - po prostu wspiął się ponad poziom ferowania ocen moralnych i nie lęka się piekła i nieba. Taki z niego indywidualista, który myśli nieco inaczej niż większość. Sherlockista musi przyznać, że męczy go takie naiwne silenie się na oryginalność. Niech Harrisowi będzie, że amoralny, chociaż może barwniejszy byłby wtedy, gdyby po prostu lubił czynić zło z pełną tego świadomością.
Poza tym, co z pewnością bardzo wszystkich zaskoczy, aktor chwali atmosferę na planie, postęp prac i to, jaki Downey jest sympatyczny i kontaktowy. Aw, cute...
---
A ponadto dowiedzieliśmy się, kogo zagra nasz bardziej kochany Sherlock, Benedict Cumberbatch: Smauga :D Dla tych, z Czytelników, którzy nie pamiętają dobrze Hobbita, Smaug to ten wielki smok, który na co dzień głównie chrapał oraz strzegł skarbów i którego trzeba było na koniec pokonać. Trzeba powiedzieć, że tak z twarzy to nawet, trochę...
...jakiejś przesadnej charakteryzacji w każdym razie Benedykt nie potrzebuje.
Przy okazji, Sherlockista chciałby zapytać, czy może on coś źle pamięta, ale skąd w filmowym "Hobbicie" Legolas? Czyżby ukłon w stronę wielbicielek, um, talentu aktorskiego Orlando Blooma?
czwartek, 26 maja 2011
Freeman o gejowskim Sherlocku, Cumberbatch w Hobbicie i jeszcze o walce...
Nasz obsypany nagrodami Watson, Martin Freeman, po raz kolejny zdradził w wywiadzie, co jest najważniejsze w BBC-Sherlocku i Sherlockista nie może sobie odmówić, by po raz kolejny nie napisać, że uważa to za sekret każdej, absolutnie każdej i bez miejsca na wyjątek dobrej adaptacji Kanonu (a także każdego filmu/książki/słuchowiska z gatunku "na motywach", każdego inspirowanego fanfiku i w ogóle każdej produkcji, która w napisach końcowych chce chociażby napomknąć, że scenariusz kiedyś został na chwilę zostawiony w tej samej toalecie, w której bywa czasem jakiś czytelnik ACD). Ten sekret to oczywiście skupienie się na relacji Holmesa i Watsona, pokomplikowanej, niejednoznacznej, głębokiej, rzadkiej i zachwycającej.
To, co zostało z tego oświadczenia w mediach to naturalnie to, że Freeman mówi, że "Sherlock" BBC jest bardzo gejowski i sporo w tym prawdy i sporo też niepotrzebnego uproszczenia (Sherlockistę trochę to drażni, kiedy przyjaźń wszechczasów w pewnym sensie "wyjaśnia się" ewentualnym pociągiem seksualnym czy namiętnością o charakterze romantycznym, chociaż było w niej chyba wiele ciekawszych aspektów - ale nie zamierza tu po raz kolejny wracać do tematu, który omówił już kiedyś szeroko).
W każdym razie Freeman wydaje się zupełnie z Sherlockistą zgadzać. "Dla nas wszystkich to jest historia miłosna. Nie zwykła love story, ale opowieść o ludziach, którzy się kochają. Chociaż ten związek bywa trochę dysfunkcyjny, to jednak razem dają radę" - powiedział, a ShK chciałby, żeby przyszli adaptatorzy Sherlocka powiesili sobie te słowa nad łóżkiem.
W tym kontekście, a także w kontekście BAFTA-wywiadu Freemana, w którym ten podkreślał, jak wspaniała chemia połączyła go od razu z Benem Cumberbatchem, trochę zabawnie jest pomyśleć, że nasz Sherlock prawdopodobnie dołączy do swojego Watsona na planie "Hobbita". Zdaje się, że miała to być tajemnica i że w tej sytuacji producenci chcą przynajmniej utajnić to, jaką dokładnie rolę dostanie "urodzony Holmes" (cyt. za: Martin Freeman). ShK wyzna, że nie może się doczekać, by zobaczyć takiego małego, przysadzistego Watsona z wielkimi, owłosionymi stopami w otoczeniu trzynastu krasnoludów i bardzo ciekawi go, jaki los czeka dumnego Sherlocka...
...a czy ShK nie zapomniał przypadkiem wspomnieć, że do ekipy Hobbita dołączył też najwspanialszy pod słońcem przyszły Mycroft Stephen Fry (z Sherlocka 2 Ritchiego)? Zapowiada nam się fuzja fandomów, z której to okazji Sherlockista oficjalnie otwiera etykietę "Hobbit" ;)
Oto 221B Baker Street po gruntownym remoncie:
A na koniec, dla zainteresowanych sztukami walk i Sherlockiem (dłuższa notka o baritsu/bartitsu do przeczytania tu), link do krótkiego editoriala na temat Wing Chun, ulubionej sztuki walki Roberta Downeya Jr., który wykorzystuje ją także w "Sherlocku". Ponoć to ona dała mu siłę w walce z uzależnieniami. Wing Chun to odmiana kung fu, którą reklamuje się jako połączenie naukowego podejścia (pamiętamy, jak Sherlock-Downey "dedukował" efekty każdego ciosu?) i wielu technik zadawania ciosów w obronie własnej lub kogoś innego. Podobnie jak inne wschodnie sztuki walki, Wing Chun to nie tylko seria chwytów przydatnych bójce, ale także sposób na zmianę podejścia do życia i mierzenie się nie tylko z czysto fizycznymi wyzwaniami.
To, co zostało z tego oświadczenia w mediach to naturalnie to, że Freeman mówi, że "Sherlock" BBC jest bardzo gejowski i sporo w tym prawdy i sporo też niepotrzebnego uproszczenia (Sherlockistę trochę to drażni, kiedy przyjaźń wszechczasów w pewnym sensie "wyjaśnia się" ewentualnym pociągiem seksualnym czy namiętnością o charakterze romantycznym, chociaż było w niej chyba wiele ciekawszych aspektów - ale nie zamierza tu po raz kolejny wracać do tematu, który omówił już kiedyś szeroko).
