Jeśli znów przyjdzie mi kiedyś dyskutować o tym, że świat jest projekcją autorstwa złośliwych kosmitów z planety Alpha Centauri, to będę argumentować z historii Sherlocka Holmesa.
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EMPT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EMPT. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 lipca 2015
środa, 14 marca 2012
Kiedy będzie 3 seria Sherlocka?
Większość z Was pewnie wie już z fanpejdża Sherlockianów, że nieprędko, ale na samych Sherlockianach też nie może zabraknąć tej niezbyt wesołej nowiny.
niedziela, 4 września 2011
Zerknijmy na nowego Sherlocka BBC :)
Dziś same rzeczy przyjemne.
Na początek, okładka wielokrotnie na Sherlockianach zapowiadanej książki Anthony'ego Horowitza "The House of Silk", pierwszego zupełnie "oficjalnego" apokryfu Kanonu. Książka już w listopadzie (naturalnie za granicą), a na razie informacja dla wielbicieli audiobooków, że czytać ją będzie sam Derek Jacobi oraz bardzo ładna grafika:
Następnie informacja z gatunku "nie jesteśmy sami" a także "różanopalca Jutrzenka renesansu wielkich Sherlocków na horyzoncie". Otóż Mark Gatiss udzielił RadioTimes.com wywiadu, w którym powiedział, jakie jest jego pięć ukochanych opowiadań Kanonu:
BRUC
REDH
TWIS
MUSG
FINA
(jeśli ktoś nie zetknął się jeszcze ze skrótami Jay Finley Christa albo też coś mu wyleciało z głowy, to Sherlockista poleca kliknięcie tu, a i umieści na stałe link gdzieś wśród ważnych stron - serdecznie przeprasza, że nie daje prawie nigdy polskich tytułów, ale przekłady są albo oczywiste z uwagi na nazwy własne albo tak beznadziejne, że ShK sam się gubi... bo taka na przykład "Buczyna" to co to właściwie miało być?! ;))
... i oczywiście nie można tego wyboru nie skomentować. Sherlockista nigdy nie podjąłby się wyboru pięciu najulubieńszych przygód i problemów, ale gdyby go kto trzymał pod pistoletem, to BRUC, MUSG i REDH znalazłyby się wśród nich na pewno - może FIVE albo CHAS zamiast TWIS i na pewno EMPT zamiast FINA, bo jednak najbardziej na świecie, to kocha, jak Holmes wraca, a nie jak spada. Generalnie jednak rzecz biorąc zupełnie się Gatissowi nie dziwi i bardzo go takie upodobania autora scenariuszy do Sherlocka cieszą.
Możliwe, że nie przypadkiem wszystkie wymienione tytuły (oprócz ShK-owego FIVE) to jedne z najlepszych ekranizacji Granady. Z całą pewnością wszystkie oprócz FINA to po prostu świetne zagadki, których rozwiązania nie domyślamy się przed Holmesem. BRUC ("Plany łodzi Bruce-Partington") to wręcz majstersztyk - czego tam nie ma!
uwaga, spoilery :)!
Holmes odkrywa, że ciało zostało zrzucone z dachu pociągu a nie wypchnięte z samego pociągu, namawia Watsona do dokonania włamania, wreszcie, współpracuje blisko z Mycroftem w jego rządowym i superpoważnym wcieleniu. Dokładnie takiego Mycfrofta gra zresztą sam Gatiss. A nasz XXI-wieczny Watson zamiast ograniczać się do wspólnych włamań, nie waha się dla Holmesa zabić.
koniec spojlerów :)!
W każym razie, wątki z BRUC już się w Sherlockach samego Gatissa z pewnością objawiły i oby ich jak najwięcej.
REDH (bodaj "Liga rudzielców") to bezsprzecznie najśmieszniejsze opowiadanie w całym Kanonie, skargi pana Jabeza Wilsona należą w ogóle do najlepszych humorystycznych fragmentów prozy ACD, a przy tym miał nasz ulubiony autor fenomenalny zupełnie pomysł na intrygę (pod etykietą REDH znajdą Czytelnicy wpisy na temat tego, jak mocno pomysł ten inspiruje współczesnych rzezimieszków, jeśli nasza genialna spółka postanowi oprzeć na nim jakiś przyszły epizod to nie będzie żadnego problemu ;).
TWIS (Sherlockista bardzo przeprasza... ale naprawdę tłumaczenie brzmi "Krzywousty"...) - opowiadanie, które musiało zainspirować tysiące polskich "wakacyjnych żebraków", kursujących po miejscowościach wypoczynkowych po to, by zarobić na spokojne życie przez trudniejsze miesiące. Szkoda tylko, że nie cytują Szekspira... Tu także najważniejsza jest sama zagadka, a zakończenie jest naprawdę zaskakujące. Brzmi to jak banał, bo takim zdaniem jak poprzednie najczęściej reklamuje się cały Kanon, ale w gruncie rzeczy nie więcej niż połowa opowieści o Holmesie rzeczywiście ma charakter kryminalnej zagadki, którą my dziś, po Agacie Christie i Chandlerze, uznalibyśmy za typową. Wiele z nich to opowieści o zagrożeniu z przeszłości, którego przeważnie nie daje się zatrzymać (jak na przykład DANC albo VALL, czy w pewnym sensie YELL albo REDC) albo też po prostu dziwne historie, jak VEIL. TWIS to oczywiście też nie typowa "locked room murder mystery", ale bardzo jej do tego blisko. I to też chcemy obejrzeć w nowym Sherlocku.
MUSG ("Rytuał rodu Musgrave'ów")... ach :) Stare zamczysko, sekret sięgający czasów Stuartów, poszukiwanie zaginionego skarbu i miłosne szaleństwo temperamentnej Walijki, do tego cudowne postaci drugoplanowe, czyli przygłupi Musgrave i jego stanowczo zbyt inteligentny służący, morderstwo, kradzież, zakodowana mapa... Sherlockista nie miałby nic przeciwko temu, żeby Gatiss przeniósł to opowiadanie do XXI wieku (niewątpliwie coś z tego klimatu pojawiło się już w trzeciej części ostatniej serii, tej ze wskazówkami ukrytymi w obrazie etc.).
