Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Game of Shadows. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Game of Shadows. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 stycznia 2012

"Game of Shadows" - sympatyczny sequel Sherlocka Ritchiego. Recenzja - sort of - Sherlocka - sort of.

"Sympatyczny" to takie pozytywne słowo. Przyjemne. Wesolutkie. Nieinwazyjne. No, takie sympatyczne. A teraz, czy wyobrażacie sobie, żeby komplement taki strzelić Sherlockowi Holmesowi?
No właśnie.
ShK bardzo się starał dać "Grze cieni" szansę. Do pierwszej części Sherlocka Ritchiego ma wręcz sentyment: była dla niego wielkim zaskoczeniem na plus, obejrzał ją w bardzo dramatycznych okolicznościach życiowych, a na dodatek, chociaż planował założenie sherlockistycznego bloga od dawna, to dopiero ten nowy, kinowy, masowo popularny Sherlock przekonał go, że w ogóle ktokolwiek będzie go kiedyś czytał. I tak oto entuzjastyczna wręcz recenzja z jedynki była pierwszym po powitaniu tekstem na Sherlockianach :)
Do końca miał ShK nadzieję, że dwójka, mimo zniechęcających trailerów i pogłosek, też go pozytywnie rozczaruje. No, niestety, nie tym razem.
Downey jest milutki, ma wielkie, sarnie oczy, bardzo jest nam przykro, kiedy go boli albo martwi się o Watsona, no a już zwłaszcza, gdy okazuje się, że taki wspaniały detektyw ma (bardzo liczne) słabostki i boi się wysokich koni. Ogromnie to jest wszystko sympatyczne, ale z postaci, która w pierwszej części miała sporo kanonicznych rysów (szczegóły w zlinkowanej recenzji) zostało skrzyżowanie Chucka Norrisa z klaunem. Niby twórcy podjęli jeszcze jakieś próby nawiązań do tekstów, była nawet garstka cytatów (wiadomość dla Watsona, skrawki dosłownie w dialogach z Moriarty'm), ale nie widać już żadnej spójności w tej postaci. Sherlockista napisałby, że wydaje się okropnie papierowa (aktorstwo Downeya też pozostawiło tym razem sporo do życzenia), ale momentami zastanawiał się, czy ekipa w ogóle zadała sobie trud, by spisywać jakieś scenariusze. Niby dzieje się sporo dramatycznych rzeczy, które powinny Sherlocka obejść osobiście - ale, no właśnie: niby. Niby na początku widzimy Sherlocka w manii, ale po chwili mu przechodzi i jest tym samym luzakiem, co zawsze. Niby rozwiązuje najważniejszą sprawę w karierze, ale dopytuje się co chwila, czy Watson dobrze się bawi, jak gdyby w gruncie rzeczy chodziło jednak o to, by wygrać w pojedynku na fajność z Mary...
Najgorsze jest chyba to, że tego Sherlocka nikt nie szanuje. Nawet pani Hudson pozwala sobie na pyskowanie. Wprawdzie Holmes potrafi wspaniale przywalić, i to dedukując precyzyjnie zachowanie przeciwnika, ale poza tym jest raczej zabawny. Hoduje w domu dżunglę, chodzi wiecznie wyśmodruchany i niedogolony, bez przerwy mu się coś myli,  przymila się do opryskliwego Watsona, tańcuje z Cyganami... Amerykańskie nastolatki na pewno są zachwycone. Sherlockista mniej.

Teoretycznie niżej znajdzie się sporo spoilerów, ale ponieważ większość z tego była w trailerach a trudno spoilować film, który, jak już zostało powiedziane, ma tylko śladowe ilości scenariusza i właściwie żadnych specjalnie zaskakujących elementów, chyba można czytać spokojnie.