W każdym razie Freeman wydaje się zupełnie z Sherlockistą zgadzać. "Dla nas wszystkich to jest historia miłosna. Nie zwykła love story, ale opowieść o ludziach, którzy się kochają. Chociaż ten związek bywa trochę dysfunkcyjny, to jednak razem dają radę" - powiedział, a ShK chciałby, żeby przyszli adaptatorzy Sherlocka powiesili sobie te słowa nad łóżkiem.
W tym kontekście, a także w kontekście BAFTA-wywiadu Freemana, w którym ten podkreślał, jak wspaniała chemia połączyła go od razu z Benem Cumberbatchem, trochę zabawnie jest pomyśleć, że nasz Sherlock prawdopodobnie dołączy do swojego Watsona na planie "Hobbita". Zdaje się, że miała to być tajemnica i że w tej sytuacji producenci chcą przynajmniej utajnić to, jaką dokładnie rolę dostanie "urodzony Holmes" (cyt. za: Martin Freeman). ShK wyzna, że nie może się doczekać, by zobaczyć takiego małego, przysadzistego Watsona z wielkimi, owłosionymi stopami w otoczeniu trzynastu krasnoludów i bardzo ciekawi go, jaki los czeka dumnego Sherlocka...
...a czy ShK nie zapomniał przypadkiem wspomnieć, że do ekipy Hobbita dołączył też najwspanialszy pod słońcem przyszły Mycroft Stephen Fry (z Sherlocka 2 Ritchiego)? Zapowiada nam się fuzja fandomów, z której to okazji Sherlockista oficjalnie otwiera etykietę "Hobbit" ;)
Oto 221B Baker Street po gruntownym remoncie:
A na koniec, dla zainteresowanych sztukami walk i Sherlockiem (dłuższa notka o baritsu/bartitsu do przeczytania tu), link do krótkiego editoriala na temat Wing Chun, ulubionej sztuki walki Roberta Downeya Jr., który wykorzystuje ją także w "Sherlocku". Ponoć to ona dała mu siłę w walce z uzależnieniami. Wing Chun to odmiana kung fu, którą reklamuje się jako połączenie naukowego podejścia (pamiętamy, jak Sherlock-Downey "dedukował" efekty każdego ciosu?) i wielu technik zadawania ciosów w obronie własnej lub kogoś innego. Podobnie jak inne wschodnie sztuki walki, Wing Chun to nie tylko seria chwytów przydatnych bójce, ale także sposób na zmianę podejścia do życia i mierzenie się nie tylko z czysto fizycznymi wyzwaniami.
środa, 6 kwietnia 2011
Holmes i baritsu... [Sherlockistyczne mity]
W oczekiwaniu na... na... na jakiekolwiek ciekawe wiadomości o czymkolwiek (od założenia tego bloga Sherlockiście nie zdarzył się tak ogórkowy sezon, a gorąca pod każdym względem wiosna nie sprzyja długim recenzjom), mały sherlockistyczny micik. A właściwie to trzy różne miciki, z których każdy jest nieprawdziwy, ale wszystkie jakoś tam w Kanonie osadzone.
Po pierwsze zatem, mówi się, że "baritsu", o którym wspomina Holmes w EMPT nie istnieje. Przypomnijmy, że ta właśnie sztuka walki pozwoliła ponoć Sherlockowi pokonać Moriarty'ego i utrzymać równowagę na krawędzi wodospadu Reichenbach. W rzeczywistości, jest to najprawdopodobniej literówka ACD, i to literówka, którą powtórzył za gazetowym artykułem. W późnowiktoriańskiej Anglii rodziła się bowiem moda na sztukę walki zwaną bartitsu, o której będzie jeszcze za chwilę.
Skoro wiemy już, że Holmes uprawiał jakąś sztukę walki, to możemy rozprawić się z mitem drugim: że był to detektyw typowo kanapowy (consulting detective), który zagadki rozwiązuje paląc fajkę przy kominku i którego może zagrać nawet 150-letni Christopher Lee.
(kto nie wie, ten niech się dowie, że dwadzieścia parę lat po roli Mycrofta w PLOSH już wówczas dość wiekowy Christopher Lee dostał rolę Sherlocka w sympatycznej skądinąd telewizyjnej serii długometrażowych filmów u boku całkiem przyzwoitego ale równie podstarzałego Patricka Macnee, prawdopodobnie dlatego, że bez Christophera Lee nie ma żadnych przebojów kina, ani Drakuli ani Gwiezdnych Wojen ani Tolkiena ani Holmesa ;) )
Z tym mitem z kolei rozprawili się już dość skutecznie Ritchie i Downey Jr., pokazując... jak by to powiedzieć... pokazując TO:
Często zdarza się, że zbyt brutalne kwestionowanie pewnych mitów prowadzi do popadania w skrajności, które także z prawdą nie mają wiele wspólnego i goła klata Downeya to klasyczny wręcz przypadek takiej sytuacji. Wprawdzie Sherlockista ucieszył się bardzo, że nareszcie wydobywa się z Kanonu mniej znane wątki (Holmes naprawdę umiał boksować), jednak po filmie Ritchiego zaczęto na nie kłaść nieproporcjonalny nacisk, tworząc kolejny, ostatni już mit: Holmesa jako wiktoriańskiego Chucka Norrisa.