A FINA ("Ostatnia zagadka")... FINA to FINA... Za FINA zabrali się Moffat z Gatissem zupełnie dosłownie. Tu akurat intryga dziurawa i niespójna, jak strasznie niespójna to dopiero ujawnia (i potęguje) EMPT, więc przed naszymi autorami same kłopoty, no ale... ale razem z FINA dostają do rąk Moriarty'ego. Dostają Watsonową apologię Holmesa, nad która niejeden z Czytelników i niejedna Czytelniczka ocierali oczy. Zwłaszcza, gdy wygłaszał ją David Burke po Jeremy'm Brettcie, a kamera pokazywała zbliżenie na porzuconą strzykawkę... Dostają "It is with a heavy heart that I take up my pen to write...", które nasuwa się Sherlockiście zawsze, ilekroć przychodzi mu napisać coś naprawdę okropnie smutnego.
I FINA - to czuje Sherlockista przez skórę - nowe FINA BBC będzie naprawdę wielkie. Tylko oby wrócili nam Sherlocka przed nowym sezonem...
Na koniec i zasłużony deser, malutki uryweczek z tego, co czeka nas w nowym HOUN ("Psie..."). (Dla Whovistów - uwaga na Russella Toveya (a.k.a Midshipman Alonzo Frame :) ), kto chce, może głośno krzyknąć za nieodżałowanym Dziesiątym Doktorem, "Allons-y Alonzo!")
środa, 6 kwietnia 2011
Holmes i baritsu... [Sherlockistyczne mity]
W oczekiwaniu na... na... na jakiekolwiek ciekawe wiadomości o czymkolwiek (od założenia tego bloga Sherlockiście nie zdarzył się tak ogórkowy sezon, a gorąca pod każdym względem wiosna nie sprzyja długim recenzjom), mały sherlockistyczny micik. A właściwie to trzy różne miciki, z których każdy jest nieprawdziwy, ale wszystkie jakoś tam w Kanonie osadzone.
Po pierwsze zatem, mówi się, że "baritsu", o którym wspomina Holmes w EMPT nie istnieje. Przypomnijmy, że ta właśnie sztuka walki pozwoliła ponoć Sherlockowi pokonać Moriarty'ego i utrzymać równowagę na krawędzi wodospadu Reichenbach. W rzeczywistości, jest to najprawdopodobniej literówka ACD, i to literówka, którą powtórzył za gazetowym artykułem. W późnowiktoriańskiej Anglii rodziła się bowiem moda na sztukę walki zwaną bartitsu, o której będzie jeszcze za chwilę.
Skoro wiemy już, że Holmes uprawiał jakąś sztukę walki, to możemy rozprawić się z mitem drugim: że był to detektyw typowo kanapowy (consulting detective), który zagadki rozwiązuje paląc fajkę przy kominku i którego może zagrać nawet 150-letni Christopher Lee.
(kto nie wie, ten niech się dowie, że dwadzieścia parę lat po roli Mycrofta w PLOSH już wówczas dość wiekowy Christopher Lee dostał rolę Sherlocka w sympatycznej skądinąd telewizyjnej serii długometrażowych filmów u boku całkiem przyzwoitego ale równie podstarzałego Patricka Macnee, prawdopodobnie dlatego, że bez Christophera Lee nie ma żadnych przebojów kina, ani Drakuli ani Gwiezdnych Wojen ani Tolkiena ani Holmesa ;) )
Z tym mitem z kolei rozprawili się już dość skutecznie Ritchie i Downey Jr., pokazując... jak by to powiedzieć... pokazując TO:
Często zdarza się, że zbyt brutalne kwestionowanie pewnych mitów prowadzi do popadania w skrajności, które także z prawdą nie mają wiele wspólnego i goła klata Downeya to klasyczny wręcz przypadek takiej sytuacji. Wprawdzie Sherlockista ucieszył się bardzo, że nareszcie wydobywa się z Kanonu mniej znane wątki (Holmes naprawdę umiał boksować), jednak po filmie Ritchiego zaczęto na nie kłaść nieproporcjonalny nacisk, tworząc kolejny, ostatni już mit: Holmesa jako wiktoriańskiego Chucka Norrisa.
Przede wszystkim, w Kanonie nie ma aż tylu wzmianek o tych Holmesowych walkach, żeby przypuszczać, że miał do nich szczególne upodobanie i tak wybitny talent, jak bohater Ritchiego, powalający przeciwników z pomocą błyskotliwych dedukcji. Dżentelmen w każdej epoce i w każdym kraju powinien potrafić się obronić, zwłaszcza jeśli w dodatku na co dzień zajmuje się tropieniem przestępców. Wiemy, że Sherlock uprawia boks, ale wątpliwe jest, czy regularnie, bo nigdy nie dowiadujemy się nic na temat walk, które mógłby ewentualnie staczać. Brak podstaw, by sądzić, że uczęszczał do wiktoriańskich fight-clubów. Wiemy poza tym tylko tyle, że świetnie się bawił w czasie bójki w gospodzie w SOLI (ach ta cudowna scena z Jeremym Brettem i opatrującym go potem Davidem Burkiem... :). I wiemy wreszcie, że poznał owo tajemnicze baritsu/bartitsu. Bartitsu, czyli jiujitsu w wersji dla wiktoriańskich dżentelmenów (ale także dobra samoobrona dla pań), wymyślone przez Edwarda Bartona-Wrighta, który w 1899 roku założył w Londynie ośrodek treningowy dla panów zainteresowanych mieszaniną różnych technik walki wręcz (a także przy użyciu laski) oraz ćwiczeń. Szkoła działała zaledwie trzy lata, po czym została w niejasnych okolicznościach zamknięta, a Barton-Wright zniknął w odmętach historii.