Poprzednia część ujęła Sherlockistę od razu - świetną muzyką - i była jak zaproszenie do dobrej zabawy, któremu nie dało się odmówić. Ta, z wszystkimi wybuchami, Irenami, Cyganami, terrorystami, oprychami, ślubami i naparzankami - jest zupełnie nijaka. To żadne zaskoczenie. Filmy są jakieś prawie zawsze dzięki wyrazistym głównym bohaterom, trzymającemu w napięciu konfliktowi lub tajemnicy. Prawie nigdy - z powodu bogatego wyboru płaskich zupełnie postaci, których nie mamy ani kiedy poznać ani się nimi przejąć oraz licznych wybuchających drzew.
Abstrahując od zepsutego zupełnie w sequelu Sherlocka Holmesa, główna wada filmu jest taka: między wszystkimi tymi burdami i strzelaninami nie ma kiedy zbudować spójnej fabuły, wciągającej zagadki, którą Holmes musiałby rozwiązać (inaczej niż pięścią), wielkiego konfliktu, który budziłby narastające emocje bohaterów i nasze (widać ślady po chaotycznych próbach dodania bohaterom rzeczywistych motywacji, ale tu też twórcy przesadzili: może Sherlockowi chodzi trochę o Adler, na pewno o, to, żeby przyimponować Watsonowi, przy okazji go chroniąc, ale też tak w ogóle o to, żeby wygrać pojedynek, no i w sumie warto by było uchronić społeczeństwo przed gadem, a i jeszcze przy okazji pomóc tej fajnej Cygance... - u ACD mamy proste starcie największego z detektywów z Napoleonem Zbrodni i wszyscy przejmują się tym o wiele bardziej).
Sherlockista nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że kręcąc kolejne sceny, twórcy zamiast klecić historię o Holmesie, zadawali sobie pytania w rodzaju: "a co by tu zrobić, żeby było z jajem? może niech Watson pobije się przy kartach? ekstra, nie? A może potańczą? E! Ze sobą potańczą, takie pikantne się zrobi! O, a w pociągu niech Sherlock przebierze się za kobietę, na tym zawsze się śmieją, rany no, Holmes w szmineczce, ale odjazd, popkornem będą prychać na odległość! Tylko Mycroft taki sztywny... może niech się rozbierze!!! Goły Mycroft! Czujecie? Goły! Buahaha!"
A potem naprawdę trudno powiedzieć, czemu właściwie Watson gra w karty zamiast pomagać Sherlockowi i czemu, na litość boską, Mycroft epatuje biedną Mary swoimi wdziękami. Czyżby był aż takim oryginałem i do tego stopnia odwykł od życia towarzyskiego, że nie przyszło mu do głowy włożyć szlafrok? Czemu w takim razie w innych scenach jest czarującym dyplomatą i duszą towarzystwa? Nie zrozumcie Sherlockisty źle, Stephen Fry akurat stanął na wysokości zadania i tak jak wszyscy oczekiwali, cudownie pasuje do swojej roli. Tylko że jego rolą jest bycie kolejnym comic relief, czyli zabawnym gościem dającym nam odpocząć od stresów, które rzekomo rodzi główna linia fabuły. Kto w tym filmie właściwie nie służy za comic relief?
Na szczęście: Moriarty, czyli Jared Harris. Oraz jedna z najbardziej udanych i kanonicznych postaci w Game of Shadows: supersnajper, pułkownik Moran (Paul Anderson). ShK musi przyznać, że czarne charaktery udały się w sequelu nadspodziewanie dobrze. Budzą autentyczną grozę i są bardzo blisko ACD. Spotkanie bohaterów - wprawdzie nie na Baker Street, ale uniwersytet jest do zaakceptowania - należy do lepszych fragmentów filmu, a ich finałowy pojedynek nad wodospadem to już wręcz kawał wspaniałego holmesowego kina. Serio serio. Pewnie także dlatego, że Ritchie pokornie skorzystał w tych akurat partiach z prozy ACD...
Świetnym oryginalnym pomysłem Ritchiego było też wysłanie Profesora do opery. Don Giovanni zawsze fenomenalnie wygląda w kinie i w "Grze cieni" także nie zawodzi.

Niestety, nawet Moriarty'emu przyszło też wystąpić w sekwencji zupełnie groteskowej, z rzeźnickim hakiem (jak wiadomo, scenom tortur musi towarzyszyć dla kontrastu sielska muzyka klasyczna) oraz długim, nużącym pościgiem, w którym burzy się kilka budynków i strzela ze sporych armat. Do ludzi w lesie. I na koniec, pokazuje się subtelnie, że Watson jest jednak przywiązany do Holmesa: robi mu się smutno, gdy przyjaciel prawie umiera.
Sam Watson zresztą jest bardzo dobrze zagrany, ale w tej części mocno już przerysowany. W relacji bohaterów zdecydowanie za dużo jest efektów specjalnych w postaci bójek, kłótni, rywalizacji nawet (!), łez, uwodzenia i przytulania się nago, a za mało esencji: czyli partnerstwa.
O Sim nie ma ShK zbyt wiele do powiedzenia. Ktoś uznał, że  Cyganka będzie elementem cool - i jest, zwłaszcza w wydaniu utalentowanej Noomi Rapace. Co Simza robi poza tym dla rozwoju fabuły/akcji lub bohaterów, trudno powiedzieć. A, dobrze i sprytnie się bije.
Ktoś uznał też, że elementem cool będzie, jeśli Watsonowa Mary (Kelly Reilly) także przyczyni się do powalenia Moriarty'ego, co jest bardzo sympatycznym pomysłem z punktu widzenia ruchu na rzecz pokazywania w kinie kobiet jako ciekawych ludzi, a nie tylko laleczek w opałach. Niestety, jeśli obstawimy Holmesa nie tylko superinteligentną Adler, bitnym, sprytnym i momentami dominującym Watsonem, Cyganką-karateką, ale jeszcze na dodatek asertywną i oblataną w szpiegowskich technikach Mary, to przestaje go być widać. A pamiętajmy, że Downey sam z siebie jest niewysoki...
Podsumowując, ani zwykłym widzom ani sherlockistom nie grozi na tym filmie atak szału, rozpaczy lub śmiechu. W ogóle nic szczególnego się nie wydarzy. Zobaczycie takiego sobie hollywoodzkiego wycierucha z kilkoma błyskami czegoś lepszego. Sherlockista nie mógł się oprzeć wrażeniu, że pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.
Gdyby twórcy byli zainteresowani, jak to się robi, zawsze mogą obejrzeć z nami Sherlocka BBC: dziś Brytole dostaną "Hounds of Baskerville".
Porównywania obu produkcji raczej Sherlockista nie przewiduje. Byłoby to zupełnie zbędne, a przy tym okrutne.

