poniedziałek, 24 grudnia 2012

ShKA - R jak RUSSIA

R is for RUSSIA

czyli

for Zwierz with love





Dedykacja dla Zwierza bierze się nie stąd, że wczoraj perfidnie dekoncentrował mnie w czasie pisania notki nieludzko uroczymi gifami z Davidem Tennantem - Zwierz od dawna już zachęcał mnie do zmierzenia się z naprawdę ciekawym tematem.


Dlaczego Rosjanie tak kochają Sherlocka Holmesa?



Naprawdę, rzadko stawia się pomniki bohaterom literackim z obcojęzycznych książek...
A to jest, oczywiście, Moskwa. 
Długo szukałam odpowiedzi bardzo wyszukanych (czyżby to sympatia do postaci rosyjskiego profesora od stert papierosowego popiołu i zgubionych pince-nez?), rozmyślałam o Dostojewskim i o scenie, w której Holmes w PLOSH wyznaje, że ma wiele wspólnego z Czajkowskim, aż w końcu zrobiłam to, co trzeba było zrobić na samym początku.
Pomyślałam, że przed napisaniem notki muszę raz jeszcze zerknąć na Holmesa z Wasilijem Liwanowem, o którym to cyklu dość często wspominałam. Pamiętacie pewnie, że filmy te kręcono jeszcze przed Brettami, w latach 1979-1986; ja widziałam niegdyś kilka odcinków i - poza "Psem" - nawet nie pamiętałam, które, a to z kolei dlatego, że część, co gorsza, przyszło mi oglądać bez angielskich napisów, bo podówczas jakoś się nie znalazły. Sherlockista zaznaczy w tym miejscu, że jeśli chodzi o rozumienie ze słuchu rosyjskiego, zatrzymał się na dość częstym u Polaków etapie: słyszy, kiedy coś się mówi i brzmi mu to zupełnie tak, jak gdyby było po naszemu, a co piąte słowo, to w ogóle świetnie zna. Podsumowując: z trudem odróżniłby przekład "Odysei" od instrukcji obsługi pralki.

Z uwagi na wielkie zagęszczenie różnorakich zadań, postanowiłam, że, no, powiedzmy, obejrzę sobie tego pierwszego Liwanowa i może jeszcze lewym okiem zerknę w biegu na drugą część ostatniego, tak, żeby w ten sprytny sposób w sumie zyskać dobre pojęcie o całości.

Po piętnastu minutach pierwszego - "Acquaintance" - wiedziałam już dwie rzeczy. Po pierwsze, że, niech licho porwie zagęszczenie zadań, nie ma tak gęstego porządku, w który nie dałoby się wcisnąć jeszcze całej serii rosyjskiego Sherlocka.
Po drugie, poznałam zadziwiająco prostą odpowiedź na pytanie, dlaczego Rosjanie tak kochają Holmesa.

Bo Holmes z Liwanowem był genialny.



W dodatku zupełnie nietrudno wyjaśnić, dlaczego ten cykl był taki świetny. Naprawdę, jak się tak o tym pomyśli, to zrobienie genialnego Holmesa zupełnie nie jest trudne. Wystarczy dobrać idealnych zarówno pod względem fizjonomii jak i możliwości aktorów do każdej, nawet najdrobniejszej roli, napisać im fantastyczne scenariusze, do których prawie wszystko bierze się z Kanonu, a jednak tak się to cudownie miesza i plącze, że widz zarazem cieszy się wierną ekranizacją i jest zaskakiwany, do tego jeszcze dopieścić scenografię, no i zawsze warto napisać charakterystyczną, uroczą muzykę, którą nuci się jeszcze długo po projekcji.

A, i jeszcze taki drobiazg, zapomniałabym w biegu: zadbać o to, żeby nasza ekranizacja była jedyna w swoim rodzaju, swoista, niepowtarzalna i wyjątkowa. (Czy to nie brzmi jak krótki opis jakiejś innej wersji Sherlocka, którą wszyscy świetnie znamy?). I już.

Czyż to nie jest prościzna? Powinni robić taki mały wykładzik w każdej porządnej szkole filmowej, wtedy do wielu strasznych rzeczy, w tym do czekonotki z literką N, nigdy by nie doszło.