Przede wszystkim, w Kanonie nie ma aż tylu wzmianek o tych Holmesowych walkach, żeby przypuszczać, że miał do nich szczególne upodobanie i tak wybitny talent, jak bohater Ritchiego, powalający przeciwników z pomocą błyskotliwych dedukcji. Dżentelmen w każdej epoce i w każdym kraju powinien potrafić się obronić, zwłaszcza jeśli w dodatku na co dzień zajmuje się tropieniem przestępców. Wiemy, że Sherlock uprawia boks, ale wątpliwe jest, czy regularnie, bo nigdy nie dowiadujemy się nic na temat walk, które mógłby ewentualnie staczać. Brak podstaw, by sądzić, że uczęszczał do wiktoriańskich fight-clubów. Wiemy poza tym tylko tyle, że świetnie się bawił w czasie bójki w gospodzie w SOLI (ach ta cudowna scena z Jeremym Brettem i opatrującym go potem Davidem Burkiem... :). I wiemy wreszcie, że poznał owo tajemnicze baritsu/bartitsu. Bartitsu, czyli jiujitsu w wersji dla wiktoriańskich dżentelmenów (ale także dobra samoobrona dla pań), wymyślone przez Edwarda Bartona-Wrighta, który w 1899 roku założył w Londynie ośrodek treningowy dla panów zainteresowanych mieszaniną różnych technik walki wręcz (a także przy użyciu laski) oraz ćwiczeń. Szkoła działała zaledwie trzy lata, po czym została w niejasnych okolicznościach zamknięta, a Barton-Wright zniknął w odmętach historii.
Wypłynął, o ironio, właśnie dzięki Ritchiemu i Downeyowi. To ich popularny, nowoczesny i ostro reklamowany Sherlock zainspirował aktywistów do szerszego promowania zapomnianej postaci. Linkowany na Sherlockianach Will Thomas jest zresztą jednym z bardziej znanych popularyzatorów bartitsu, a słynna wzmianka z EMPT zainspirowała powstanie filmu dokumentalnego, którego trailer Sherlockista załącza:
Trzeba przyznać, że jest coś wzruszającego w potędze prozy ACD. Jedno zdanie i to jeszcze z błędem sprawia, że po ponad stu latach ludzie gromadzą się w klubach i na forach, by dyskutować o sztuce walki wiktoriańskich i edwardiańskich dżentelmenów.
Zainteresowanych filmem odsyła Sherlockista tu, gdzie można również znaleźć link do wywiadu z twórcą filmu, Tonym Wolfe'em i dowiedzieć się więcej o samym bartitsu, Bartonie-Wrighcie oraz o przepięknej wyprawie badawczej śladami Sherlocka do wodospadu Reichenbach, gdzie miał miejsce najsłynniejszy pojedynek w historii tej sztuki walki...
Po pierwsze zatem, mówi się, że "baritsu", o którym wspomina Holmes w EMPT nie istnieje. Przypomnijmy, że ta właśnie sztuka walki pozwoliła ponoć Sherlockowi pokonać Moriarty'ego i utrzymać równowagę na krawędzi wodospadu Reichenbach. W rzeczywistości, jest to najprawdopodobniej literówka ACD, i to literówka, którą powtórzył za gazetowym artykułem. W późnowiktoriańskiej Anglii rodziła się bowiem moda na sztukę walki zwaną bartitsu, o której będzie jeszcze za chwilę.
Skoro wiemy już, że Holmes uprawiał jakąś sztukę walki, to możemy rozprawić się z mitem drugim: że był to detektyw typowo kanapowy (consulting detective), który zagadki rozwiązuje paląc fajkę przy kominku i którego może zagrać nawet 150-letni Christopher Lee.
(kto nie wie, ten niech się dowie, że dwadzieścia parę lat po roli Mycrofta w PLOSH już wówczas dość wiekowy Christopher Lee dostał rolę Sherlocka w sympatycznej skądinąd telewizyjnej serii długometrażowych filmów u boku całkiem przyzwoitego ale równie podstarzałego Patricka Macnee, prawdopodobnie dlatego, że bez Christophera Lee nie ma żadnych przebojów kina, ani Drakuli ani Gwiezdnych Wojen ani Tolkiena ani Holmesa ;) )
Z tym mitem z kolei rozprawili się już dość skutecznie Ritchie i Downey Jr., pokazując... jak by to powiedzieć... pokazując TO:
Często zdarza się, że zbyt brutalne kwestionowanie pewnych mitów prowadzi do popadania w skrajności, które także z prawdą nie mają wiele wspólnego i goła klata Downeya to klasyczny wręcz przypadek takiej sytuacji. Wprawdzie Sherlockista ucieszył się bardzo, że nareszcie wydobywa się z Kanonu mniej znane wątki (Holmes naprawdę umiał boksować), jednak po filmie Ritchiego zaczęto na nie kłaść nieproporcjonalny nacisk, tworząc kolejny, ostatni już mit: Holmesa jako wiktoriańskiego Chucka Norrisa.
Przede wszystkim, w Kanonie nie ma aż tylu wzmianek o tych Holmesowych walkach, żeby przypuszczać, że miał do nich szczególne upodobanie i tak wybitny talent, jak bohater Ritchiego, powalający przeciwników z pomocą błyskotliwych dedukcji. Dżentelmen w każdej epoce i w każdym kraju powinien potrafić się obronić, zwłaszcza jeśli w dodatku na co dzień zajmuje się tropieniem przestępców. Wiemy, że Sherlock uprawia boks, ale wątpliwe jest, czy regularnie, bo nigdy nie dowiadujemy się nic na temat walk, które mógłby ewentualnie staczać. Brak podstaw, by sądzić, że uczęszczał do wiktoriańskich fight-clubów. Wiemy poza tym tylko tyle, że świetnie się bawił w czasie bójki w gospodzie w SOLI (ach ta cudowna scena z Jeremym Brettem i opatrującym go potem Davidem Burkiem... :). I wiemy wreszcie, że poznał owo tajemnicze baritsu/bartitsu. Bartitsu, czyli jiujitsu w wersji dla wiktoriańskich dżentelmenów (ale także dobra samoobrona dla pań), wymyślone przez Edwarda Bartona-Wrighta, który w 1899 roku założył w Londynie ośrodek treningowy dla panów zainteresowanych mieszaniną różnych technik walki wręcz (a także przy użyciu laski) oraz ćwiczeń. Szkoła działała zaledwie trzy lata, po czym została w niejasnych okolicznościach zamknięta, a Barton-Wright zniknął w odmętach historii.