P.S. Dla śledzących Sherlockianowy spór o Irene (głównie w komentarzach): przeczytajcie głos Ninedin (na stałe podlinkowana z lewej strony ;).

sobota, 17 grudnia 2011

Game of Shadows - pierwsze recenzje, Sherlock 2 BBC, Cumberbatch contra Downey i inne ploteczki...

Dziś notka podsumowująca ploteczki i pierwsze refleksje krytyczne na temat dwóch wyczekiwanych Holmesowych produkcji.
Sherlock Holmes: A Game of Shadows, które  u nas zawita dopiero w urodziny Sherlocka, 6 stycznia, na Zachodzie zbiera już pierwsze recenzje. Takie... takie średnie, ale nie w pejoratywnym sensie tego słowa. W zasadzie, Sherlockista w ogóle nie jest zaskoczony.
Na plus zapisują nowemu Sherlockowi Ritchiego tempo akcji, ale też coś, na co Sherlockista się szczerze cieszy, czyli radość, humor, polot i klimat chłopięcej wyprawy dwóch przyjaciół-awanturników. To może być całkiem sympatyczne i może nawet uratować ten film - przynajmniej w oczach ShK.
Wszyscy doceniają fakt, że Holmes i Watson, chociaż skandalicznie, zdaniem większości krytyków, różni od literackiego pierwowzoru, są przynajmniej wyraziści i koncentrują na sobie uwagę. To pewnie dobrze.
Na minus: to, czego od początku się obawialiśmy. Wybuchy, chaos, popisówy i afekciarstwo. Nie do końca składna fabuła, w której Moriarty'ego jest za dużo - a, jak trafnie zauważył jeden z recenzentów, nie przypadkiem sam Doyle chował go w cieniu, by pobudzić wyobraźnię - podczas gdy Sim, postać grana przez Noomi Rapace, jest trochę za mało. Sama Noomi wyraziła żal, że nie pozwolono jej więcej pobawić się nożami, co może sugerować, że nie jest to kreacja szczególnie złożona. Irene Adler pojawia się ponoć tylko po to, by była. Stephen Fry jakoś nie zasłużył na zbyt wiele wzmianek, co szczerze ShK zaniepokoiło. Ekipa nie pozostawia złudzeń, że film był realizowany według precyzyjnie zaplanowanego scenariusza - przeciwnie, wyznaje rozkosznie, że dialogi i sceny rodziły się w większości na planie. Nie brzmi to zachęcająco. Nie ma też żadnych jasnych pomysłów na przyszłość. Zupełnie bez żenady informuje się nas, że zależy to od ilości sprzedanych biletów. Sherlockista wolałby, żeby Ritchiemu chociaż chciało się kłamać, że obmyślił elegancki pomysł na trzy spójne filmy, na rozwój postaci, na intrygi...
W dodatku, okazuje się, że nawet wszystkie obiecane europejskie krajobrazy - Paryże i Alpy - zostały zrekonstruowane w samej Anglii, co jednak jest pewnym rozczarowaniem.
No i na koniec, nieuniknione: kompletna masakra z ACD, zarzut, który pojawił się już po pierwszej części, a teraz wypowiadany jest z jeszcze większą zjadliwością. Sherlockista bronił Downeya i Ritchiego dwa lata temu i chociaż boi się, że nie da rady sam przed sobą wybronić ich po sequelu, to jednak przypomina nieśmiało, że ludzi, którzy wylewają żółć na amerykańskich barbarzyńców, przeważnie płaczą po "Holmesie - kanapowym detektywie" i wyrażają zdziwienie, a nawet oburzenie faktem, że Downey żwawo biega i "nie mógłby mieć grama tłuszczu" (autentyk!). Jednym słowem: mylą Sherlocka z Mycroftem, ewentualnie z Poirotem Agathy Christie (z najwspanialszym pod słońcem Davidem Suchetem) - co bierze się z różnych niefortunnych ekranizacji ACD, w których Holmesa grali zasuszeni staruszkowie w rodzaju Christophera Lee pod koniec kariery czy późnego Cushinga, a Watsona dziadzio Bruce. Bierzmy więc na to poprawkę. Dla tych ludzi Brett przeskakujący przez kanapę byłby szokującym przeżyciem (i Sherlockista wie to z własnego doświadczenia - sam czuł się zupełnie wstrząśnięty, gdy nieopierzonym zupełnie jeszcze holmesolożęciem w kolebce będąc, po raz pierwszy zetknął się z Sherlockami prawdziwymi). Nie traćmy więc nadziei...


...zresztą, czym jest najstraszliwszy nawet Ritchie wobec powrotu Sherlocka BBC :)
Tu, dla odmiany, każda kolejna informacja jest coraz bardziej uspokajająca. W pierwszym odcinku, tym z Irene Adler, będzie wprawdzie miłość, ale nie będzie zakochanego Sherlocka (uff). W drugim będzie groza. W trzecim będzie mnóstwo emocji - i prawdę mówiąc, Sherlockista już je trochę odczuwa (no bo a jak go jednak zrzucą i nie zrobią kolejnej serii...). Wiadomo to z wywiadu z Benedictem Cumberbatchem (szczegółowych zapowiedzi BBC Sherlockista nie czytał, bo nastraszyli go, że są tam spoilery), który wyznał ponadto, że odkąd gra Sherlocka, stara się bawić w detektywa i dociekać w pociągu, skąd jego towarzysze podróży mają błoto na butach, albo kim mogą być z zawodu. Jest to tym bardziej urocze - i znaczące - że Downey w odpowiedzi na analogiczne pytanie odparł rozkosznie, że sam nie mógłby być detektywem i że woli być "twórczy". I to właściwie nam wystarczy, by wiedzieć o obu produkcjach wszystko, prawda?
ShK nie wyglądał końca grudnia z taką niecierpliwością odkąd skończył 7 lat...