To, że Liwanow i Solomin są po prostu idealni, to się trochę rzuca w oczy:


No, proszę, czy nie zgadlibyście od razu, że to oni,
nawet, gdybym Wam nie powiedziała?


Jakie on robi piękne miny, jakie ma oczy, w których
aż lśni ta rosyjska emocjonalność!
To jest herezja, ale przy tym profilu wymięka
nawet Basil Rathbone.
Rzuca się też w oczy chemia między nimi. To, czego nie widać, a co Sherlockista zaraz Wam opowie, to bezbłędna koncepcja rozwoju postaci i ich wzajemnej relacji. Znów podobnie jak w przypadku BBC, twórcy porwali się na pokazanie nam pierwszych chwil znajomości Holmesa i Watsona. I ach, jak oni to zrobili. No jak! Jak można nie popełnić w pierwszym filmie z serii o Holmesie i Watsonie zupełnie żadnego błędu? Nie wcisnąć widzowi nudziarstwa z mormonami - pół mormona nie ma! Pokazać mu dokładnie, scena po scenie, jak narasta fascynacja Watsona. Odejść od Kanonu na mile morskie - Watson bierze Holmesa za kogoś w rodzaju Moriarty'ego i próbuje nawet zastawić na niego pułapkę! - a zarazem nie odejść od niego wcale i zaofiarować złaknionym Doyle'a holmesistom dialog o odkryciu odczynnika na hemoglobinę. Dać nam śmiech i wzruszenie, pobudzić ciekawość i jeszcze wcisnąć w to wszystko interesującą - kanoniczną, choć z innego miejsca - zagadkę! Sherlockista nie pamięta, kiedy ostatni raz odczuwał potrzebę użycia tylu wykrzyników!

I to, zupełnie dosłownie i w przenośni, jest naprawdę dopiero początek. Kiedy już naśmiejemy się z podejrzeń Watsona, zachwycimy konceptem scenarzystów, będzie nam przecież dane oglądać te wielobarwne, charyzmatyczne postaci w kolejnych filmach. Zobaczymy Holmesa i Watsona jak zacieśniają więzy przyjaźni, jak stają się sobie bliscy. Wszystko ułożyło się w tej serii tak, jak gdyby łamała nad tym głowy jakaś specjalna sherlockistyczna komisja. Zaufanie i sympatia w pełni rozkwita między nimi w absolutnie perfekcyjnej ekranizacji CHAS. Sherlockista pisał ostatnio sporo o tym opowiadaniu (patrzcie: C czekonotka), wspominał też, że mieści ono jedną z jego ulubionych scen. Gdy tydzień później oglądałam CHAS Liwanowa, czułam się trochę zdziwiona - skąd ja właściwie wiedziałam, że to jest taka świetna historia, zanim zobaczyłam w niej tych wspaniałych Rosjan? 

Jak dobry był pomysł, by cudny punkt kulminacyjny beztroskiego rozwoju przyjaźni połączyć fabularnie z następną częścią, w której pojawia się Moriarty? 
No, tak w skrócie: bardzo dobry. Zderzenie trochę rozczulających, a trochę figlarnych wręcz scen, w których Watson i Holmes planują przestępczą akcję, a potem śmieją się po nie do końca udanym włamie:

Pamiętacie, jak w L-czekonotce pisałam Wam, że w Kanonie
Holmes zdradza wesołość średnio pięć razy na opowiadanie?
Ktoś to w końcu potraktował... poważnie.

... z wiadomymi, klasycznymi, przepięknie zrealizowanymi scenami z FINA sprawia, że autentycznie pęka nam serce. Kiedy zaś spotykamy ich na emeryturze, gdy z nieśmiałością, ale wciąż ramię w ramię wkraczają w nowy wiek, są już naszymi starymi przyjaciółmi. I trudno wyobrazić sobie bardziej zgodne z duchem Kanonu melancholijne uczucia niż te, które budzi Holmes uczący się telefnować. 

I tu Sherlockista nie może już dłużej odwlekać pewnego ważnego wyjaśnienia.