Wypłynął, o ironio, właśnie dzięki Ritchiemu i Downeyowi. To ich popularny, nowoczesny i ostro reklamowany Sherlock zainspirował aktywistów do szerszego promowania zapomnianej postaci. Linkowany na Sherlockianach Will Thomas jest zresztą jednym z bardziej znanych popularyzatorów bartitsu, a słynna wzmianka z EMPT zainspirowała powstanie filmu dokumentalnego, którego trailer Sherlockista załącza:
Trzeba przyznać, że jest coś wzruszającego w potędze prozy ACD. Jedno zdanie i to jeszcze z błędem sprawia, że po ponad stu latach ludzie gromadzą się w klubach i na forach, by dyskutować o sztuce walki wiktoriańskich i edwardiańskich dżentelmenów.
Zainteresowanych filmem odsyła Sherlockista tu, gdzie można również znaleźć link do wywiadu z twórcą filmu, Tonym Wolfe'em i dowiedzieć się więcej o samym bartitsu, Bartonie-Wrighcie oraz o przepięknej wyprawie badawczej śladami Sherlocka do wodospadu Reichenbach, gdzie miał miejsce najsłynniejszy pojedynek w historii tej sztuki walki...
Po pierwsze zatem, mówi się, że "baritsu", o którym wspomina Holmes w EMPT nie istnieje. Przypomnijmy, że ta właśnie sztuka walki pozwoliła ponoć Sherlockowi pokonać Moriarty'ego i utrzymać równowagę na krawędzi wodospadu Reichenbach. W rzeczywistości, jest to najprawdopodobniej literówka ACD, i to literówka, którą powtórzył za gazetowym artykułem. W późnowiktoriańskiej Anglii rodziła się bowiem moda na sztukę walki zwaną bartitsu, o której będzie jeszcze za chwilę.
Skoro wiemy już, że Holmes uprawiał jakąś sztukę walki, to możemy rozprawić się z mitem drugim: że był to detektyw typowo kanapowy (consulting detective), który zagadki rozwiązuje paląc fajkę przy kominku i którego może zagrać nawet 150-letni Christopher Lee.
(kto nie wie, ten niech się dowie, że dwadzieścia parę lat po roli Mycrofta w PLOSH już wówczas dość wiekowy Christopher Lee dostał rolę Sherlocka w sympatycznej skądinąd telewizyjnej serii długometrażowych filmów u boku całkiem przyzwoitego ale równie podstarzałego Patricka Macnee, prawdopodobnie dlatego, że bez Christophera Lee nie ma żadnych przebojów kina, ani Drakuli ani Gwiezdnych Wojen ani Tolkiena ani Holmesa ;) )
Z tym mitem z kolei rozprawili się już dość skutecznie Ritchie i Downey Jr., pokazując... jak by to powiedzieć... pokazując TO:
Często zdarza się, że zbyt brutalne kwestionowanie pewnych mitów prowadzi do popadania w skrajności, które także z prawdą nie mają wiele wspólnego i goła klata Downeya to klasyczny wręcz przypadek takiej sytuacji. Wprawdzie Sherlockista ucieszył się bardzo, że nareszcie wydobywa się z Kanonu mniej znane wątki (Holmes naprawdę umiał boksować), jednak po filmie Ritchiego zaczęto na nie kłaść nieproporcjonalny nacisk, tworząc kolejny, ostatni już mit: Holmesa jako wiktoriańskiego Chucka Norrisa.
Przede wszystkim, w Kanonie nie ma aż tylu wzmianek o tych Holmesowych walkach, żeby przypuszczać, że miał do nich szczególne upodobanie i tak wybitny talent, jak bohater Ritchiego, powalający przeciwników z pomocą błyskotliwych dedukcji. Dżentelmen w każdej epoce i w każdym kraju powinien potrafić się obronić, zwłaszcza jeśli w dodatku na co dzień zajmuje się tropieniem przestępców. Wiemy, że Sherlock uprawia boks, ale wątpliwe jest, czy regularnie, bo nigdy nie dowiadujemy się nic na temat walk, które mógłby ewentualnie staczać. Brak podstaw, by sądzić, że uczęszczał do wiktoriańskich fight-clubów. Wiemy poza tym tylko tyle, że świetnie się bawił w czasie bójki w gospodzie w SOLI (ach ta cudowna scena z Jeremym Brettem i opatrującym go potem Davidem Burkiem... :). I wiemy wreszcie, że poznał owo tajemnicze baritsu/bartitsu. Bartitsu, czyli jiujitsu w wersji dla wiktoriańskich dżentelmenów (ale także dobra samoobrona dla pań), wymyślone przez Edwarda Bartona-Wrighta, który w 1899 roku założył w Londynie ośrodek treningowy dla panów zainteresowanych mieszaniną różnych technik walki wręcz (a także przy użyciu laski) oraz ćwiczeń. Szkoła działała zaledwie trzy lata, po czym została w niejasnych okolicznościach zamknięta, a Barton-Wright zniknął w odmętach historii.
Wypłynął, o ironio, właśnie dzięki Ritchiemu i Downeyowi. To ich popularny, nowoczesny i ostro reklamowany Sherlock zainspirował aktywistów do szerszego promowania zapomnianej postaci. Linkowany na Sherlockianach Will Thomas jest zresztą jednym z bardziej znanych popularyzatorów bartitsu, a słynna wzmianka z EMPT zainspirowała powstanie filmu dokumentalnego, którego trailer Sherlockista załącza:
Trzeba przyznać, że jest coś wzruszającego w potędze prozy ACD. Jedno zdanie i to jeszcze z błędem sprawia, że po ponad stu latach ludzie gromadzą się w klubach i na forach, by dyskutować o sztuce walki wiktoriańskich i edwardiańskich dżentelmenów.
Zainteresowanych filmem odsyła Sherlockista tu, gdzie można również znaleźć link do wywiadu z twórcą filmu, Tonym Wolfe'em i dowiedzieć się więcej o samym bartitsu, Bartonie-Wrighcie oraz o przepięknej wyprawie badawczej śladami Sherlocka do wodospadu Reichenbach, gdzie miał miejsce najsłynniejszy pojedynek w historii tej sztuki walki...
poniedziałek, 7 czerwca 2010
150 lat Sidneya Pageta!