P.S. Kto jeszcze nie był, temu przypomina Sherlockista, że można zobaczyć Benedicta na rozgrzewkę w "Szpiegu" (Tinker Tailor Soldier Spy). Sam film budzi mieszane uczucia, bo, z całym szacunkiem dla stylizacji, wypieszczenia, klasycznego ducha, etc., etc., jak bardzo refleksyjne, poetyckie i powolne może być kino w gruncie rzeczy jednak szpiegowskie?! Ale role Cumberbatcha i zwłaszcza jego filmowego zwierzchnika, Gary'ego Oldmana, są naprawdę wspaniałe i rozkosz przynosi widzowi samo oglądanie tak świetnej obsady (w tym także wspaniałego jak zawsze Colina Firtha i czarnego charakteru z poprzedniego Ritchiego, Marka Stronga), zgromadzonej w jednym miejscu.

piątek, 2 grudnia 2011

[minipostuś] Premiera Sherlock Holmes: A Game of Shadows

Sherlockista właściwie czuje się zawstydzony. Był pewien, że skoro od jakiegoś czasu kina działały mniej więcej normalnie i z obawy o piracenie w siecie wypuszczały filmy wszędzie mniej więcej w tym samym terminie, to premiera drugiego Ritchiego, "Sherlock Holmes: A Game of Shadows" odbędzie się u nas w okolicach 15 grudnia. Dlatego też specjalnie się tematem nie interesował.
A tymczasem dziś przypadkiem wyczytał, że u nas planowana jest dopiero na 6 stycznia! Owszem, Sherlockista uważa, że trzy tygodnie i przenosiny na-po-świętach  to gruba przesada. Wprawdzie są to oficjalne urodziny Sherlocka Holmesa (w sprawie uzasadnienia tej daty patrz tu), a w Polsce mamy przymusowe święto, (przez które potem nie da się zrobić majówki), ale wciąż zupełnie to ShK nie pociesza. Nie wie, czy to ciekawość, czy przyjemne oczekiwanie, czy po prostu chce już mieć ten stres za sobą, ale nastawił się na połowę grudnia i trochę jest zły.



...

piątek, 28 października 2011

Zepsuty detektyw, Skándal v Čechách i "omne trinum dość kasy dat"

Czyli szybka notka informacyjno-gawędziarska o wszystkim po trochu.
"Zepsuty detektyw" to tytuł recenzji Sherlocka BBC autorstwa Piotra Zaremby z tygodnika o bijącym boleśnie po oczach tytule "Uważam rze". (Kto chce, może zerknąć na zajawkę tu.) Spokojnie, nie nastąpi teraz ani tyrada na temat katastrofy smoleńskiej ani też tyrada na temat nieznośnych spiskowych teorii - ShK na Sherlockianach od przepychanek bieżących trzymać się będzie, o ile się da, z daleka. Recenzja jest wprawdzie pisana trochę w duchu zgorzkniałego konserwatysty (ach ta dzisiejsza młodzież...), ale Sherlockiście nie spodobała się głównie dlatego, że Zaremba propaguje w niej pewien mit. Jak niektórzy Czytelnicy pamiętają - obalanie sherlockistycznych mitów należy tymczasem do celów statutowych niniejszego bloga.
Autor przyznaje wprawdzie, że powieści ACD trochę "zlewają mu się w głowie", ale nie przeszkadza mu to stawiać stanowczych tez na temat niewierności adaptacji BBC. Niewierność ta polega zaś rzekomo na tym, że Sherlock został przedstawiony jako osoba chłodna, nieludzka i niesympatyczna, chociaż Zaremba zapamiętał go jako szlachetnego i dobrego. Ględzenie o tym, że jest to (w domyśle: gorzka) "prawda o naszych czasach" można spokojnie zignorować, łącznie z zakamuflowanym lamentem nad tym, jak to kiedyś pisarze-dżentelmeni nigdy nie ośmielali się ukazywać publiczności brzydkch wnętrz swoich bohaterów. Warto natomiast podkreślić jedno: jeśli Moffat i Gatiss pokazują Holmesa jako "zepsute genialne dziecko" i "obrzydliwego socjopatę", który traktuje ludzi "bez empatii", to nie dlatego, że musieli dostosować postać Sherlocka do smutnych realiów Londynu wieku XXI. Holmes właśnie tak opisywany jest przez - wpatrzonego w niego przecież! - Watsona. Jest taki niewątpliwie i w STUD i w SIGN, pierwszych opowieściach, w których go poznajemy. To, że potem jego wizerunek momentami łagodnieje, że Watson mniej skarży się na to, że Holmes jest "maszyną", że zachowuje się "nieludzko", że pozostaje nieczuły na wdzięki, uroki i nieszczęścia swoich klientek i tym podobne - te fragmenty musiały zresztą Zarembie zupełnie umknąć - to między innymi skutek tego, że postać Holmesa trochę się rozwija, dojrzewa, zyskuje ludzki wymiar dzięki przyjaźni z Watsonem. Nie w każdej adaptacji przemiana ta jest tak przejmująca jak w serii Granady z nieodżałowanym Jeremym Brettem, ale nawet w pierwszym filmie nowego cyklu BBC mamy pewne sygnały, że Sherlock ma w sobie różne ludzkie cechy, które Watson potrafi w nim obudzić. Jeśli Zarembie Holmes Cumberbatcha wydaje się jednoznacznie "antypatyczny", to tylko dlatego, że patrzy na niego jak na bohatera dla młodzieży. Sherlock wymaga uwagi i czułości. I nigdy, a już na pewno nie w Kanonie, nie jest "sympatyczny".
---
Druga informacja jest zarazem wesoła i smutna. Wesoła dlatego, że wszyscy kochamy czytać po czesku i Sherlockista z dużą przyjemnością poleca zajrzeć na stronę: http://www.sherlockholmes.cz , gdzie w ankiecie "Znate cely kanon?" prowadzi odpowieź "ano" :) A poza tym dużo ciekawych rzeczy jest po angielsku. Smutność - i skandal - leży po prostu w fakcie, że Czesi, choćby chcieli, nie mają okazji pośmiać się z sherlockizmu po polsku. Sherlockista wciąż liczy na to, że po najnowszych popularnych produkcjach uda mu się zebrać grupkę entuzjastów na tyle dużą, by było sens w końcu założyć przyzwoity scion i tym wpisem nieśmiało po raz pierwszy zapowiada taki zamiar. Chyba, że się poddamy i wiedzeni sentymentem do tytułu SCAN, będziemy po prostu zapisywać się do najbliższego ośrodka...