Wypłynął, o ironio, właśnie dzięki Ritchiemu i Downeyowi. To ich popularny, nowoczesny i ostro reklamowany Sherlock zainspirował aktywistów do szerszego promowania zapomnianej postaci. Linkowany na Sherlockianach Will Thomas jest zresztą jednym z bardziej znanych popularyzatorów bartitsu, a słynna wzmianka z EMPT zainspirowała powstanie filmu dokumentalnego, którego trailer Sherlockista załącza:
Trzeba przyznać, że jest coś wzruszającego w potędze prozy ACD. Jedno zdanie i to jeszcze z błędem sprawia, że po ponad stu latach ludzie gromadzą się w klubach i na forach, by dyskutować o sztuce walki wiktoriańskich i edwardiańskich dżentelmenów.
Zainteresowanych filmem odsyła Sherlockista tu, gdzie można również znaleźć link do wywiadu z twórcą filmu, Tonym Wolfe'em i dowiedzieć się więcej o samym bartitsu, Bartonie-Wrighcie oraz o przepięknej wyprawie badawczej śladami Sherlocka do wodospadu Reichenbach, gdzie miał miejsce najsłynniejszy pojedynek w historii tej sztuki walki...
wtorek, 29 marca 2011
[minipostuś] O tym, dlaczego Sherlockista nie donosi nic o drugim Sherlocku Ritchiego...
... nie, nie dlatego, żeby nie wkurzać niektórych wiernych Czytelników ;) Nie łudźcie się, ręka by mu nie zadrżała. Dlatego, że kiedy otrzymuje szereg niusów treści "Stephen Fry opowiada o drugim Sherlocku!" "Wywiad ze Stephenem Fryem - rewelacje na temat postaci Mycrofta!" oraz "Downey i Law zdradzają sekrety sequelu filmu Ritchiego", to nastawia się na nieco mniej przewidywalne i bardziej ekscytujące informacje niż:
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...
... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...
... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)
środa, 23 lutego 2011
O NIEEEEEEE! [nowe zdjęcia Sherlock 2]
Sherlockista już kilkakrotnie sygnalizował ten fakt, ale w komentarzu do tego straszliwego zdjęcia:
pozwoli sobie na bardziej otwarty jęk: "jak ja nienawidzę Mary Morstan, jak ACD mógł ożenić Watsona, i to dwukrotnie, no jak mógł? (*&#^$%%@#!!!)"
Sherlockista wyzna, że cały Kanon w jego oczach jest opowieścią o wielkiej miłości między Holmesem i Watsonem (uwaga: niekoniecznie, choć być może także romantycznej - zainteresowani tematem mogą poczytać szczegółowe rozważania tu). Baby Watsona są pożądaną, ciekawą nawet komplikacją fabularno-emocjonalną, ale tylko dopóki nie zostają jego żonami. Jest to jedyna sprawa, w której Sherlockista nie zgadza się ze swoim BBC-guru, Bertem Coulesem, który w genialnych radiowych adaptacjach Sherlocka ożenił Watsona, jak trzeba, kanonicznie i dwukrotnie i jeszcze znakomicie uzasadnił to psychologicznie i przepięknie literacko pokazał wszelkie wynikłe z owych małżeństw napięcia między H i W.
Nie, nie pociesza Sherlockisty fakt, że Mary Morstan-Watson wiecznie siedziała u jakichś ciotek,po czym młodo zeszła na gruźlicę...
Drugie zdjęcie jest bardziej pocieszające, ponieważ stanowi jak na razie jedyny znak, że bohaterowie przynajmniej w jednej scenie filmu nie będą umorusani i wyśmodruchani...
pozwoli sobie na bardziej otwarty jęk: "jak ja nienawidzę Mary Morstan, jak ACD mógł ożenić Watsona, i to dwukrotnie, no jak mógł? (*&#^$%%@#!!!)"
Sherlockista wyzna, że cały Kanon w jego oczach jest opowieścią o wielkiej miłości między Holmesem i Watsonem (uwaga: niekoniecznie, choć być może także romantycznej - zainteresowani tematem mogą poczytać szczegółowe rozważania tu). Baby Watsona są pożądaną, ciekawą nawet komplikacją fabularno-emocjonalną, ale tylko dopóki nie zostają jego żonami. Jest to jedyna sprawa, w której Sherlockista nie zgadza się ze swoim BBC-guru, Bertem Coulesem, który w genialnych radiowych adaptacjach Sherlocka ożenił Watsona, jak trzeba, kanonicznie i dwukrotnie i jeszcze znakomicie uzasadnił to psychologicznie i przepięknie literacko pokazał wszelkie wynikłe z owych małżeństw napięcia między H i W.
Nie, nie pociesza Sherlockisty fakt, że Mary Morstan-Watson wiecznie siedziała u jakichś ciotek,po czym młodo zeszła na gruźlicę...
Drugie zdjęcie jest bardziej pocieszające, ponieważ stanowi jak na razie jedyny znak, że bohaterowie przynajmniej w jednej scenie filmu nie będą umorusani i wyśmodruchani...
środa, 16 lutego 2011
[minipost] Sherlock Holmes: A Game of Shadows
...to oficjalny tytuł sequelu filmu Ritchiego. Z którego wyśmiewa się w tej chwili pół internetu, łącznie z Baker Street Blogiem... Czytelników niewładających angielskim może Sherlockista pocieszyć, że po przełożeniu - "Sherlock Holmes: gra cieni" - wciąż nic nie znaczy i wciąż nikt go nie rozumie...