Sherlockista nareszcie (z pomocą nieocenionego BakerStreet bloga) przypomniał sobie, że w tym roku mija 150 rocznica urodzin człowieka, któremu - jak już kiedyś ShK pisał, cudownym przypadkiem - zawdzięczamy to:
Profesor Moriarty,
FINA
I to:
A zwłaszcza zaś to:
Holmes, SILV
I kto by pamiętał, że według Conan Doyle'a Holmes wcale nie był taki przystojny i że nie nosił na co dzień legendarnego deerstalkera?
Na stronach biblioteki w Toronto można znaleźć ciekawą okolicznościową "wystawę internetową" prezentującą nie tylko Pageta jako legendarnego autora ilustracji do opowiadań o Holmesie (wraz z obowiązkowym pytaniem, czy twarz Holmesa była twarzą niedoszłego ilustratora Doyle'a, brata Pageta, Waltera?), ale również prace zupełnie przeciętnemu holmesiście nie znane. Któż pamięta, że Paget zilustrował również "Tragedię Korasko", a nawet takie dzieła jak Witihin an Ace autorstwa Mary Colborn...
Sherlockista poleca inny bardzo ciekawy serwis, gdzie można nie tylko obejrzeć ilustracje Pageta (w sumie było aż 537 szkiców!), ale i poczytać eseje na temat tego, jak Paget przeinterpretowywał Doyle'a. Sherlockista musi wyznać, że nie jest zachwycony wciskaniem Pagetowi prób wskazania, że Holmes nie wrócił naprawdę w EMPT... ale i tak zabawa to przednia.
Paget miał również zaszczyt uwiecznić rodzinę królewską w żałobie po śmierci Wiktorii. Dla tych Czytelników, którzy nie poczuli się zachęceni, by odwiedzić strony osobiście, przekopiowuję tu ten ostatni obrazek. W końcu tamte chwile powinny obudzić emocje w sercu każdego wielbiciela detektywa, który dla uczczenia królowej strzelał z pistoletu w ścianę...
I wreszcie, na koniec, nasz bohater:
poniedziałek, 8 marca 2010
Czy Sherlock H. był gejem? - każdy Sherlockista musi na to pytanie odpowiedzieć. Co najmniej 9 razy.
Sherlockista jakiś czas temu podlinkował jedno ze swoich ciekawszych znalezisk w zbiorze "Inne tropy", jednak nie miał wcześniej chwili, by je przedstawić i wyjaśnić, czemu właściwie uważa je za znalezisko ciekawe.
Autorzy tego bloga tropią wszelkie wzmianki/interpretacje/fanfiki/slashe, w których Holmes lub* Watson byli gejami.
Jako że Sherlockista w ogóle za slashami nie przepada (bowiem w wersji łagodnej są to przeważnie żałośnie słabe romansidła, a w wersji hard jeszcze żałośniej słabe porno), sam nie czytał tego więcej niż nakazywał reporterski obowiązek, przypomina sobie jednak co najmniej jedno takie dzieło, w którym akcja rozpoczęła się w punkcie oczywistym, czyli pewną słynną sceną z 3GAR, a nastęnie potoczyła się w sposób jeszcze bardziej oczywisty, jeśli zważyć, że we wspomnianej scenie Holmes rozcina Watsonowi spodnie.
Niezwykle wdzięcznym materiałem dla wspomnianych bloggerów jest omówiony tu film, bowiem nie tylko roi się w nim od różnego rodzaju sugestii i aluzji (Holmes i Watson kłócą się jak stare małżeństwo, a Downey spoziera na Law wzrokiem zazdrosnym i pożądliwym - nie sposób też uniknąć skojarzeń ze słynną rolą Law jako wielkiego kusiciela, który uwiódł Oscara Wilde'a), ale i sami twórcy filmu wypowiadają się na temat ewentualnego homoseksualizmu Holmesa z przymrużeniem oka. Nawet jeśli nie chcą jednoznacznej intepretacji ich bohatera jako geja, to nigdzie nie zamykają do takiej interpretacji drogi i to, jak się wydaje, raczej nie z powodu poprawności politycznej, a po prostu dlatego, że trochę tak istotnie została pomyślana ta postać, mimo stereotypowo hetero-męskiej skłonności do walk wręcz i romansu z Irene Adler. Niestety, sugestie Downeya nie spodobały się dysponentce prawami autorskimi do postaci Sherlocka Holmesa na terenie Stanów Zjednoczonych, Andrei Plunket, która zagroziła, że jeśli w sequelu wątek homoseksualizmu Holmesa zostanie wyeksponowany/pociągnięty, to ona za żadne pieniądze się na to nie zgodzi.
I z tej okazji Sherlockista zadał sobie pytanie, czy Plunket miała rację? ShK nie zamierza się tu wdawać w interpretacje jej zachowania (być może jest po prostu kretynką, która uznała przedstawienie Holmesa jako geja za uwłaczające a być może nie toleruje dopisywania do postaci czegoś, czego eksplicite nie ma w Kanonie, a gdy Ritchie kręcił pierwszy film po prostu jej się przysnęło) ani dyskutować tego, na ile twórcom adaptacji wolno ingerować w tekst etc. - zakłada tylko, że cokolwiek Plunket zrobiła, zrobiła to ponieważ wierzy mocno, że Holmes gejem nie był. Sherlockista zamierza zatem rozważyć publicznie kwestię, o którą pyta go ok. 80% rozmówców w czasie do 3 min. 20 sek. od dowiedzenia się, że Sherlockista jest Sherlockistą.**
Przeżyjmy to jeszcze raz - jedyna eksplicytna scena, w której napisane jest wielkimi literami, że Holmes kocha Watsona. Oddajmy głos owemu słynnemu 3GAR.
I felt a sudden hot sear as if a red-hot iron had been pressed to my thigh. There was a crash as Holmes's pistol came down on the man's head. I had a vision of him sprawling upon the floor with blood running down his face while Holmes rummaged him for weapons. Then my friend's wiry arms were round me, and he was leading me to a chair.