---
A trzecia informacja to ta, którą już jakiś czas temu Czytelniczka Sherlockianów wkleiła na naszą fan-stronę. Podobnie jak przy pierwszej części, jeszcze przed wypuszczeniem Ritchie-Sherlocka na ekrany kin, od razu zamówiono scenariusz sequela. Oznacza to, że jeśli drugi Downey zarobi dość kasy, dostaniemy jeszcze trzecią część trylogii. Ponieważ Sherlockista nie jest jednoznacznie źle nastawiony do tej produkcji, nie przyjął też tej informacji jednoznacznie źle. W każdym razie, scenariusz ma napisać Drew Pearce, który chyba jest wiodącym specjalistą od filmów z Downeyem - dostał również zlecenie na Iron Mana 3. Oby tylko mu się te produkcje nie pokręciły, bo już przy "jedynkach" można było mieć wątpliwości...

piątek, 21 października 2011

Mieszany post, mieszane uczucia: bardzo fajna debata i bardzo mieszany trailer do Game of Shadows

Justeene miała, oczywiście, rację w swoim komentarzu do poprzedniego posta. Event, który Sherlockista chciałby z całego serca wszystkim polecić to Wielka Holmesologiczna Debata, która odbędzie się online, w czwartek, 10 listopada o 21 czasu polskiego (o ile ShK dobrze przekonwertował 20 GMT - ale jak był na stypendium w Edynburgu, to miał zawsze godzinę wcześniej niż rodacy, więc tak jakoś kalkuluje ;)).
Szczegółów można się dowiedzieć, lajkując fejsbukowego fanpejdża debaty. Wezmą w niej udział trzy drużyny: drużyna Sherlocka BBC, drużyna Sherlocka Ritchiego i, ku zachwytowi Sherlockisty, drużyna Klasycznych Adaptacji (tak, drodzy Bretciści). Ta ostatnia dołączyła do stawki na koniec, dzięki zaangażowaniu osób, które chciały z tych właśnie pozycji wystąpić. Uwaga! Jest też szansa dla nas. Przed końcem października ma się ponoć pojawić na zlinkowanej wyżej fanstronie Coś, co umożliwi nam zdobycie jednego z 80 bodaj miejsc dla publiczności. Publiczność będzie miała szansę również się wypowiedzieć/zadawać pytania. W ramach drużyn wystąpią eksperci (co Sherlockistę bardzo cieszy), a ich kapitanowie będą znani już w tym tygodniu.
Sherlockista jest zupełnie Debatą zachwycony i zachęca wszystkich, żeby czatowali na miejsca.
(P.S. Jeśli ktoś z Czytelników szczególnie nie lubi facebooka, to istnieje na temat debaty również strona wolna od Zuckerberga :)
No, to bezstresowo już w tym poście było, a teraz czas na Nieuchronne: nowy trailer Sherlocka Ritchiego. Sherlockista z góry powie, że - choć wie, że naraża się Tym spośród Czytelników, którzy z całą pewnością bardzo uważaliby na to, by przez pomyłkę nie zakwalifikować się do drużyny Ritchiego i Downeya ;) - widzi w tym trailerze bardzo dużo fajnych rzeczy. Coś o klątwie, jaką dla Holmesa jest widzenie tylu szczegółów i rozumienie wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Jakieś interakcje między nim a Watsonem w klimacie, który Shk właściwie odpowiada. Zdaje się, że Mary Morstan zostaje zrzucona z mostu (och tak, tak, tak!). Nieźle pokazywany Moriarty. Historia ma rozmach. Ale do tego... koszmarnie dużo strzałów, strzelanin wręcz, wybuchów i idiotycznych scen walki, z Cyganką Rapace w charakterze kung-fu pandy... No nie wie, nie wie Sherlockista co o tym myśleć i stąd wszystkie te mieszane uczucia wyrażone w tytule. A Czytelnicy niech osądzą sami:

sobota, 15 października 2011

Tym razem brzydkie obrazki, bo z Game of Shadows, ale za to kilka bardzo ciekawych lekcji z Sherlocka.