ShK musi wyznać, że o ile od samego początku Ritchiego wspierał, sherlockistycznym piernikiem opornym na XXI wiek oraz jego wymagania być nie chciał, akcji u ACD samego się doszukiwał i Downeya za nieskrywaną oryginalność cenił, o tyle, o tyle...
no kryzys wiary ma.
Że z Sherlocka zostanie w tym sequelu tyle co z tej katedry...:
P.S. Sherlockista doczytał się w oficjalnych komunikatach WB, że akcja filmu będzie miała miejsce w roku 1891, czyli rok po wydarzeniach przedstawionych w "Sherlock Holmes" - i, jak wszyscy Czytelnicy pewnie pamiętają, wtedy, gdy w Kanonie rozpoczyna się Wielki Hiatus... No zobaczymy, zobaczymy, co oni wymyślili...
ShK musi wyznać, że o ile od samego początku Ritchiego wspierał, sherlockistycznym piernikiem opornym na XXI wiek oraz jego wymagania być nie chciał, akcji u ACD samego się doszukiwał i Downeya za nieskrywaną oryginalność cenił, o tyle, o tyle...
no kryzys wiary ma.
Że z Sherlocka zostanie w tym sequelu tyle co z tej katedry...:
P.S. Sherlockista doczytał się w oficjalnych komunikatach WB, że akcja filmu będzie miała miejsce w roku 1891, czyli rok po wydarzeniach przedstawionych w "Sherlock Holmes" - i, jak wszyscy Czytelnicy pewnie pamiętają, wtedy, gdy w Kanonie rozpoczyna się Wielki Hiatus... No zobaczymy, zobaczymy, co oni wymyślili...
sobota, 29 stycznia 2011
Post w sensie ścisłym...
Po obfitującym w różnorakie smakowite wydarzenia początku stycznia, ostatnie dwa tygodnie były dla Sherlockisty jak dieta kopenhaska. Rzucał się z nadzieją na każdy tekst, w którym zabłysło nazwisko Holmesa, po czym odkrywał, że trafił właśnie na bloga poświęconego drzewkom bonsai albo, o zgrozo, o Smoleńsku (tylko otchłannie głębokie poczucie obowiązku Sherlockisty skłoniło go do zajrzenia do artykułu pod tytułem Katastrofa smoleńska i Sherlock Holmes (tytuł chyba został zmieniony, bo teraz trudno go wyszukać. Niestety - na szczęście? - okazało się, ku wielkiemu rozczarowaniu ShK, że nie odkryto przy wraku samolotu śladów żadnego wielkiego psa, a po prostu ktoś odwołał się w wywiadzie do cytatu z Holmesa ("Insensibly one begins to twist facts to suit theories, instead of theories to suit facts." - SCAN, podobną wypowiedź można znaleźć już w STUD.
Jakoś nie poruszyła też ShK wstrząsająca informacja o kłótniach między Judem Lawem (Ritchie-Watsonem) a Robertem Downeyem Jrem (Ritchie-Holmesem) na temat Mela Gibsona - która została zamieszczona na 6 chyba różnych portalach... Zainteresowanym streszcza Sherlockista, że RDJ ma dług wdzięczności wobec Mela, który pomagał mu kiedyś wyciągać się z nałogów. Law tymczasem jest przejęty losem Oksany, która zarzuca Gibsonowi rzeczy naprawdę jeżące włos na głowie. Prawda, że to poruszająca sprawa? Czy to wpłynie na atmosferę na planie? Już niebawem dowiemy się więcej, niestety...
Sherlockista po raz enty otrzymał też znacznie ciekawszą, ale frustrującą na swój sposób informację, że na stronie Baker Street Journal można kupić zaplanowaną na luty i absolutnie zachwycającą książkę pod wspólną redakcją Laurie King (tak, to ta od Mary Russell... nie zrażajcie się jednak, drodzy Czytelnicy i czytajcie dalej, King w zeszłym roku wstąpiła do BSI i chyba schodzi na właściwą drogę ;) oraz Lesliego Klingera (prawda, że od razu lepiej? :) ).
Jak widać, tytuł brzmi bardzo godnie: The Grand Game, a Celebration of Sherlockian Scholarship i jest zbiorem obrosłych już legendą holmesologicznych esejów. O pierwszym, założycielskim właściwie eseju tego typu, autorstwa Ronalda Knoxa, już ShK wspominał (w podlinkowanym tekście jest z kolei link do tekstu Knoxa), ale w wyborze znalazły się też artykuły A. A. Milne'a, Christophera Morleya (tego, który został wspomniany m. in. tu jako założyciel BSI), Rexa Stouta (Czy Watson też była kobietą?!), Dorothy L. Sayers i wielu innych holmesologicznych sław, a nawet niektórych prezydentów Stanów Zjednoczonych ;) Na stronie BSJ można to cudo zamówić, za jedyne 50 dolarów plus koszty przesyłki (ok. 15 dolarów razem z podatkiem). Ah, well, bother.
Leslie Klinger na swoim twitterze jakiś czas temu linkował pokaz slajdów z podpisywania książki podczas BSI - weekendu.
I to, obawia się Sherlockista, chwilowo byłoby na tyle...
Jakoś nie poruszyła też ShK wstrząsająca informacja o kłótniach między Judem Lawem (Ritchie-Watsonem) a Robertem Downeyem Jrem (Ritchie-Holmesem) na temat Mela Gibsona - która została zamieszczona na 6 chyba różnych portalach... Zainteresowanym streszcza Sherlockista, że RDJ ma dług wdzięczności wobec Mela, który pomagał mu kiedyś wyciągać się z nałogów. Law tymczasem jest przejęty losem Oksany, która zarzuca Gibsonowi rzeczy naprawdę jeżące włos na głowie. Prawda, że to poruszająca sprawa? Czy to wpłynie na atmosferę na planie? Już niebawem dowiemy się więcej, niestety...