"You're not hurt, Watson? For God's sake, say that you are not hurt!"
It was worth a wound -- it was worth many wounds -- to know the depth of loyalty and love which lay behind that cold mask. The clear, hard eyes were dimmed for a moment, and the firm lips were shaking. For the one and only time I caught a glimpse of a great heart as well as of a great brain. All my years of humble but single-minded service culminated in that moment of revelation.
"It's nothing, Holmes. It's a mere scratch."
He had ripped up my trousers with his pocket-knife.
"You are right," he cried with an immense sigh of relief. "It is quite superficial." His face set like flint as he glared at our prisoner, who was sitting up with a dazed face. "By the Lord, it is as well for you. If you had killed Watson, you would not have got out of this room alive. Now, sir, what have you to say for yourself?"
"For the one and only time" nie jest prawdą - bardzo nasycona emocjami scena ma również miejsce w DEVI, co znamienne, obaj panowie znów leżą na sobie, ale tym razem to Watson wyciąga Holmesa z opałów, a właściwie oparów trucizny.
Drobne gesty i uwagi rozsiane są naturalnie po całym cyklu, na czele ze słynnym momentem w EMPT, kiedy to Watson - twardy żołnierz - mdleje z radości na widok powracającego Holmesa.
Że Watson Holmesa momentami ubóstwia - to dla każdego czytelnika jest jasne. Detektyw jest "najlepszym i najmądrzejszym człowiekiem", jakiego Watson zna (FINA), pokazuje mu nowe, ekscytujące życie, sprawia, że ranny, emerytowany lekarz znów czuje się potrzebny (what would I do without my Boswell?), fascynuje go pięknym umysłem i niecodziennymi nawykami, a zarazem sprawia, że i Watson, człowiek zgoła nieszablonowy, hazardzista, kobieciarz, artysta i wielbiciel zagadek czuje się bardziej wolny. Wspomniany już niegdyś w tym blogu Bert Coules z BBC, sam pisarz, tworząc radiowe adaptacje opowiadań genialnie wprost uwypukił w całym cyklu fakt, że Watson tworzy - przygody przeżywane z Holmesem są dla niego czymś więcej niż tylko inspiracją do uprawiania hobby.
Dla Holmesa przyjaźń - związek? - z Watsonem jest prawdopodobnie najważniejszą rzeczą w życiu. Watson, że się tak Sherlockista postmodernistycznie wyrazi, tworzy narrację o życiu Holmesa. Dzięki Watsonowi Holmes widzi swoje poczynania w nowym świetle, nie tylko banalnie zyskuje sławę, ale w pewnym sensie zyskuje samoświadomość. Tu znów ukłon w pas dla Coulesa za scenę, w której Holmes cytuje opowiadanie Watsona (SCAN) i przyznaje się, że regularnie dzieła doktora czytuje. Podobne motywy obecne są zresztą w każdej dobrej adaptacji Holmesa.
Watson to oczywiście niezawodny i zaopatrzony w wojskową broń towarzysz przygód, bez którego niejedna z ryzykownych wypraw mogłaby się zakończyć gorzej. Ale rola ta jest zupełnie nieistotna w porównaniu z faktem, że - nie licząc może Mycrofta - Watson jest jedyną osobą, wobec której Holmes żywi ciepłe uczucia. Wprawdzie zdarza mu się pisać o Watsonie z lekceważeniem, że był dla niego jak fajka czy inne akcesoria (CREE), ale przywołane wyżej fragmenty wyraźnie przeczą tej teorii. Watson też otwierał przed Holmesem nieznany mu egzotyczny świat - świat domu i rodziny, który daje ciepło i serdeczność, a nie wiąże się z mrocznymi uczuciami, przemocą i ukrytymi przed wzrokiem postronnych okrucieństwami. Niezależnie od tego jak wyglądało dzieciństwo detektywa, sama kariera Holmesa wystarcza, by zacząć na instytucję rodziny patrzeć co najmniej podejrzliwie (IDEN, BOSC, COPP). Watson, ze swoją tęsknotą za ciepłym kominkiem był pewnie w oczach Holmesa naiwnym kosmitą. Jednocześnie, ile razy by detektyw nie odmawiał ze zniecierpliwieniem kolejnego posiłku albo chwili odpoczynku, rodzinne i opiekuńcze odruchy Watsona najprawdopodobniej uratowały mu resztki zdrowia i życie. W serii Granady z powodu zadziwiającego zbiegnięcia się fabuły Sherlocków z historią życia odtwórcy głównej roli, szczególnie dobitnie pokazano, jak starzejący się, chorujący Holmes coraz bardziej potrzebuje opieki, a nawet lekarskiej pomocy Watsona. Jeśli Holmes istotnie chorował na ChAD (nt. tej hipotezy patrz jedna z poprzednich notek), to tylko Watson potrafił odróżnić znudzenie bezczynnością od depresji, na którą nawet najlepsza zagadka nie byłaby lekarstwem, ekscytację z powodu interesującej zagadki, od niezdrowego, wyczerpującego pobudzenia. Watson wie, kiedy odradzić Holmesowi branie następnej sprawy, kiedy przymusem niemal wysłać go na wakacje (DEVI), kiedy wyciągnąć na spacer (YELL). Watson kontroluje przyjmowane przez Holmesa dawki narkotyków (najlepsze dialogi na ten temat mają miejsce nie w Kanonie a w "The Private Life of Sherlock Holmes", niestety część znajduje się we fragmentach zachowanych tylko w scenariuszu...).
Watson powstrzymuje ten piękny, delikatny umysł przed niszczeniem samego siebie. I w zamian otrzymuje kawał Holmesowego serca.
I dlatego na pytanie czy Sherlock H. był gejem, odpowiada Sherlockista niezmiennie "ale co za różnica"...
Bo pytanie to mieści w sobie wprawdzie aż trzy różne kwestie, ale żadna z nich nijak tej powyżej przedstawionej, najistotniejszej o relacjach SH i JW prawdy nie tyka.