Trzeba bowiem chyba wytłumaczyć Wam, dlaczego właściwie tak bardzo śmiejemy się i wzruszamy na filmach o rosyjskim Sherlocku, prawda? Odpowiedź na to z kolei pytanie kryje się w mojej uwadze, że jest to ekranizacja niezwykle wręcz oryginalna, a nawet jedyna w swoim rodzaju. Rosjanie, trudno mi powiedzieć, na ile świadomie, a na ile tak po prostu - genialnie! - im wyszło, nie silili się wcale, żeby pokazać nam Holmesa-doskonale-brytyjskiego-dżentelmenta. Liwanow, to nie Mr Sherlock Holmes, tylko Szerlok Holms - i to, o dziwo, jest właśnie najlepsze.

Sherlockista, który szczerze kocha Anglię, angielski, angielską kulturę i znieść nie może, kiedy  Holmesa (esencję brytyjskości) traktuje się, na przykład, z nieznośną, amerykańską degrengoladą, podczas oglądania rosyjskiego Sherlocka po raz pierwszy tak mocno uświadomił sobie, jak bardzo jest jednak Słowianinem.

Razem z dźwięcznym językiem wnieśli bracia Rosjanie do paskudnie skostniałego świata wiktoriańskich Anglików wszystko to, co zawsze ich charakteryzowało. Naszą słowiańską uczuciowość, znacznie większą swobodę w gestach, zwłaszcza w relacjach między mężczyznami, a co najważniejsze: wulkaniczne poczucie humoru i najczulszy na świecie radar wychwytujący nawet najlżejsze tony absurdu. Rosjanie, dzieci Gogola, w dziedzinie absurdu, groteski i wszystkiego co outre (patrz czekonotka na O), są mistrzami niedoścignionymi. A z połączenia uczuć, humoru i zdrowej szczypty absurdu, zły Sherlock wyjść po prostu nie może. Jeśli chcecie konkluzywnego dowodu, zerknijcie na innego rosyjskiego sherlocka, w wersji animowanej. 

Przyjemność oglądania, jak Holms dla większej emfazy klepie swojego Vatsona po nodze można porównać do poluzowania okropnie niewygodnego paska, w którym chodziło się tak długo, oglądając wszystkie te wzorowo spięte i brytyjskie wersje. Vatson zaś - który właśnie odkrył, jak haniebnie mylił się co do nowego współlokatora - wydaje z siebie niesamowite zawodzenie niczym rasowy Karamazow czy inny rozgorączkowany Raskolnikow. Kto inny potrafiłby nam dać coś tak groteskowego? A radość, jaką przynosi ich szczery, rozgłośny śmiech - zupełnie jak gdyby gdzieś poza wzrokiem kamery strzelili sobie byli przed ujęciem kielicha dla uczczenia sukcesu? To wszystko są takie rzeczy, które inne, bardziej poprawnie angielskie ekranizacje, dawkują nam tak paskudnie oszczędnie. Tu możecie się wreszcie przekonać: nie oszukiwałam w notce o Love, Logic i Laughter.

I wreszcie najwspanialsze katharsis: w końcu wolno nam przeżyć lipną śmierć Sherlocka bez upiornego gorsetu konwenansów. Jaka to niesamowita, jaka rosyjska, niekanoniczna, a zarazem tak cudowna scena, gdy nad przepaścią, która pochłonęła Holmesa lamentuje nieszczęsny oberżysta, jak płaczka albo jak poeta wygłaszający przejmującą elegię. Nie Watson - Watson płacze tylko, nie musi nic dodawać. Miałam takie niesamowite wrażenie, że choć tyle razy zmuszałam się, by rozumieć wersję brytyjską i opanowaną, gdzieś w środku przez cały czas więziłam i głodziłam moją własną, małą, słowiańską duszę, złaknioną zbawiennej dawki egzaltacji.

Czy można było wymyślić coś wspanialszego niż mały rytuał Watsona i pani Hudson, którzy, w żałobie, siadują sobie przy kominku, by uroczyście odczytywać ostatni list Holmesa?


Zdjęcie ukradzione z tego bloga, który jest na nim chytrze podpisany.

Nie, nie można było. Tak, Doyle byłby pewnie wstrząśnięty. Nie, Sherlockista nie zniósłby tego pomysłu w żadnym, ale to żadnym innym wykonaniu. Tak, gdy zobaczył to w wersji rosyjskiej, omal nie przekręcił się sam, z zachwycenia. 