Sherlockista po raz enty otrzymał też znacznie ciekawszą, ale frustrującą na swój sposób informację, że na stronie Baker Street Journal można kupić zaplanowaną na luty i absolutnie zachwycającą książkę pod wspólną redakcją Laurie King (tak, to ta od Mary Russell... nie zrażajcie się jednak, drodzy Czytelnicy i czytajcie dalej, King w zeszłym roku wstąpiła do BSI i chyba schodzi na właściwą drogę ;) oraz Lesliego Klingera (prawda, że od razu lepiej? :) ).
Jak widać, tytuł brzmi bardzo godnie: The Grand Game, a Celebration of Sherlockian Scholarship i jest zbiorem obrosłych już legendą holmesologicznych esejów. O pierwszym, założycielskim właściwie eseju tego typu, autorstwa Ronalda Knoxa, już ShK wspominał (w podlinkowanym tekście jest z kolei link do tekstu Knoxa), ale w wyborze znalazły się też artykuły A. A. Milne'a, Christophera Morleya (tego, który został wspomniany m. in. tu jako założyciel BSI), Rexa Stouta (Czy Watson też była kobietą?!), Dorothy L. Sayers i wielu innych holmesologicznych sław, a nawet niektórych prezydentów Stanów Zjednoczonych ;) Na stronie BSJ można to cudo zamówić, za jedyne 50 dolarów plus koszty przesyłki (ok. 15 dolarów razem z podatkiem). Ah, well, bother.
Leslie Klinger na swoim twitterze jakiś czas temu linkował pokaz slajdów z podpisywania książki podczas BSI - weekendu.
I to, obawia się Sherlockista, chwilowo byłoby na tyle...
środa, 19 stycznia 2011
Jeszcze filmik z planu sequelu Sherlocka - Ritchie-fobowie niech też popatrzą ;)
I trochę się pośmieją. Downey-Holmes udziela wywiadu w kobiecym przebraniu (punkt dla nich za piękną podwójną aluzję do Kanonu ;), żartuje z Law na temat rozwoju ich związku w sequelu, w tle chichoty Guya Ritchiego i można nawet zobaczyć w przelocie ucharakteryzowaną Noomi Rapace! Niepokojące może tylko to, że bez prezerwy pokazują Downeya rozebranego, umorusanego albo skaczącego po pociągach i ShK coraz mocniej podejrzewa, że dwójka już naprawdę nie będzie już niczym innym niż zabawną amerykańską naparzanką "na motywach" czy raczej "z wykorzystaniem nazwisk z ACD". No, ale we shall see. Na razie możemy obejrzeć sobie filmik z planu i podziwiać, jak świetnie Downey wygląda w damskim makijażu (jego obnażona klata w innych scenach jakoś już nie wywiera na ShK specjalnego wrażenia):
(Film zawdzięczamy serwisowi Entertainment Tonight)
(Film zawdzięczamy serwisowi Entertainment Tonight)
sobota, 15 stycznia 2011
Ritchie-fobowie niech zamkną oczy :) Nowy Sherlock z Downeyem kręci się pełną parą.
Już od paru dni skrzynka Sherlockisty pęka w szwach od doniesień, które zalały wszystkie plotkarsko-filmowe portale świata: uwaga, ujawniono fragment plot-u drugiej części "Sherlocka". Drodzy Czytelnicy, przygotujcie się na szok:
...Holmes i Watson podążają tropem Moriarty'ego (pamiętamy, że w tej roli Jared Harris), którego uważają za pierwszego arcy-zbrodniarza w historii świata. Watson z trudem stara się godzić obowiązki wobec narzeczonej Mary Morstan z pomaganiem przyjacielowi...
ŁAŁ!
:D
Szczerze mówiąc, Sherlockista miał cień nadziei, że producenci zlitują się nad nami wszystkimi i wyrzucą w cholerę Mary Morstan (ShK żywi takie nadzieje wobec wszystkich absolutnie wersji opowiadań ACD, nawet gdy zagląda do Kanonu czasem kołacze się w nim takie niejasne przeczucie, że tym razem pod koniec SIGN znajdzie zupełnie co innego...). Nie był to jednak cień zbyt wyrazisty, więc można powiedzieć, że nie dowiedział się zupełnie niczego nowego. Podobnie, za niespecjalnie informatywne uznał stwierdzenie (Downeya), że "tym razem nie będziemy pakować Watsona w kłopoty - to raczej on będzie wyciągał z tarapatów Holmesa". Ponoć obaj panowie mają tkwić w owych tarapatach znacznie głębiej niż im się wydaje i niż my oczekiwaliśmy po pierwszym odcinku.
Za niepokojące uznał Sherlockista wszelkie doniesienia o tym, że w sequelu - jak to w sequelu - ekipa chce przebić wszystkie nasze oczekiwania. Downey skarżył się nawet, że kręcenie drugich części zawsze jest bardziej wyczerpujące, o czym on, jako weteran sequeli, miał okazję się przekonać.
Podglądacze opisują dwie sceny kręcone przez naszych bohaterów - obie to strzelaniny na bocznicy kolejowej i jedynym ich ciekawym elementem jest pojawienie się cyganki Sim, która okazuje się lepszym strzelcem od nich. W tej ostatniej roli oczywiście Noomi Rapace, o której Sherlockista pisał tu kiedyś, ale w kompletnie neutralnym tonie. Odkąd sam obejrzał ją w fantastycznej roli w ekranizacji równie świetnych książek Larssona, z wielkim entuzjazmem czeka na to, by zobaczyć ją u boku Sherlocka Holmesa.
A na koniec pierwsze oficjalne zdjęcie z planu:
Ładne talerze ;)
Dokładną analizę strojów bohaterów można znaleźć na tym portalu, poświęconym filmowym kostiumom w ogóle. Sherlockista chciał napisać, kurtuazyjnie, że to bardzo interesujący portal, ale nawet nie rozumie tych opisów i chyba nie fascynuje go specjalnie historia mody... Może jednak wśród Czytelników ktoś jest w stanie naprawdę docenić ludzi, którzy widzą, że Downey prezentuje romantyczne trendy z lat 30 dziewiętnastego wieku?