Pierwsza kwestia to zwyczajnie orientacja obu panów. Z Kanonu wiemy, że Watson miał co najmniej jedną żonę, ale to mogła być, oczywiście, przykrywka, więc tak naprawdę na pewno nie wiemy nic - roboczo można uznać jedynie, że na razie nic nas nie zmusza do trzymania się tezy, jakoby byli hetero.
Po drugie, można zatem przez to rozumieć trywialne pytanie o to, czy uprawiali seks. A cholera ich wie. W obliczu tak kosmicznego związku dwóch potężnych indywidualności jest to po prostu sprawa drugorzędna. Niektórzy ludzie trochę po hipisowsku przez seks wyrażają po prostu bliskość, nawet w związkach z przyjaciółmi. Dla innych seks i przyjaźń to dwa światy, którym z jakichś powodów przeciąć się nie wolno, bo przyjaźń stanie się "brudna". Naprawdę trudno by było określić, do którego rodzaju należeli Holmes i Watson, chociaż zważywszy na to, jak oryginalnie zachowywali się na co dzień (jak na surowe realia późnowiktoriańskiej Anglii), można wiele pikantnych rzeczy wnioskować na temat ich podejścia do seksu.
Po trzecie wreszcie, można zapytać, czy oprócz tego, że się kochali jak przyjaciele, byli w sobie zakochani? Czy oprócz ciepła i sympatii czuli czasem na swój widok jakieś szarpiące porywy namiętności, czy w finale SIGN, gdy Watson wyprowadza się do żony, Holmes pragnie oprócz żalu, smutku i przygnębienia wyrazić jeszcze potężniejsze uczucia, czy w scenie z 3GAR, gdyby Watson zginął, to Holmes zabiłby jego mordercę a na koniec sam pchnął się nożem w zdławioną bólem pierś?
Szczerze, to myśli Sherlockista, że raczej nie, ale... czy nie mamy po tym wszystkim już zupełnie dość poszlak, żeby zrobić dobry, holmesologiczny blog o gej-Sherlocku ;)?
---
*Sherlockista obiecał sobie, że w tym blogu filozoficznie wyżywać się nie będzie, ale wspomni tylko, że alternatywy używa zawsze w klasycznym sensie logicznym: możliwe, że zachodzi tylko jeden człon, ale możliwe też, że zachodzą oba człony na raz.
**Naprawdę wierni Czytelnicy być może pamiętają pierwszy wpis na ten temat na starym angielskim blogu ShK.
poniedziałek, 1 marca 2010
Jeremy Brett: FINA/EMPT, cz 1.: FINA
Jeśli ktoś z Czytelników oczekuje krótkiej i jednoznacznej odpowiedzi na wspomniane w poprzedniej notce pytanie o to, jak zrobić dobrą ekranizację Holmesa, to Sherlockista służy. Nie, nie będzie wykręcania się i dywagacji, że a bo trudno uchwycić ducha Kanonu a bo tamto, siamto i kim była w końcu Irene Adler.
Odpowiedzią jest początek tytułu dzisiejszej notki: Jeremy Brett.
FINA - bohaterska śmierć bohatera w starciu z jego największym wrogiem, wymarzony punkt kulminacyjny każdej epickiej historii. EMPT - triumfalny powrót z zaświatów, po symbolicznych trzech latach. Takie części opowieści o herosach zawsze czytane są najchętniej, takie strony mają najmocniej pozaginane rogi, a nawet tłuste plamy na marginesach i gdzieniegdzie ślady łez uronionych przez czytelników o co czulszych serduszkach. I te właśnie opowiadania w wykonaniu sir Arthura Conan Doyle'a są najbardziej bylejakie, najbardziej kontrowersyjne, miejscami niezrozumiałe, podejrzane z punktu widzenia logiki i elementarnych psychologicznych intuicji. Szczegółowo o tym, czemu tak się stało i na czym usterki polegają - oraz jak sobie z nimi holmesolodzy radzą - będzie przy innej okazji, bo jest to temat, który pochłonął Ocean Spokojny atramentu i puszczę amazońską papieru. Dziś wystarczy nam wiedzieć, że o ile dobre opowiadanie o Sherlocku, z żywą akcją i ciekawą zagadką nakręcić jest bardzo trudno, o tyle FINA i EMPT same w sobie śnią się zapewne reżyserom po nocy w koszmarach.
A scenarzyści Granady dali radę. Tak, głównie dlatego, że pisali dla Jeremy'ego Bretta - który potrafi zagrać nawet jajko w majonezie tak, że będzie to widok przyprawiający o ciarki na plecach. Również dlatego, że pisali dla Davida Burke'a i Edwarda Hardwicke'a, znakomitych Watsonów Bretta. Z tym pierwszym - młodszym, żwawszym, (o tyleż bardziej kanonicznym niż niesławny dziadzio Bruce, partner Basila Rathbone'a), godnym zaufania, gdy trzeba upolować śmiertelnie groźnego nakrapianego węża (SPEC)** i równie niezawodnym partnerem w FINA, gdy ściga Sherlocka H. wróg niecętkowany, ale jeszcze groźniejszy i pozostaje tylko uciekać w szwajcarskie Alpy - z tym pierwszym zatem Watsonem połączyła Bretta prawdziwa chemia. I ta chemia właśnie ratuje ekranizację opowiadania, w którym w zasadzie nie ma intrygi. Rozpaczliwej próby scenarzystów, by jakoś wypełnić treścią ogólnikowe wzmianki Doyle'a na temat "ważnej sprawy prowadzonej na zlecenie francuskiego rządu" przez litość nie wspominam.