Miał szczęście - dzięki temu dożył znakomitej sceny powrotu, w której ogromne wzruszenie przełamane jest tym rosyjskim absurdalnym humorem. Watson i pani Hudson mdleją równocześnie, a Holmes musi ich łagodnie ocucić, uspokoić, utulić. Ja wiem, Anglicy u Doyle'a tak się nie zachowali. Nie płakali, jak dziecko, że tęsknili, ani że tak się cieszą, że to wszystko nieprawda. Z ekranu w żadnym innym porządnym Sherlocku nie płynie aż tyle ciepła, tyle nieskrępowanej, nieksrywanej wcale - bo po co? - radości. I, o zgrozo, to ciepło emanuje głównie z samego Holmesa, który uśmiecha się do Watsona dokładnie tak promiennie jak ktoś, kto okropnie cieszy się, że wrócił, że nie musi dłużej nikogo oszukiwać, że przyjaciel nie będzie więcej się o niego martwił. W dodatku, ten Holms wcale nie ma nic specjalnego za uszami - scenarzyści rosyjskiego Sherlocka kierowali się bowiem genialną w swojej prostocie zasadą: bierzemy wszystko to, co dobre, wszystkie wtopy przepisujemy na nowo.

Domyślam się, że niektórzy z Was może z trudem wczuwaliby się w tego Holmesa-Holmsa. W doktora Grimesby-Roylotta, który z mało angielską bezceremonialnością, nazywa biedną panią Hudson krową. W Vatsona wzdychającego, jak straszny byłby świat, gdyby nikt nie chciał czytać poezji. Och tak, jest tam na stole niewidzialny samowar i często chodzi się po Moskwie - a nie po Londynie.


Majkroft.
Ale... wszystko co najważniejsze w tych filmach, to coś, co w Kanonie zawsze tak naprawdę było. 
Jeszcze raz namawiam, żebyście zerknęli na moją L-notkę. Pisząc o uczuciach i śmiechu Sherlocka, sporo myślałam o tych rosyjskich ekstrawagancjach.
Majkroft - poważna persona w rządzie!
Poza tym, ile dostaniecie w zamian Kanonu najczystszego i najbardziej tradycyjnego, żywych dialogów Doyle'a, nawiązań, aluzji! Ile emocji i ile humoru. Vatsona celującego z pistoletu do papugi i wdeptującego nieporadnie w jakieś kwiatki niczym sam Nigel Bruce w "Adventures" - z którym poza tym nie ma nic wsólnego. Mycrofta, który oczywiście nie wygrałby z Markiem Gatissem, mógłby śmiało startować w naszym konkursie - szarą eminencję rządu groteskowo owiniętą w telefony. Majkroft mówi oczywiście do Szerloka "mój malczik" - naprawdę, usłyszeć to i umrzeć. 

Sherlockista serio się bał.
I, oczywiście, jest jeszcze Moriarty... och, co to jest za Moriarty! By stworzyć fantastycznego Moriarty'ego Rosjanie musieli tylko sięgnąć do samego serca swoich tradycji psychodelicznych opowiadań grozy. I jeszcze zatrudnić bliskiego krewnego Kaszpirowskiego, w wielkim czarnym płaszczu. Na sam widok tego hipnotycznego wejrzenia Sherlockista uciekałby tam, gdzie rosną najbardziej egzotyczne przyprawy - a przecież to nie jest Moriarti-pusty-straszak. To postać wprowadzana cierpliwie przez dwa filmy, która autentycznie działa i stwarza realne zagrożenie. A gdy dochodzi w końcu do naprawdę efektownego pojedynku nad wodospadem i upiór w czarnym płaszczu rzuca się na Sherlocka jak jakiś pokręcony jaszczur, cieszymy się, że wiemy o istnieniu jeszcze kolejnych kilku filmów.