Sherlockista życzy serdecznie wszystkim zdegustowanym poczynaniami Ritchiego spokojnych snów ;) i oczekuje na jakiekolwiek szczegóły, które nie byłyby wyłącznie nic-szczególnego-nie-mówiącym, promocyjnym bełkotem.
...Holmes i Watson podążają tropem Moriarty'ego (pamiętamy, że w tej roli Jared Harris), którego uważają za pierwszego arcy-zbrodniarza w historii świata. Watson z trudem stara się godzić obowiązki wobec narzeczonej Mary Morstan z pomaganiem przyjacielowi...
ŁAŁ!
:D
Szczerze mówiąc, Sherlockista miał cień nadziei, że producenci zlitują się nad nami wszystkimi i wyrzucą w cholerę Mary Morstan (ShK żywi takie nadzieje wobec wszystkich absolutnie wersji opowiadań ACD, nawet gdy zagląda do Kanonu czasem kołacze się w nim takie niejasne przeczucie, że tym razem pod koniec SIGN znajdzie zupełnie co innego...). Nie był to jednak cień zbyt wyrazisty, więc można powiedzieć, że nie dowiedział się zupełnie niczego nowego. Podobnie, za niespecjalnie informatywne uznał stwierdzenie (Downeya), że "tym razem nie będziemy pakować Watsona w kłopoty - to raczej on będzie wyciągał z tarapatów Holmesa". Ponoć obaj panowie mają tkwić w owych tarapatach znacznie głębiej niż im się wydaje i niż my oczekiwaliśmy po pierwszym odcinku.
Za niepokojące uznał Sherlockista wszelkie doniesienia o tym, że w sequelu - jak to w sequelu - ekipa chce przebić wszystkie nasze oczekiwania. Downey skarżył się nawet, że kręcenie drugich części zawsze jest bardziej wyczerpujące, o czym on, jako weteran sequeli, miał okazję się przekonać.
Podglądacze opisują dwie sceny kręcone przez naszych bohaterów - obie to strzelaniny na bocznicy kolejowej i jedynym ich ciekawym elementem jest pojawienie się cyganki Sim, która okazuje się lepszym strzelcem od nich. W tej ostatniej roli oczywiście Noomi Rapace, o której Sherlockista pisał tu kiedyś, ale w kompletnie neutralnym tonie. Odkąd sam obejrzał ją w fantastycznej roli w ekranizacji równie świetnych książek Larssona, z wielkim entuzjazmem czeka na to, by zobaczyć ją u boku Sherlocka Holmesa.
A na koniec pierwsze oficjalne zdjęcie z planu:
Ładne talerze ;)
Dokładną analizę strojów bohaterów można znaleźć na tym portalu, poświęconym filmowym kostiumom w ogóle. Sherlockista chciał napisać, kurtuazyjnie, że to bardzo interesujący portal, ale nawet nie rozumie tych opisów i chyba nie fascynuje go specjalnie historia mody... Może jednak wśród Czytelników ktoś jest w stanie naprawdę docenić ludzi, którzy widzą, że Downey prezentuje romantyczne trendy z lat 30 dziewiętnastego wieku?
Sherlockista życzy serdecznie wszystkim zdegustowanym poczynaniami Ritchiego spokojnych snów ;) i oczekuje na jakiekolwiek szczegóły, które nie byłyby wyłącznie nic-szczególnego-nie-mówiącym, promocyjnym bełkotem.
niedziela, 12 grudnia 2010
Ekspres sherlockistyczny, odc. 3
Grudzień to miesiąc worków, więc i doniesienia w workach przychodzą :)
Dziś zaległe niusy na temat najróżniejszych mediów - jakoś tak w duchu tradycyjnych kalendarzy adwentowych postanowił dziś Sherlockista wkleić dużo obrazków. Zła wiadomość to ta, że większość będzie równie paskudna jak poniższy:
Recenzję z drugiego tomu wiktoriańskich komiksów nt. Sherlocka i Draculi (chyba z jakimś zombi w tle) (teskt: Ian Edgington, grafika: Davide Fabbri, Tom Mandrake) Sherlockista przejrzał... ale po zerknięciu na okładkę jakoś nie był w stanie się zdobyć na bardziej szczegółowe przedstawienie problemu.
Jeszcze brzydsze są screeny z nowej gry wydanej przez Frogwares: Sherlock Holmes and the Hound of the Baskervilles... powiedzmy, że poprzestaniemy na tym:
... i może na okładce gry, tak, by dać Czytelnikom posmak Psa:
Jest to gra typu HOG (HO jak Hidden Object) i polega, oprócz tego, że na wyszukiwaniu ukrytych przedmiotów, to jeszcze na zbawianiu dusz zamordowanych (czyżby przez tego słodkiego Burka?) Baskerville'ów. Sherlockista wyczytał w recenzjach dwie rzeczy, które mu się spodobało. Po pierwsze, są dwa tryby grania, łatwy i trudny, co daje ShK nadzieję, że jeśli kiedyśsobie tę grę ściągnie Frogware'owa wersja HOUN wpadnie mu w ręce, to da radę ją przejść w mniej niż miesiąc (tyle się męczył ze swoim pierwszym Holmesowym Frogware'em). Po drugie, można zdobywać punkty specjalne (bodaj 11), za które dostaje się nagrodę w postaci historii Psa w oryginalnej wersji Conan Doyle'a i temu mówi Sherlockista wielkie tak.