Ta chemia jest w twarzy Burke'a, gdy ten słyszy od pani Hudson o niepokojącej wizycie dziwnego, wysokiego dżentelmenta o szarych oczach. Jest w twarzy Bretta, gdy mówi o planowanej wyprawie na kontynent, wiedząc dobrze, że być może to jego ostatnie dni. Holmes chce je spędzić z Watsonem. Brett chce je spędzić z Burke'iem. Burke jest prostoduszny, żołnierski. Nie opuści Holmesa w kłopotach, bo tak się nie robi. Gdy zobaczy porzuconą laskę i domyśli się, że przyjaciel zginął w czeluści z poruszającą mieszaniną naiwności i rozpaczy będzie go nawoływał, a potem usiądzie i zwyczajnie zapłacze. Brett bije sam siebie na głowę (to dopiero koniec drugiej serii "Adventures..." nikt jeszcze nie wie, na jakie wyżyny i głębie wyprawi się Jeremy w filmach następnych). Holmes trochę się cieszy, że ma okazję zginąć w chwale, w walce z godnym przeciwnikiem, u szczytu kariery - jest to niewątpliwie echo zamysłu Doyle'a, który ponoć śmierć swojego znienawidzonego detektywa wymyślił zainspirowany widokiem efektownego wodospadu Reichenbach*** i starał się zabić go jak najgodniej. Ale pozostaje sobą. Po ludzku przejęty zamachami na swoje życie, ale nieodmiennie afektowany w gestach i w tonie. Wzruszony postawą Watsona, chociaż zarazem bezwzględny w swoich zamiarach. Zadowolony ze swojej przenikliwości, triumfujący - i jednocześnie lekko wystraszony, gdy Moriarty (wspaniały Eric Porter) nachodzi go w jego własnym mieszkaniu. Scena między tymi dwoma, z kanonicznym dialogiem, z nieregularnymi, nieoczekiwanymi akcentami Bretta i jego urywanym oddechem, porywa, chociaż nie pokazuje nawet grama więcej niż Doyle w opowiadaniu.
Wierność, jak uczą nas psychologowie, nierzadko popłaca. Seria Granady jest często wierna w zupełnie dosłownym, klasycznym, banalnym sensie - jednak rzadko bezmyślnie i rzadko tylko z przyzwyczajenia. Wielkim darem scenarzystów Granady było zachowywanie oryginalnych tekstów i scen wówczas, gdy naprawdę miały one szansę one wybrzmieć, a Brett potrafił podać kanoniczne frazy w kompletnie niespodziewany, a zarazem dziwacznie naturalny sposób.
Taki kolorowy, jedyny w swoim rodzaju ptak jak Holmes tak właśnie musiał mówić. Takie kosmiczne dźwięki, powarkiwania, krzyki, świsty, wydawać. Burke, przeciwnie, jest przewidywalny, czasem nawet sprawia wrażenie lekko tępawego, ale tego właśnie oczekujemy po "the good doctor". W jego pełnych podziwu oczach Holmes ma się przeglądać, lekkie przygany nigdy nie stają się zbyt stanowcze, a przestrach czy zaskoczenie (jak w scenie ze spotkaniem w pociągu) są lekko przesadzone, tak, by widz mógł się z odczuciami Watsona zidentyfikować, ale zarazem poczuć odrobinkę lepszym. Ilekroć jednak przychodzi nam do głowy, by nadmiernie wywyższać się nad Burke'a-Watsona, wystarczy jedno pełne szacunku i sympatii spojrzenie Holmesa-Bretta, byśmy przypomnieli sobie, gdzie nasze miejsce. O tak, między Brettem a Burke'iem jest prawdziwa chemia.
I dlatego to, co dzieje się między Brettem a Hardwicke'iem wypada nazwać jedynie alchemią.
Ale o tym już w następnym odcinku - EMPT :)
Odpowiedzią jest początek tytułu dzisiejszej notki: Jeremy Brett.
A na ewentualne dalsze pytanie o to, dlaczego właśnie Jeremy Brett odpowiada naturalnie druga część tytułu. Jeremy Brett - bo "Final Problem" i "Empty House". Równie dobrze poradziłby sobie w tej roli (prawie*) każdy inny tytuł ekranizacji z legendarnej serii Granady - i Sherlockista nie zamierza kryć się z planem, by tak właśnie po kolei owymi tytułami tu odpowiadać. Sherlockista jest bowiem Jeremy'ego Bretta już nie wielbicielem, ale zgoła szalikowcem i w tym miejscu pozwoli sobie podlinkować swój pierwszy sherlockistyczny blogowy wpis ze starego, prywatnego bloga. Nie tylko dlatego, że w notce tej opowiedział o początkach swojego niezwykle ognistego z Brettem romansu, ale również z uwagi na różne o Bretcie informacje i spostrzeżenia, których nie chciałby tu powtarzać z uwagi na "stałych klientów" wśród swoich Czytelników:
Skoro odpowiedź na pytania i wprowadzenie w Brettologię stosowaną ma już Sherlockista załatwione, pozostaje mu oddać się rekreacyjnej części notki i napisać słów parę o ekranizacjach opowiadań, które z całego cyklu o Holmesie miały największego pecha.
FINA - bohaterska śmierć bohatera w starciu z jego największym wrogiem, wymarzony punkt kulminacyjny każdej epickiej historii. EMPT - triumfalny powrót z zaświatów, po symbolicznych trzech latach. Takie części opowieści o herosach zawsze czytane są najchętniej, takie strony mają najmocniej pozaginane rogi, a nawet tłuste plamy na marginesach i gdzieniegdzie ślady łez uronionych przez czytelników o co czulszych serduszkach. I te właśnie opowiadania w wykonaniu sir Arthura Conan Doyle'a są najbardziej bylejakie, najbardziej kontrowersyjne, miejscami niezrozumiałe, podejrzane z punktu widzenia logiki i elementarnych psychologicznych intuicji. Szczegółowo o tym, czemu tak się stało i na czym usterki polegają - oraz jak sobie z nimi holmesolodzy radzą - będzie przy innej okazji, bo jest to temat, który pochłonął Ocean Spokojny atramentu i puszczę amazońską papieru. Dziś wystarczy nam wiedzieć, że o ile dobre opowiadanie o Sherlocku, z żywą akcją i ciekawą zagadką nakręcić jest bardzo trudno, o tyle FINA i EMPT same w sobie śnią się zapewne reżyserom po nocy w koszmarach.