Sherlockista ponawia pytanie: jak to możliwe, że im się to wszystko udało? Jakim prawem? Od pierwszych chwil znajomości aż po "His Last Bow" (czy Wy też tropicie, jak często pewne rzeczy aż się kojarzą z wersją z BBC?), zawsze z wciągającą intrygą, Holmesem, który zarazem jest na swój sposób zupełnie uroczy, ale nie traci nic z autorytetu, z uczuciowym Watsonem- i zawsze z workiem małych radości dla najwierniejszych fanów Doyle'a, którzy czekają tylko aż pojawią się Baker Street Irregulars, Mycroft w rządzie, wypchany zwierzak w wystroju pokoju, kanoniczny dialog, wzorowa dedukcja? I wszystko to w tym wyjątkowym sosie absurdu, humoru, sentymentalnej duszy?
Licho wie.

Ja wiem natomiast, jaka jest najlepsza wiadomość z tej wigilijnej czekonotki: Rosjanie robią nowego Sherlocka i ma być emitowany niedługo po nowym roku.
Rok 2013 zapowiada się, jak na razie, całkiem-całkiem.

A Sherlockista raz jeszcze życzy wszystkim najserdeczniej wielu radości; bardzo mile widziane będzie pochwalenie się holmesologicznymi prezentami, jeśli komuś tak się poszczęści :)  

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

[jn] Muszę w wolniejszej chwili wrócić do tego serialu, i sprawdzić, czy mój zdecydowany odrzut będzie zmieniał się w ostrożną akceptację, a może w coś jeszcze innego? - pod wpływem dającej do myślenia pięknej czekonotki.

[Tak w głębi serca dobrze wiem, dlaczego jestem tak bardzo na "nie" wobec tego serialu: nie mogłam/nie mogę wybaczyć królowej, że tak wysoko uhonorowała Liwanowa, a Jeremy'ego nie... :-( ]
Ale obejrzę ponownie tego kręconego w starym Tallinie Sherlocka na pewno. Obiecuję. :-)

Sherlock Kittel pisze...

Myślę, że to jednak mogło być coś więcej niż taki zrozumiały żal - naprawdę doskonale rozumiem, że można po prostu takiego rosyjskiego Sherlocka nie kupić i już. Podejrzewam, że mnie też by odrzucało jeszcze kilka lat temu, zanim znacznie zlieralizowało się moje podejście do różnych ekranizacji :) Teraz jednak nie mogę go nie docenić, ten Liwanow budzi we mnie jakiś taki dobry rodzaj sympatii, któremu nie potrafię się oprzeć. I, oczywiście, relacje Jeremy'ego z jego Watsonami są bardziej wzruszające właśnie dlatego, że takie niedopowiedziane, zamknięte w spojrzeniach czy subtelnościach sformułowań. Ale właśnie dlatego była to dla mnie taka ulga zobaczyć Holmesa i Watsona raz w życiu bez aż takiego skrępowania :) Okropnie dużo ciepła jest między nimi (i w ogóle między bohaterami serii), to się dzięki temu tak dobrze ogląda.

cara pisze...

Zwierz musi powiedzieć, że dedykacja i rozmiar notki przerosły jego wszelkie oczekiwania. Zwierz czuje się usatysfakcjonowany i umocniony w postanowieniu by swoją rozedrganą wiedzę o rosyjskim Sherlocku usystematyzować poprzez obejrzenie w całości raz jeszcze rosyjskiego serialu. Dodatkowo notka wywołała dyskusję w domu zwierza o słowiańskim duchu opowieści o Sherlocku i wywołała pytanie czy aby na wschodzie nie cieszy się taką popularnością z powodu swojej przynależności do tej ginącej grupy zwanej "inteligencją". Debata wiąż trwa. Jeszcze nie idzie na noże.

Justeene pisze...

Jeśli już przy Holmesie i Rosji jesteśmy, to kiedyś w swych wędrówkach po zakamarkach Internetu natknęłam się na takie coś: http://www.archive.org/stream/russianessayssto00bariuoft#page/264/mode/2up

Lancaster pisze...

O rany! Sherlockiano! Jak ja Ci DZIĘKUJĘ za tego posta! Właśnie przypomniałaś mi o serialu, który bor wie jak dawno temu oglądałam, a który tak mnię się podobał! Ten luźny, ludzki Sherlock. :D

Ten post czytałam z olbrzymią przyjemnością i szczerze za niego dziękuję. :)