Doniesienia filmowe dziś z kategorii humorystycznych. Zawsze, gdy Sherlockista nie ma czasu na dłuższe notki, jedynym lekiem na związaną z tym faktem frustrację jest dla niego przeglądanie przychodzących plotek. Lek polega na tym, że widać wtedy całą dynamikę plotkarskiego świata. Jednego dnia ktoś zmyśla, że Sherlock wrócił do Irene, następnego sypią się do Sherlockisty szczegółowe opracowania tematu (Sherlock i Irene na imprezie u Mycrofta! - sekretne życie sekretnego władcy Anglii, Irene w zielonym, czyżby zżerała ją zazdrość o rozchwytywanego detektywa?), trzeciego ktoś nieśmiało twierdzi, że to chyba bzdura (To była wynajęta aktorka! - wyznaje osoba związana z doktorem Watsonem), czwartego historyjka tryumfalnie powraca w nowej odsłonie (Dlaczego Mycroft chce zataić romans Sherlocka i Irene?!). Przez ostatnie kilka dni ściągały do ShK bulwersujące pogłoski, jakoby Holmes oberwał od wiernego Watsona i to batem. Ponoć Jude Law strzelił z bicza w niefortunnym momencie i tylko przypadkiem trafił Downeya w oko, ale National Enquirer zrobił z tego niezwykle dramatyczną historię, pełną jęków bólu, interwencji medycznych, wielogodzinnych przerw w zdjęciach oraz niemal załamania nerwowego Jude'a. Z drugiej strony, spokesperson Downeya twierdzi, że to wszystko stek bzdur. Sherlockista, oczywiście, radzi nie dowierzać takim zaprzeczeniom, które zawsze skrywają kompromitujące sekrety gwiazd. W rzeczywistości pewnie nie Law Downeya tylko Downey Jude'a, nie batem tylko hotdogiem i nie strzelił w oko na planie a uświnił garnitur w przerwie. A my o niczym się nie dowiemy :( :( !!!!?!!!.
Na koniec Sherlockista przedstawia bez dłuższego komentarza pierwsze jak dotąd sherlockianum, którego nie chciałby nigdy dostać pod choinkę...
Oto solniczka i pieprzniczka w kształcie Holmesa iHitlera Watsona. Jak głosi sarkastyczny komentarz na tym blogu, Muzeum Holmesa twierdzi, że jest to przedmiot będący obiektem pożądania kolekcjonerów... ...
Dziś zaległe niusy na temat najróżniejszych mediów - jakoś tak w duchu tradycyjnych kalendarzy adwentowych postanowił dziś Sherlockista wkleić dużo obrazków. Zła wiadomość to ta, że większość będzie równie paskudna jak poniższy:
Recenzję z drugiego tomu wiktoriańskich komiksów nt. Sherlocka i Draculi (chyba z jakimś zombi w tle) (teskt: Ian Edgington, grafika: Davide Fabbri, Tom Mandrake) Sherlockista przejrzał... ale po zerknięciu na okładkę jakoś nie był w stanie się zdobyć na bardziej szczegółowe przedstawienie problemu.
Jeszcze brzydsze są screeny z nowej gry wydanej przez Frogwares: Sherlock Holmes and the Hound of the Baskervilles... powiedzmy, że poprzestaniemy na tym:
... i może na okładce gry, tak, by dać Czytelnikom posmak Psa:
Jest to gra typu HOG (HO jak Hidden Object) i polega, oprócz tego, że na wyszukiwaniu ukrytych przedmiotów, to jeszcze na zbawianiu dusz zamordowanych (czyżby przez tego słodkiego Burka?) Baskerville'ów. Sherlockista wyczytał w recenzjach dwie rzeczy, które mu się spodobało. Po pierwsze, są dwa tryby grania, łatwy i trudny, co daje ShK nadzieję, że jeśli kiedyś
Doniesienia filmowe dziś z kategorii humorystycznych. Zawsze, gdy Sherlockista nie ma czasu na dłuższe notki, jedynym lekiem na związaną z tym faktem frustrację jest dla niego przeglądanie przychodzących plotek. Lek polega na tym, że widać wtedy całą dynamikę plotkarskiego świata. Jednego dnia ktoś zmyśla, że Sherlock wrócił do Irene, następnego sypią się do Sherlockisty szczegółowe opracowania tematu (Sherlock i Irene na imprezie u Mycrofta! - sekretne życie sekretnego władcy Anglii, Irene w zielonym, czyżby zżerała ją zazdrość o rozchwytywanego detektywa?), trzeciego ktoś nieśmiało twierdzi, że to chyba bzdura (To była wynajęta aktorka! - wyznaje osoba związana z doktorem Watsonem), czwartego historyjka tryumfalnie powraca w nowej odsłonie (Dlaczego Mycroft chce zataić romans Sherlocka i Irene?!). Przez ostatnie kilka dni ściągały do ShK bulwersujące pogłoski, jakoby Holmes oberwał od wiernego Watsona i to batem. Ponoć Jude Law strzelił z bicza w niefortunnym momencie i tylko przypadkiem trafił Downeya w oko, ale National Enquirer zrobił z tego niezwykle dramatyczną historię, pełną jęków bólu, interwencji medycznych, wielogodzinnych przerw w zdjęciach oraz niemal załamania nerwowego Jude'a. Z drugiej strony, spokesperson Downeya twierdzi, że to wszystko stek bzdur. Sherlockista, oczywiście, radzi nie dowierzać takim zaprzeczeniom, które zawsze skrywają kompromitujące sekrety gwiazd. W rzeczywistości pewnie nie Law Downeya tylko Downey Jude'a, nie batem tylko hotdogiem i nie strzelił w oko na planie a uświnił garnitur w przerwie. A my o niczym się nie dowiemy :( :( !!!!?!!!.
Na koniec Sherlockista przedstawia bez dłuższego komentarza pierwsze jak dotąd sherlockianum, którego nie chciałby nigdy dostać pod choinkę...
Oto solniczka i pieprzniczka w kształcie Holmesa i
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