Brzydkie obrazki będą na koniec, bo jeszcze podwyższą Czytelnikom tętno i nici ze skupienia na lekcjach. A zaczniemy od przywoływanej tu już kiedyś na marginesie serii "Lessons from Sherlock Holmes" Marii Konnikovej, publikowanych nie byle gdzie bo w samym "Scientific American" na zaproszenie redakcji. Sherlockista już kiedyś serię tę polecał, ale od tamtego czasu lekcji zrobiło się sporo, więc zasługują na więcej uwagi.
Autorka lekcji, oprócz tego, że ewidentnie lubi i ceni Sherlocka, jest specjalistką od teorii decyzji - i dlatego pewnie jej teksty koncentrują się wokół idei, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu rad Holmesa możemy na co dzień unikać wielu błędów. Wiele opisywanych przez nią technik jest skuteczne przy rozwiązywaniu wszelkiego rodzaju problemów, wiele też ma ogólny charakter - jak na przykład zalecenie, by zawsze gromadzić wiedzę z różnych obszarów, nawet tych, co do których nie mamy pewności, że może się przydać. To, mówiąc po prostu, ułatwia nam potem osiągania błyskotliwych wglądów w rozwiązanie problemów z innych dziedzin. Im więcej różnych rzeczy wiemy, tym lepiej i sprawniej kojarzymy i tym bardziej wyrabiamy w sobie intuicje co do możliwych dróg rozwikłania zagadki (dla zainteresowanych szczegółami: lekcja dostępna tu). Sherlockistę szczególnie ucieszyło to, że Konnikova wyszła poza bardzo słynne fragmenty STUD, w których Watson podsumowuje umiejętności Holmesa i jak Czytelnicy pamiętają, nasz detektyw okazuje się specjalistą o dość wąskich horyzontach, a w dodatku sam Sherlock zaleca wszystkim, by wyrzucali z umysłu niepotrzebne graty w rodzaju wiedzy o Układzie Słonecznym. Sięgnęła po VALL i spór Holmesa z inspektorem MacDonaldem o to, że czasem warto nawet czytać różne pozornie niezwiązane ze sprawą rzeczy - bo nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Jednocześnie, nie zaniedbuje nauki Holmesa o tym, że umysłu nie wolno zaśmiecać - nauki szczególnie wręcz istotnej, kiedy wszyscy poddajemy się bezustannemu bombardowaniu sieciowym spamem i chłamem (o czyszczeniu umysłowego strychu: tu).
Chociaż niektóre wywody są dość banalne (jak na przykład ten  o zagrożeniach płynących z nadmiernej pewności siebie i jak można się przed nimi ustrzec, czy ten, będący pochwałą wyobraźni), wszystkie cechują dwie zalety: niestereotypowe i wnikliwe wykorzystanie opowieści o Holmesie oraz przytaczane w nich empiryczne badania na poparcie tez autorki.
Pewne uwagi są wręcz bezcenne i to szczególnie dlatego, że obalają część rzadko bardzo wywlekanych na światło dzienne i analizowanych mitów na temat Holmesowego myślenia. Większość z nas kojarzy pewnie metodę Holmesa z obsesyjnym niemal skupieniem na faktach - I cannot make bricks without clay - It is a capital mistake to theorize before one has data etc. - i unikaniem przedwczesnego teoretyzowania. Konnikova nie narusza takiej wizji Sherlockowego rozumowania, ale podkreśla bardzo istotny element: fakty podlegają selekcji. Aby zobaczyć, które z nich są istotne, a które błahe - bez tego nie da się rozwiązać żadnej zagadki! - należy najpierw zyskać odpowiednią perspektywę. Jednym z najlepszych sposobów na to jest zaś nie uporczywe międlenie danych, a odmiana, koncert skrzypcowy w towarzystwie Watsona, zajęcie uwagi innym drobnym problemem. O Holmesie i perspektywie można poczytać tu.
Sherlockista wyróżniłby też grupę tekstów poświęconych problemowi pochopnie przyjmowanych założeń, czy też nieświadomych nastawień, przez które nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że podejmujemy przemyślane decyzje, w istocie kierujemy się nie do końca uświadamianymi przesądami i przewidywaniami.
Tu dopiero pojawiają się niezwykle rozsądnie zinterpretowane uwagi Holmesa ze STUD o tym, by nie przywiązywać się pochopnie do hipotez, zanim nie pozna się faktów. Sherlock może nie uświadamiał sobie w pełni tego, co podkreślają często filozofowie nauki (i nie tylko nauki), że bez hipotezy, czy choćby wstępnej teorii nie ma w ogóle żadnych "faktów" - po prostu nie potrafimy interpretować zdarzeń - ale z pewnością nie był tak naiwny, jak czasem mogłoby to wynikać z niezbyt dogłębnie przestudiowanych cytatów. Na temat nie podejmowania decyzji zanim rozpocznie się właściwa analiza sytuacji więcej znajdą Czytelnicy tu. W tym kontekście łatwo uznać tekst o tym, by zawierzyć faktom, a nie naszym wersjom faktów, za dowód niekonsekwencji autorki (lub/i Holmesa). Pozornie wydawałoby się, że Konnikova nawołuje - i to podpierając się argumentacją Sherlocka - że powinniśmy "czyścić fakty z naszych interpretacji". Nic bardziej błędnego. Żadnych "nagich faktów" nigdy nie zobaczymy. Szklanka po winie na stole zawsze będzie dla nas elementem jakiegoś  łańcucha dociekań, sama w sobie jest tylko niezwykle wręcz skomplikowanym zbiorem atomów - a pojęcie atomu także nie jest wolne od potężnego teoretycznego bagażu. Należy jednak dążyć do tego, by w maksymalnym stopniu uświadamiać sobie, jakie teorie, a związku z tym jakie założenia przyjęliśmy. Czy aby nie postrzegamy jej automatycznie jako śladu po zbrodniarzu i nawet zapomnieliśmy zadać sobie pytanie, czemu nie miałaby należeć do ofiary? Tak zinterpretowana porada Holmesa/Konnikovej jest, zdaniem Sherlockisty, niezwykle wręcz cenna.
Najnowsza lekcja, z 11 października wpisuje się w ten ostatni nurt. Poświęcona została nieświadomym kategoryzacjom i kłopotom, w jakie wpadamy wówczas, gdy niedostatecznie kontrolujemy efekty owych kategoryzacji. Mówiąc prościej: mamy mnóstwo stereotypowych pojęć, przekonań i oczekiwań, które nie w pełni świadomie wykorzystujemy w postrzeganiu świata. Konnikova przytacza badania, których uczestnicy - mówiąc w wielkim skrócie i uproszczeniu - zupełnie bezwiednie uznawali, że kobieta, którą widzieli w nerwach, po prostu jest nerwowa. Nie brali pod uwagę tego, że akurat rozmawiała na bardzo ekscytujący temat i że w innych okolicznościach mogłaby być oazą spokoju. Wniosek z tej lekcji jest bardzo prosty: nie oceniajmy książki po okładce, weźmy pod uwagę możliwe okoliczności łagodzące...