A scenarzyści Granady dali radę. Tak, głównie dlatego, że pisali dla Jeremy'ego Bretta - który potrafi zagrać nawet jajko w majonezie tak, że będzie to widok przyprawiający o ciarki na plecach. Również dlatego, że pisali dla Davida Burke'a i Edwarda Hardwicke'a, znakomitych Watsonów Bretta. Z tym pierwszym - młodszym, żwawszym, (o tyleż bardziej kanonicznym niż niesławny dziadzio Bruce, partner Basila Rathbone'a), godnym zaufania, gdy trzeba upolować śmiertelnie groźnego nakrapianego węża (SPEC)** i równie niezawodnym partnerem w FINA, gdy ściga Sherlocka H. wróg niecętkowany, ale jeszcze groźniejszy i pozostaje tylko uciekać w szwajcarskie Alpy - z tym pierwszym zatem Watsonem połączyła Bretta prawdziwa chemia. I ta chemia właśnie ratuje ekranizację opowiadania, w którym w zasadzie nie ma intrygi. Rozpaczliwej próby scenarzystów, by jakoś wypełnić treścią ogólnikowe wzmianki Doyle'a na temat "ważnej sprawy prowadzonej na zlecenie francuskiego rządu" przez litość nie wspominam.
Ta chemia jest w twarzy Burke'a, gdy ten słyszy od pani Hudson o niepokojącej wizycie dziwnego, wysokiego dżentelmenta o szarych oczach. Jest w twarzy Bretta, gdy mówi o planowanej wyprawie na kontynent, wiedząc dobrze, że być może to jego ostatnie dni. Holmes chce je spędzić z Watsonem. Brett chce je spędzić z Burke'iem. Burke jest prostoduszny, żołnierski. Nie opuści Holmesa w kłopotach, bo tak się nie robi. Gdy zobaczy porzuconą laskę i domyśli się, że przyjaciel zginął w czeluści z poruszającą mieszaniną naiwności i rozpaczy będzie go nawoływał, a potem usiądzie i zwyczajnie zapłacze. Brett bije sam siebie na głowę (to dopiero koniec drugiej serii "Adventures..." nikt jeszcze nie wie, na jakie wyżyny i głębie wyprawi się Jeremy w filmach następnych). Holmes trochę się cieszy, że ma okazję zginąć w chwale, w walce z godnym przeciwnikiem, u szczytu kariery - jest to niewątpliwie echo zamysłu Doyle'a, który ponoć śmierć swojego znienawidzonego detektywa wymyślił zainspirowany widokiem efektownego wodospadu Reichenbach*** i starał się zabić go jak najgodniej. Ale pozostaje sobą. Po ludzku przejęty zamachami na swoje życie, ale nieodmiennie afektowany w gestach i w tonie. Wzruszony postawą Watsona, chociaż zarazem bezwzględny w swoich zamiarach. Zadowolony ze swojej przenikliwości, triumfujący - i jednocześnie lekko wystraszony, gdy Moriarty (wspaniały Eric Porter) nachodzi go w jego własnym mieszkaniu. Scena między tymi dwoma, z kanonicznym dialogiem, z nieregularnymi, nieoczekiwanymi akcentami Bretta i jego urywanym oddechem, porywa, chociaż nie pokazuje nawet grama więcej niż Doyle w opowiadaniu.
Wierność, jak uczą nas psychologowie, nierzadko popłaca. Seria Granady jest często wierna w zupełnie dosłownym, klasycznym, banalnym sensie - jednak rzadko bezmyślnie i rzadko tylko z przyzwyczajenia. Wielkim darem scenarzystów Granady było zachowywanie oryginalnych tekstów i scen wówczas, gdy naprawdę miały one szansę one wybrzmieć, a Brett potrafił podać kanoniczne frazy w kompletnie niespodziewany, a zarazem dziwacznie naturalny sposób.
Taki kolorowy, jedyny w swoim rodzaju ptak jak Holmes tak właśnie musiał mówić. Takie kosmiczne dźwięki, powarkiwania, krzyki, świsty, wydawać. Burke, przeciwnie, jest przewidywalny, czasem nawet sprawia wrażenie lekko tępawego, ale tego właśnie oczekujemy po "the good doctor". W jego pełnych podziwu oczach Holmes ma się przeglądać, lekkie przygany nigdy nie stają się zbyt stanowcze, a przestrach czy zaskoczenie (jak w scenie ze spotkaniem w pociągu) są lekko przesadzone, tak, by widz mógł się z odczuciami Watsona zidentyfikować, ale zarazem poczuć odrobinkę lepszym. Ilekroć jednak przychodzi nam do głowy, by nadmiernie wywyższać się nad Burke'a-Watsona, wystarczy jedno pełne szacunku i sympatii spojrzenie Holmesa-Bretta, byśmy przypomnieli sobie, gdzie nasze miejsce. O tak, między Brettem a Burke'iem jest prawdziwa chemia.
I dlatego to, co dzieje się między Brettem a Hardwicke'iem wypada nazwać jedynie alchemią.
Ale o tym już w następnym odcinku - EMPT :)
---
*Ze smutnym wyjątkiem MAZA, który kręcony był w czasie, gdy Brett znów ciężko chorował, w związku z czym scen z samym Holmesem nie ma tam wcale, z wyjątkiem króciutkiej sekwencji z innego filmu. Nie można jednak przemilczeć, że również niektóre inne tytuły Granady budzą - nierzadko uzasadnione - kontrowersje - ale wszelkie zastrzeżenia mam nadzieję sprawiedliwie tu przedstawić.
**Wąż ten co gorsza, wbrew wszelkim prawom biologii, miał uszy!
***Sherlockista słyszał wszelako od osoby, która miała szczęście wodospad ten oglądać na własne oczy, że nie jest to nic szczególnego i niczym się z krajobrazu nie wyróżnia...
**Wąż ten co gorsza, wbrew wszelkim prawom biologii, miał uszy!
***Sherlockista słyszał wszelako od osoby, która miała szczęście wodospad ten oglądać na własne oczy, że nie jest to nic szczególnego i niczym się z krajobrazu nie wyróżnia...
Subskrybuj:
Posty (Atom)