... i dopiero po tym przygotowaniu zaatakuje Sherlockista swoich drogich Czytelników tym :) :

Czy Czytelnicy widzieli kiedyś coś bardziej wyfotoszopowanego? I kogoś, kto bardziej udawałby wiktoriańskich rewolwerowców?
Pytanie retoryczne... do zobaczenia jutro, będzie wspaniała wiadomość o naprawdę świetnym przedsięwzięciu ;)

sobota, 24 września 2011

[minipost] Sherlock po chińsku.

I nie, nie chodzi o modną parę lat temu serię powieści o chińskim detektywie... ee... no... w takich czarnych okładkach z krzaczkiem, innym w każdym tomie, bardzo sympatyczne.


Oto Downey na planie Game of Shadows, w towarzystwie Rachel McAdams (czyli Irene Adler znanej nam z pierwszej części). Dla tych, którzy wciąż nie są pewni, o kim mówię: to ten Chińczyk w czapce nergalówce. Trudno powiedzieć, czy nieodłączne okularki Downeya również stanowią część kostiumu, ale całokształt robi dobre wrażenie - pewnie Kanoniczny pierwowzór podobnego pomysłu by się nie powstydził. Przebieranki muszą zaaprobować nawet najzawziętsi wrogowie Ritchie-Sherlocków ;)

sobota, 3 września 2011

Wrzesień na Sherlockianach

...nastał, a Sherlockista wyzna, że chociaż obijał się w sierpniu skandalicznie, to wyrzutów sumienia większych nie ma, bo, po prostu, nic się specjalnego nie działo i można było z czystym sumieniem korzystać ze słońca oraz, jak by powiedział przytłoczony kondycją młodzieży polskiej prof. Hartman, piwa, muzy i plaży. Kto żyje życiem Akademii mógł rozkoszować się wraz z Sherlockistą błogą świadomością, że to sam środek wakacji, a kto jeszcze w szkole lub już w pracy, ten tym bardziej czuł presję, by mijający bezpowrotnie miesiąc wykorzystywać gdzieś z dala od komputera.
Sherlockista zapewnia jednak, że po prostu stęsknił się za Sherlockianami jako takimi, za Waszymi komentarzami i za tym cudownym poczuciem, że rok 1895 jest żywy jeszcze wieczniej niż towarzysz Lenin, w związku z czym we wrześniu będzie coś pisał, choćby w materiałach miał kilka ploteczek z planu i informacje w rodzaju "ach jej, lament w Ameryce, przesuwają premierę Tinker Tailor Soldier Spy, w której gra Cumberbatch".
Jakie ogórki tymczasem zakwitły nam w tych ostatnich tygodniach sezonu?
Po pierwsze, ShK uzbierał dwie dobre informacje na temat Sherlocka 2 Ritchiego (Game of Shadows - dla polskich guglatorów, "Gra cieni").
Pierwsza z tych informacji to taka, że Downey był niepocieszony, bo, uwaga, w przeciwieństwie do tego, jak przebiegały prace nad pierwszym filmem, tym razem sceny akcji kręcono na samym końcu. Można stąd wywnioskować taki - pocieszający! - wniosek, że w nowym Sherlocku będą jakieś sceny, które nie są scenami akcji i które nakręcono na początku. Na potwierdzenie tych jutrzenkę nadziei niosących z sobą słów wypłynęło na serwisy filmowe zdjęcie Moriarty'ego-Harrisa oraz Holmesa-Downeya, którzy oddają się rozrywce w powszechnej wyobraźni jak najdalszej od wszelkiej akcji, czyli grze w szachy.
Oto i ono:


 Co prawda jest to najprawdopodobniej ujęcie "zza kulis", na którym Moriarty i jakaś tajemnicza siwa postać z boku chyba podczytują jeszcze scenariusz, ale można optymistycznie założyć, że szachownica nie została tam przywleczona tylko przez znudzonych oczekiwaniem na swoje wejście kaskaderów.
Informacja, którą Sherlockista najchętniej by zignorował, ale jakaś sadystyczna potrzeba zrzucenia cierpienia na innych mu nie pozwala, jest taka, że Amerykanie szykują się już na ekscytujący pojedynek. Trzeba tu zaznaczyć, że dla nich z jakichś bardzo smutnych przyczyn każda premiera kinowa to pojedynek, bo zazwyczaj w ten sam weekend wychodzi więcej niż jeden "duży" film. Sherlock i "Game of Shadows" na przykład zmierzy się w bitwie o widza z sequelem "Alvina i wiewiórek" i Sherlockista... z całym szacunkiem dla wiewiórek... wolałby nie poznać nigdy wyników tej rywalizacji...
źródło: imdb
Sam Ritchie ponoć wierzy w swojego drugiego Sherlocka, więc i my wierzmy.

Aby zadośćuczynić Czytelnikom za długą przerwę, od razu dorzuci też Sherlockista garść wiadomości na temat drugiego Sherlocka, którego wyglądamy chyba jeszcze bardziej, i który nadejdzie od strony BBC.

Na pierwszą odsłonę BBC-Sherlocka spłynęła kolejna ważna nagroda, tym razem na festiwalu w Edynburgu.

O Cumberbatchu wiemy już, że wkrótce ujawni talenty szpiegowskie w Tinker Tailor Soldier Spy i na plakacie wyszedł tak:



Można też w tym miejscu dodać, że bardzo dzielnie sprawił się w plebiscycie BBC America na ulubieńców płci męskiej. Odpadł dopiero w półfinałach, gdy przyszło mu się zmierzyć z późniejszym triumfatorem imprezy, Alanem Rickmanem. (Sherlockista wyzna z pewnym zażenowaniem, że osobiście kibicował jeszcze bodaj bardziej drugiej "nodze" półfinałów, gdzie jego najukochańszy Doktor (Who) David Tennant poległ w boju z wielkim Colinem Firthem).

O Gatissie, a zwłaszcza o Stevenie Moffatcie dowiedział się natomiast Sherlockista w ten leniwy sierpień, że są jeszcze bardziej utalentowani niż kiedykolwiek mu się wydawało. Niniejszym zachęca i gorąco namawia wszystkich Sherlockistów, żeby dali się wkręcić w nowego Doktora Who (reaktywowanego w roku 2005). Pełnię władzy pisarskiej przejął Moffat dopiero wraz z nadejściem Doktora 11, czyli od piątego sezonu, w roku 2010 - i zupełnie niesamowite jest to, o ileż bardziej dorosłe, skomplikowane i wciągające są teraz scenariusze. Sherlockista nie jest nawet pewien, czy go za bardzo aby nie męczy ten nowy, zupełnie nie rozhisteryzowany Doktor i jego wielowątkowa historia budowana spójnie od dwóch już sezonów i czy nie tęskni jednak nade wszystko za dziecięcą rozkoszą, jaką dawał Tennant uganiając się z krzykiem za wielkimi, zielonymi potworami. Wystarczy jednak zobaczyć kilka epizodów Moffata, żeby widzieć jasno, że scenariusze trzech pierwszych Sherlocków nieprzypadkowo były tak dobre, inteligentne, trzymające w napięciu i pełne zagadek. Ten facet (ci faceci) mają naprawdę ogromny talent do budowania intryg i jasnego opowiadania zawiłych opowieści, który to talent w dodatku rozwija się z każdym nowym filmem. O ile tylko Moffat kompletnie się nie wypali (a w wywiadach trochę jednak narzeka na zmęczenie - pisanie na raz dwóch najważniejszych seriali Wielkiej Brytanii to nie przelewki), to sądząc po nowym Doktorze, druga seria Sherlocków powinna być naprawdę wciągająca.
Ma Sherlockista jeszcze jeden ładny niusik o autorach BBC-Sherlocka, ale ponieważ domaga się dłuższego komentarza, a w tej notce by utonął, to zaprezentuje go jutro :) Nie ma już wiele zaległego Doktora do oglądania, więc można mu wierzyć, że wróci.